poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Frederique Deghelt "Babunia" - absolutnie nie zaglądać wcześniej do zakończenia!


"Jade, dziennikarka, nie zgadza się, by jej babcię, Jeanne, oddano do domu starców i zamieszkują razem w Paryżu. Ku jej zdumieniu babcia, prosta osiemdziesięciolatka ze wsi, kryje niezwykłą osobowość: przez całe życie potajemnie czytała książki! Jade pokazuje Jeanne rękopis swojej powieści z prośbą o ocenę. Babcia opowie jej w zamian, dlaczego swoje czytanie musiała ukrywać… Rzecz o wzajemnym szacunku i miłości, o literaturze, która łączy ludzi bez względu na wiek i o więzach przeszłości z dniem dzisiejszym. Zaskakująca puenta."

Taki opis na okładce książki zachęcił mnie do jej wypożyczenia z biblioteki. Na ogół nie ulegam tego typu reklamie od wydawcy, a nawet  właśnie rezygnuję (nie wierząc z jej prawdziwość), ale tym razem dałam się namówić. Temat "książki w książce" zawsze mnie interesuje. To zresztą był przypadek, że tak szybko trafiłam na potrzebną mi do Trójki e-pik książkę.

Ta powieść od początku mnie wciągnęła... głównie dlatego, że rozpoczyna się tematem dla mnie szczególnie teraz ważnym - problemem opieki nad starymi ludźmi, naszymi najbliższymi członkami rodziny.
Dopiero później czytelnik zaczyna poznawać największy sekret Babci - jej skrywaną starannie przed wszystkimi miłość do książek. To niezwykła historia jak prosta kobieta, żyjąca na wsi odkrywa znaczenie literatury dla jej własnego rozwoju intelektualnego. Docenia jak wiele zawdzięcza pisarzom i ich utworom.

"Początkowo ukrywała się nie przez przebiegłość, ale ze wstydu. Czytanie było w jej środowisku próżniactwem. Bogaci czytali, bo nie potrafili spożytkować swoich dziesięciu palców, a poza tym nie musieli pracować rękami! Tak mówiło się w jej rodzinie i w rodzinie dziadka ze strony ojca. Czytanie było domeną leniwych intelektualistów, którzy mieli szczęście i nie musieli harować, żeby zarobić na życie. W miarę jak Babunia czerpała przyjemność, dokonując nowych odkryć, to, co znajdowała w książkach, sprawiało, że nie miała ochoty o nich opowiadać. Czuła, że staje się kimś innym

Babunia bardzo sprytnie ukrywała swoją literacką namiętność - w trakcie pracy jaką było opiekowanie się dziećmi, czytała niemowlakom fragmenty Victora Hugo, Flauberta lub Joyce`a.  Maluchy słuchały fragmentów Ulissesa w czasie sjesty, gdy nie było ryzyka, że ktoś może to usłyszeć. 

Czytałam z prawdziwą przyjemnością, oceniając powieść jako naprawdę mądrą historię, a wiele zdań wypowiedzianych przez tytułową Babunię na temat starości mogę dopasować do swojego spojrzenia na świat i uważam za prawdziwe mądrości życiowe. Zresztą Babunia naprawdę jest dla mnie główną postacią tej opowieści, na jej tle wnuczka wypada blado i sztucznie. 

"Babunia" to opowieść o miłości, przemijaniu, starości z odkrywaniem piękna literatury w tle.

Czytając o początkach fascynacji literaturą, o tym jak Babunia musiała ukrywać swoje zainteresowania przed własną rodziną i środowiskiem (czytanie to marnowanie światła i czasu), nie mogłam oprzeć się porównaniom - możliwości rozwoju intelektualnego kobiet poprzez czytanie książek u robotników lub mieszkańców wsi polskiej i francuskiej na początku XX wieku. To dwa zupełnie inne światy, gdzie szanse na taki rozwój w Polsce były praktycznie równe zeru. Francja nie doznała takiego stopnia analfabetyzmu i czytelniczego zacofania jak Polska, przede wszystkim dlatego, że nie była zgnębiona polityką zaborców.

I tak sobie czytałam... i czytałam... aż do doszłam do zakończenia... I tu prawdziwy szok! 
Nie... ja nie chcę takiego zakończenia... tego się nie robi czytelnikowi...

Książkę przeczytałam w ramach sierpniowej Trójki e-pik


piątek, 16 sierpnia 2019

"Pociągi pod specjalnym nadzorem" - tym razem wszystko na "nie"


Nie moje klimaty... nie zachwycam się pisarzem jak większość... nie przemawia do mnie specyfika czeskiego poczucia humoru itd -  wszystko na "nie". Zmusiłam się do przeczytania całości, ale dalszego poznawania literatury czeskiej nie przewiduję.
Podobnie było z filmami i serialami produkcji czechosłowackiej, którymi regularnie karmiła polskich widzów telewizja. Te wszystkie historie o Homolkach, szpitalach na peryferiach i kobietach za ladą wciskane nam na siłę, nie wytrzymywały konkurencji z naszą kinematografią - szczególnie od strony aktorskiej. Drętwe, sztywne, sztuczne, nudne.

Przyznaję, że nie sięgnęłabym po literaturę naszych sąsiadów, gdyby nie aktualna Trójka e-pik - kategoria "po sąsiedzku". Jakoś nie czuję zainteresowania ani nowościami, ani klasyką zza najbliższej granicy ze wszystkich stron. W moim przypadku to na pewno zaszłości historyczne, tak jakoś we mnie tkwią.

Dawno temu poznałam Szwejka i pozostał do dziś moim ulubionym (chociaż jedynym znanym) bohaterem literatury czeskiej, co zawdzięcza na pewno genialnemu tłumaczeniu Pawła Hulki-Laskowskiego. Nie znam języka oryginału, więc może nie powinnam się wypowiadać, ale wiem jak bardzo podobał mi się polski tekst. Nawet jeśli tłumacz napisał powieść na nowo (a może tym bardziej).
Jednak poznanie Szwejka nastąpiło zanim wybraliśmy się w naszą podróż życia do Włoch, w której po drodze musieliśmy przejechać Czechosłowację. A tam (w części czeskiej, co trzeba zaznaczyć), spotkaliśmy się niespodziewanie i niezasłużenie z tak niemiłym i złośliwym traktowaniem (na drodze i na campingu), że niechęć do tych sąsiadów pozostała we mnie do dziś. Wtedy od razu uznaliśmy, że to jakieś odgrywanie się za historyczną przeszłość. Teraz nie będę o tym pisać, bo mimo upływu lat nadal mnie to wkurza, może przy innej okazji. Jedynym pozytywnym akcentem w campingowych tarapatach (w które celowo wmanewrowała nas recepcjonistka), była samorzutna akcja pomocy ze strony grupy młodych Węgrów.

Pewnie wybrałabym teraz do czytania coś rosyjskiego, bo jeszcze trochę nie przeczytanych staroci mam na półkach, ale w domowej biblioteczce znalazłam cienką książeczką z "Pociągami..." Ja na pewno jej nie kupiłam, to chyba  licealny nabytek naszej córki. A ponieważ kiedyś dawno temu widziałam film, więc uznałam, że w końcu wypada przeczytać Hrabala, o którym czytałam tyle zachwytów.

Cóż... ja się nie zachwycam i na tym zakończę.

środa, 14 sierpnia 2019

Literacka przeszłość do wyburzenia

"Domy umierają stojąc" tak można określić stan wielu budynków w Łodzi, parafrazując sławny tytuł sztuki, w której grała sędziwa Mieczysława Ćwiklińska. Przykry jest dla mnie widok takich budynków w mojej dzielnicy - znowu zaniedbanej jak kiedyś. O Bałutach pisałam niedawno przy okazji książki J.Rabona.  Możemy mieć pretensje do władz miasta - niezależnie od opcji politycznej rządzących. Budynki będące własnością miasta nie zawsze są właściwie zarządzane i zabezpieczone. Kiedy codziennie mijam te opuszczone kamienice i drewniaki z zabitymi na głucho oknami powtarzam sobie, że jednak powinnam mieć przy sobie aparat fotograficzny i utrwalić nawet ten obecny stan ruiny, bo niedługo nawet śladu po tych domach nie będzie. 

Tu jeszcze nie tak dawno mieszkali ludzie - kamienica na rogu ulic Franciszkańskiej i Wojska Polskiego. Dom ma być wyburzony w związku z planami przebudowy ulic. Stoi opuszczony i nie wiadomo jak długo jeszcze będzie stał, znając tempo wszelkich remontów u nas. Chwilowo służy jako tablica radosnej twórczości "naskalnej", którą cała Łódź jest obsmarowana.


A temat dzisiejszego wpisu wywołała informacja, którą  właśnie przeczytałam. 
To mnie szczególnie obchodzi ze względu na miejsce tej powieści w moim życiu - zawsze podkreślam, że "Ziemia obiecana" to absolutnie niezagrożona pozycja numer jeden na mojej osobistej liście powieści wszechczasów.
Kamienica na ulicy Wschodniej 50 - stan obecny (zdjęcie - Szymon Bujalski)

 

sobota, 3 sierpnia 2019

Palcem po mapie

To kategoria lipcowej Trójki e-pik, która w moim przypadku jest dosłowną namiastką wszelkich wyjazdów wakacyjnych. Są pewne sytuacje życiowe, gdy mimo możliwości czasowych (wolność od pracy zawodowej), mamy inne obowiązki nie pozwalające nam oddalić się na dłużej z domu.
Pozostaje czytanie książek... oglądanie filmów i reportaży... i właśnie wędrówki palcem po mapie.
W ogóle kontakt z mapami to moja przygoda od niedawna. Nie jestem kierowcą, więc jedynie jako pasażer występowałam w roli pilota. Lekcje historii i geografii w szkole nic mi nie dały, a nawet mogę powiedzieć, że obrzydziły czytanie map. Dopiero teraz stało się to dla mnie przyjemnością.

