czwartek, 6 czerwca 2019

"Trzy płaskie klucze", czyli kto ukradł 10 milionów z bankowego skarbca

   "Duża wskazówka na elektrycznym zegarze wiszącym nad schodami, które prowadziły na pierwsze piętro, drgnęła, a następnie skoczyła i ustawiła się na cyfrze 9. 
   Była więc godzina siódma i czterdzieści pięć minut. Za kwadrans w Powszechnym Banku Rzemiosła rozpocznie się nowy dzień pracy.
   Starszy woźny, pan Franciszek Zaleski, obciągnął granatowy mundur i zapiął dwa srebrne guziki pod szyją.
- Idę do szatni i otwieram drzwi - powiedział. - A wy, kobietki, pośpieszcie się. Dochodzi ósma, a sala jeszcze nie sprzątnięta. Stasiu, czy w gabinecie pana prezesa woda w karafce zmieniona i popielniczki wyczyszczone? A u dyrektora Helskiego fikus podlany? Atramentu dolałeś?
   - Dobrze, dobrze - odburknął młody człowiek. - Pan Franciszek mógłby choć raz coś innego wymyślić. Codziennie to samo. Gabinet prezesa, fikus, atrament.
   - Bo wam, młodym, trzeba codziennie o wszystkim przypominać. Sami niczego nie zrobicie. Za moich młodych czasów, kiedy byłem gońcem, a później młodszym woźnym, nigdy bym nie ośmielił się tak odpowiedzieć starszemu od siebie! Mnie nikt nie musiał poganiać. No, idę otwierać."

Nadrabiam kryminalne zaległości sprzed lat nie dlatego, że tak fascynuje mnie zgrzebna literacko twórczość pisarzy tzw. dziś "powieści milicyjnej", ale dlatego że najbardziej lubię powroty do klimatu lat 60-tych. To w moich wspomnieniach z dzieciństwa czas spokojny, bezpieczny, najbardziej słoneczny, chociaż na filmach zachowany w wersji czarno-białej.
Czytając teraz kryminały najbardziej popularnych autorów szukam detalu codzienności, drobiazgu scenerii, przedmiotu, ale także charakterystycznych zachowań i zwyczajów. Woda w karafce, popielniczki w gabinecie, no i atrament w kałamarzu! - to przecież dziś archeologiczne wykopaliska, jak przy grobowcach faraonów. Jak jeszcze dodam wielkie drewniane  liczydła, których jeszcze używał główny księgowy w pierwszym moim miejscu pracy, to mój powrót do przeszłości jest powrotem do przeżywanej rzeczywistości.
"- Górna półka... Rezerwa bankowa... Gdzie jest rezerwa? Wszyscy spojrzeli w głąb kasy. Rzeczywiście, górna półka była zupełnie pusta. A przecież jeszcze wczoraj, gdy po południu zamykano skarbiec, leżała tutaj jak zwykle rezerwa bankowa. Dziesięć milionów złotych w nowiutkich banknotach, opakowanych w paczkach po sto sztuk. Główny kasjer wiedział na pamięć, że dziewięć milionów dziewięćset pięćdziesiąt
tysięcy złotych jest w banknotach pięćsetzłotowych. Reszta w setkach, pięćdziesiątkach i dwudziestkach. Teraz zdziwionymi i przerażonymi oczami oglądał puste miejsce. Nie dowierzając zmysłowi wzroku, podszedł do półki i przeciągnął po niej ręką. Palce natrafiły na papierek leżący nieco w głębi, tak że nie było go widać. W ręku trzymał niebieską dwudziestkę. Wszystko, co pozostało z dziesięciu milionów."
Pieniądze zniknęły z miejsca wydawałoby się doskonale chronionego, do którego dostać się można było tylko przy użyciu trzech kluczy, wymagających obecności trzech osób.
Zastosowana formuła złego i dobrego milicjanta ma pokazać ludzką twarz władzy. Zły wsadzałby wszystkich do paki, niezależnie od zajmowanego stanowiska; dobry daje szansę każdemu na udowodnienie niewinności. Pracownicy banku, w imię źle pojętej, bo przedwojennej lojalności, nie chcą współpracować z władzą, a główny woźny nawet tego nie kryje mówiąc "to nasze wewnętrzne zmartwienie, po co mówić o naszych sprawach obcym".
Skąd my to znamy???

Ciekawe jest, że w akcji pojawiają się czasy przedwojenne, okres II wojny, a nawet przynależność do AK. To jednak nie dziwi zbytnio, skoro pierwsze wydanie książko to rok 1965. Już trochę poluzowana cenzura pozwalała na takie wątki - trzeba jednak zaznaczyć, że bardzo powierzchowne.

Książkę przeczytałam w ramach majowej "Trójki e-pik", w kategorii "książka z liczbą w tytule"


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz