niedziela, 31 marca 2019

"Seksmisja 3" - straszny scenariusz strasznej wizji

Kilka gatunków literackich omijam szerokim  łukiem - należą do nich tematy katastroficzne, fantasy, horror. Nie czytam książek, nie oglądam filmów i nie mam zamiaru, bo jestem już na takim etapie życia, że wybieram lektury mające sprawiać mi przyjemność, dawać chwile relaksu i odprężenia, być ciekawą odskocznią od codziennych problemów, pomagać poznawać świat w jego optymistycznej odsłonie. W pewnym momencie uznałam, że przeczytałam już tak dużo książek "ciężkiego kalibru" - przede wszystkim o wojnie, że moja wytrzymałość psychiczna jest na wyczerpaniu. Nie potrafię czytać bez emocji, nie odnosząc poznawanych problemów do własnego życia lub własnych obserwacji. 
Dlatego początkowo miałam zamiar zrezygnować z kategorii marcowej Trójki e-pik - książka z motywem katastroficznym. Jednak dość szybko po ogłoszeniu tematów doczytałam , że może to być także książka post-katastroficzna... i okazało się, że taką właśnie mam na półce od dawna... nadal czekającą na przeczytanie.

To "Seksmisja" Juliusza Machulskiego - literacka wersja filmowego przeboju.
Mam z tą książką duży problem, podzielony w czasie.
Pierwszy etap to oczywiście pierwszy seans kinowy w roku premiery, czyli w 1984 roku.
Siedząc w kinie nie mieliśmy oczywiście bladego pojęcia, że oto uczestniczymy w historycznym wydarzeniu, czyli oglądamy kultowy film. Słowo "kultowy" nie istniało, wtedy znane było tylko słowo "kult" w znaczeniu religijnym i gdzieś w równoległej rzeczywistości  "Kult" - zespół muzyczny Kazika Staszewskiego  założony w 1982 roku (rock alternatywny). 
Nic z tych rzeczy - zobaczyliśmy niezwykły przez swoje techniczne sztuczki film z doskonała grą znanych i nieznanych aktorów. Na mnie największe wrażenie zrobiła komediowa kreacja Olgierda Łukaszewicza, aktora którego lubiłam, ale nie znałam od tej strony. Bardziej kojarzył się z melancholijnym umierającym gruźlikiem. Mimo zachwytów nad grą aktorów wyszłam z kina z uczuciem wielkiego niesmaku, czując, że jako widz-kobieta zostałam w pewnym sensie obrażona... że film wyśmiewa kobiety udowadniając, że wystarczy dwóch (a właściwie trzech) byle jakich samców do pokonania całego misternie zbudowanego przez kobiety świata

Trochę później - 2002 roku dostałam pod choinkę książkową wersję.
Jak szybko się na nią rzuciłam, tak szybko mnie odrzuciła. 
Forma jest w tym przypadku o wiele lepsza od treści - to naprawdę ciekawe, innowacyjna książka biorąc pod uwagę czas wydania. Składa się z trzech części: pierwsza to lekko ociosana literacko wersja scenariusza "Seksmisji". Uważam, że ociosanie jest zbyt małe. Właściwie do samych dialogów dodano trochę opisów sytuacyjnych i na tym koniec. Są pewne różnice w akcji, a największą jest zakończenie - nieco inne niż w filmie. Tekst jest po prostu drętwy i nudny - dopiero przez porównanie z filmem widać, jak wielką siłą są aktorzy. Gdybym czytała scenariusz nie znając filmu raczej nie zainteresowałby mnie.

Część drugą stanowią głównie wycinki prasowe związane z filmem i trochę prywatnej korespondencji reżysera.

Trzecia to właśnie "Seksmisja 3" - goły scenariusz nie zrealizowanej kontynuacji.
Co prawda wynaleziona przez profesora Victora KUPPELWEISERA Bomba "M", zamiast jedynie czasowo paraliżować, zlikwidowała geny męskie raz na zawsze, ale "geniusz profesora przewidział wszystko. Profesor pozostawił program "ADAMUS", który miał przywrócić naturalny porządek świata, w którym króluje "Samiec" ...
jest Rok 2063 n.e... 

... nie podejmuję się streszczenia tego tekstu.

Dlaczego napisałam, że scenariusz jest straszny?  Nie dlatego, że opisuje katastroficzną wizję świata przyszłości, ale dlatego, że to po prostu mętna, nudna i niestrawna historia - kontynuacja tworzona na fali popularności filmu, takie odcinanie kuponów. Biorę oczywiście pod uwagę toporność tekstu jakim jest każdy scenariusz - to przecież nie jest powieść, dlatego czytelnik męczy się z takim tekstem (w stopniu zależnym od tego, jak potrafi uruchomić swoją wyobraźnię). Scenariusz po prostu wymaga innego podejścia do tekstu. Jednak czytałam już kilka scenariuszy i żaden mnie tak nie wymęczył jak ten. 

Ktoś napisał w internecie: "Zero w skali 1-6"
Niestety... i ja się pod tym podpisuję. 

A gdzie jest Seksmisja 2? - odpowiedź na okładce książki. 
"- Musiałeś ją przespać, Puchatku"
 

piątek, 29 marca 2019

J.I.Kraszewski "Bezimienna"


Józef Ignacy Kraszewski
"BEZIMIENNA. POWIEŚĆ Z KOŃCA XVIII W" 
Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1958 r/
Tekst wg wydania z 1869 r.
Stron: 510



Powieść przeczytana w marcowej "Trójce e-pik" - kategoria "zalegająca cegła (książka powyżej 500 stron)".