Szukając odpowiedniej książki do wirtualnej podróży po mapie trafiłam na "Zapiski z podróży 2015". Nie wiedziałam, że znany mi dziennikarz, którego bardzo lubię słuchać, jest również autorem kilku książek. Ja w dalszym ciągu pozostaję czytelnikiem z minionej epoki, więc nie śledzę z wypiekami na twarzy  prywatnego życia znanych ludzi.


 "Dowcipnie i szczerze, poważnie i nie do końca poważnie, o sprawach ważnych i tych mniej istotnych – „Zapiski z podróży 2015” to swoista „kronika urlopowa” Jacka Pałasińskiego, jednego z najpopularniejszych dziennikarzy telewizji TVN. Refleksje z pracowitych wakacji w USA i Europie, okraszone zdjęciami i szczyptą niesamowicie inteligentnego humoru – to po prostu trzeba przeczytać!

Od autora: „Tak mnie Państwo namawiali, że złożyłem w książeczkę moje podróżnicze zapiski z bieżącego roku i przedstawiam w formie ebooka. Zobaczymy, czy Państwo mieli rację i świat czeka na moją pisaninę, czy ja miałem rację, twierdząc, że książki – bez względu na formę – to przeżytek i nikt ich nie potrzebuje” - źródło opisu i okładki: Helion
Sięgnęłam po tę książkę z ciekawości, jaka jest wypowiedź "na piśmie" dziennikarza, który potrafi tak ciekawie opowiadać. I nie zawiodłam się. Nie oczekiwałam literatury z kwiecistym stylem i zdaniami pracowicie wycyzelowanymi, więc dobrze czytało mi się taką luźną formę wspomnieniową. Tytuł trafnie oddaje klimat tych zapisków - czytelnik dostaje skondensowaną treść bez niepotrzebnego lania wody. Ja sama nie polecę pewnie do USA - nawet przy ewentualnych możliwościach finansowych, bo jakoś mnie w tamte strony nie ciągnie (wolę Europę i Azję), więc wystarczą mi uwagi autora przybliżające ten kraj od zwykłej ludzkiej strony.

"No, Miami dało mi wreszcie to, za co zapłaciłem: niebo błękitne na sztywno, słoneczko, 28 stopni i lekki wietrzyk. A to oznacza sus w naturę. Rozbuchaną, olśniewającą, egzotyczną naturę. Tak bym chciał móc pokazać chociaż fragment nakręcone go dziś materiału: 1 080 gatunków palm, jeziorka, las tropikalny, nieznane kwiaty, owoce i motyle o skrzydłach wielkich jak moje dłonie; kiedy je zamkną – są jak pawie oczka, odcienie brązu i beżu, a w środku wielkie oko, jak u lamparta, żeby odstraszać mających złe intencje; kiedy je otworzą są błękitne! Kolorowe jaszczurki i dwumetrowe iguany. Jedno z tych przeżyć, kiedy masz wrażenie, że je wyśniłeś, że tak właśnie wyobrażałeś sobie raj, a tymczasem szczypiesz się i okazuje się, że rzeczywiście w nim jesteś."


piątek, 2 sierpnia 2019

Sierpniowa Trójka

 
 
po sąsiedzku (literatura napisana w oryginale w języku sąsiadów Polski)
motywy słowiańskie
książka o książce/bibliotece/księgarni
 
Jeszcze nie zakończyłam trójkowego lipca, a już mamy sierpień i nowe kategorie.
W lipcowych mam jeszcze "w czytaniu" książkę z kategorii "palcem po mapie", ale świadomie po raz pierwszy w zabawie zrezygnowałam z trzeciej kategorii, czyli "z polityką za pan brat". Nigdy nie byłam i nie będę z polityką za pan brat - zbyt wielkie czuję obrzydzenie do tej sfery życia publicznego. I nie ma znaczenia do jakiego państwa to się odnosi. Generalnie do większości. Staram się nie wypowiadać na tym blogu na tematy aktualnej polityki, ponieważ wzbudza we mnie zbyt wielkie i całkowicie negatywne emocje. Szkoda więc moich nerwów (szczególnie w klimacie afrykańskich upałów, których nienawidzę) na czytanie o kłamstwach, oszustwach, przekrętach, a przede wszystkim o cynicznym lekceważeniu obywateli.

A wracając do propozycji sierpniowych... wszystkie mi się podobają i od razu po zapoznaniu się z nimi miałam gotową listę ewentualnych lektur. Szczególnie cieszy mnie kategoria dotycząca książek, bo sama proponowałam niedawno podobną . Co prawda trochę inaczej sformułowaną - "książka o miłości do książek", ale moja mieści się w tej wybranej, która jest po prostu szersza i ogólniejsza.