Miałam spory problem - dokładnie fizyczny (każda taka "cegła" swoje waży),  ze znalezieniem i wyborem odpowiedniej książki. Owszem, w Starej Szafie znalazło się wiele cegiełek, ale po otwarciu każdej z nich i sprawdzeniu ilości stron okazywało się, że do 500 brakuje kilka, kilkanaście - jak na złość.
Z kilku książek odpowiadających kryterium ilości stron powyżej 500 wybrałam paradoksalnie najchudszą - chociaż jako pierwszy rzucił się na mojej własnej półce "Asnyk znany i nieznany"  Marii Szypowskiej (882s). Stoi tomiszcze na froncie od czasów studiów i znowu nie doczekało się przeczytania.

Ze względu na koniec miesiąca i brak czasu na spokojne pisanie, notkę o wrażeniach z lektury odkładam na później (zrobię to poprzez edycję tego posta). Teraz chcę zaznaczyć fakt przeczytania, żeby móc podesłać link pod podsumowania u organizatorki zabawy. Na spokojnie napiszę więcej - teraz krótko w jednym zdaniu: "wciągająca akcja, ale historia Bezimiennej bardzo smutna".


czwartek, 28 marca 2019

Książka z miastem w tytule

W marcowej Trójce e-pik znalazła się kategoria , która idealnie współgra z najbardziej interesującą mnie od dawna tematyką. To historia - właśnie przede wszystkim przeszłość mojego rodzinnego miasta, w którym mieszkam bez przerwy od urodzenia. Z pewnych względów to nie jest dobre, tak tkwić w jednym miejscu. Przebywanie w tym samym otoczeniu całe życie pozbawiło mnie potrzebnego dystansu do miejsc pamiętanych z dzieciństwa i w pewnym sensie zaburzyło upływ czasu. Chwilami nie mogę uwierzyć, że minęło ponad "-dziesiąt" lat od czasu, gdy chodziłam do tej podstawówki, którą mijam w drodze do lekarza rejonowego.


Oczywiście mogłam poszukać zupełnie innego tytułu, ale mając do dyspozycji dość ubogie księgozbiory Biblioteki Rejonowej nie liczyłam na ciekawe znaleziska. Również czas był ważny w tym miesiącu szczególnie, skoro mieliśmy do przeczytania "zadaną" cegłę (ponad 500 stron)



Jak widać w spisie treści przekrój tematyczny jest różnorodny i pozwala spojrzeć na miasto w różnych odsłonach. Dla mnie szczególnie ciekawe jest uzupełnianie własnych wspomnień informacjami o znanych ludziach - aktorka Jadwiga Andrzejewska, którą widziałam na scenie Teatru Powszechnego ("Matka Courage i jej dzieci"); o miejscach - restauracja "Spatif" (bywało się w czasie studiów na skromnych obiadkach) , czy o pamiętnych wydarzeniach takich jak zima stulecia*

Jednak podobnie jak w przypadku pierwszej części nie do końca odpowiada mi w tytule słowo "sekrety", o czym pisałam TUTAJ , więc nie będę się powtarzać.


* Zimę stulecia przypomniałam w grudniu ubiegłego roku rocznicowym wpisem na moim drugim blogu

Nasz Sylwester stulecia...

"Mam za sobą już wiele Sylwestrów, ale jeden był naprawdę szczególny.
Wieczór 31 grudnia 1978 roku... idziemy sobie z mężem na kameralnego rodzinnego Sylwestra... pogoda przyjemna - sucho i w miarę ciepło jak na grudzień... Czekając na tramwaj oglądamy kolorowe baloniki sprzedawane na każdym rogu ulicy... zaczyna padać lekki, cienki śnieżek... wpadamy w zabawowy nastrój.
Nad ranem w Nowy Rok wychodzimy na ulicę... a tu szok!!! śnieg do kostek i ciągle pada... do tego mróz i lodowisko pod nogami, więc przymusowo zasuwamy po tym śniegu na piechotę, bo absolutnie NIC nie jeździ. Pokonaliśmy odległość czterech przystanków tramwajowych w tempie żółwia, ale najgorsze dopiero było przed nami. Nasza boczna uliczka zawiana i zasypana śniegiem dosłownie po kolana (mojego męża - 180 cm wzrostu, bo u mnie dużo gorzej). Na szczęście mąż wystroił się na wyjście w nowe dziwne buty z wysokimi cholewami, więc wziął mnie na ręce i tak doniósł do domu ten słodki ciężar.

Zaczęła się zima stulecia 1978/79
 
W dzisiejszych czasach taka zima już chyba nam nie grozi... trochę szkoda ...
Śniegu było tak dużo, że w naszym ogrodzie mąż zbudował małe igloo - nawet z ławeczką w środku"

niedziela, 10 marca 2019

Niedziela z obrazem (129)

W nawiązaniu do Dnia Kobiet...
obraz najwybitniejszej  polskiej  reprezentantki popularnego w epoce biedermeieru nurtu martwych natur z kompozycjami kwiatowymi. 

Henryka Beyer "Bukiet kwiatów w wazonie" (ok. 1829)


 Muzeum Narodowe w Warszawie
"Jako zawodowa malarka w latach 1821-1845 uczestniczyła w pierwszych warszawskich wystawach sztuk pięknych; od 1824 prowadziła własną szkołę dla kobiet. Z upodobaniem komponowała wysmakowane kwiatowe martwe natury, niekiedy wzbogacone motywami ptaków i barwnych owadów. Inspiracji dostarczało jej malarstwo flamandzkie XVII w. Swą wiedzę botaniczną artystka pogłębiała wytrwałymi studiami z natury w warszawskich parkach. Obrazy Henryki Beyer były cenione za wytworność układów kompozycyjnych i kolorystycznych, za wierność naturze i precyzję wykonania, które to cechy zgodnie podkreślali recenzenci ówczesnych wystaw. [Elżbieta Charazińska]"