środa, 27 lutego 2019

Walentynkowe motywy z innego czasu, czyli "Romans pani majstrowej"


Walentynki to nie moje klimaty..., ale skoro w lutowej Trójce e-pik pojawiła się taka kategoria, to postanowiłam jednak zmierzyć się z nią. Podeszłam do sprawy z przymrużeniem oka, szukając czegoś naprawdę lekkiego i zabawowego. Najbardziej liczyłam na Starą Szafę i nie zawiodłam się. 
Przy okazji przypomnę o co chodzi z szafą. Stara Szafa to nie przenośnia, to autentyczna trzydrzwiowa szafa moich dziadków z ich przedwojennego sypialnego kompletu. A teraz zmieniła swoje przeznaczenie i stała się szafą biblioteczną w moim rodzinnym domu - bardzo pojemną, której zawartość ciągle mnie zaskakuje. Zaskakuje, ponieważ nie ja ją zapełniłam.
W szafie znalazła się książeczka wydana w 1958 roku w serii "Biblioteka powieści i romansów" Ludowej Spółdzielni Wydawniczej. Jak widać nie do końca prawdziwe jest wmawianie młodym jak to straszny był ten PRL pod względem wydawniczym - cenzura, upolitycznienie i w ogóle czarna dziura. Owszem, nie wydawano wszystkiego jak leci, nie wydawano autorów, którzy narazili się partyjnej władzy - to prawda. Ale nie było aż tak źle, jak to dzisiaj się opisuje, skoro w robotniczo-chłopskim ustroju powstała seria wydawnicza romansów.
 
"Romans pani majstrowej" jest krótkim utworem, czyta się go szybko i z przyjemnością. Oczywiście przez czytelnika, który lubi taki rodzaj dawniejszej literatury. Mamy tu i komedię pomyłek i satyrę na środowisko teatralne (niewiele się zmieniło przez te prawie sto lat, zmienił się świat teatru na świat celebrytów filmowo-internetowych), a przede wszystkim mamy wątek romansowy. Wątek, który we współczesnych  kategoriach filmowych ma etykietkę "komedia romantyczna". A jak już jesteśmy przy filmie to i skojarzenia filmowe się znalazły. Od momentu, gdy pojawia się w akcji pani majstrowa ze swoim stałym powiedzonkiem "ja tu rządzę", prosta droga prowadzi do przedwojennego filmu pod takim właśnie tytułem (film widziałam, stąd łatwość skojarzenia). O samym filmie można przeczytać między innymi tu - strona filmu. Znajdziemy tam informację, że scenariusz powstał na podstawie dramatu "Pani majstrowa", czyli materiał jednego pomysłu wykorzystano trzy razy. Nie będę teraz pisać o samym filmie, ale muszę wspomnieć o udziale sławnego wtedy Chóru Dana w roli śpiewających czeladników szewskich - coś wspaniałego! 
Wróćmy jednak do "Romansu...". Akcja dzieje się w międzywojennej Warszawie. Do warsztatu szewskiego na Starym Mieście zgłasza się młody, przystojny, dobrze ubrany młodzieniec, który pragnie wstąpić do zakładu jako prosty terminator. 
"Moglibyśmy go opisać dwoma wyrazami "sympatyczny chłopak", ale w ostatnich czasach tylu sympatycznych chłopaków pofałszowało weksle, że boję się użyć tego określenia" s.9
Co go skłoniło do takiego desperackiego kroku? Własna uczciwość i naiwność, albo mówiąc słowami autora "mania dobroci"
"Pan Ryszard po dojściu do pełnoletności otrzymał od swojego papy piękną wieś. I z taką gorliwością pracował nad wyrobieniem sobie opinii dobrego, że po roku piękną wieś wystawił na licytację "- s.18
Młody człowiek dał się wykorzystywać zgrai przyjaciół, którzy naciągali go na libacje i  bezzwrotne pożyczki. Jak było do przewidzenia, gdy tylko zaczął próby z odzyskaniem swoich pieniędzy, już tak miło nie było. 
Po równie nieudanych próbach dostania się na scenę - miał bowiem kopalnię złota w gardle, czyli piękny głos, w rezultacie wylądował we wspomnianym wcześniej warsztacie. Rządziła tam pani majstrowa, którą spotkał nie od razu, a która wcale nie była jakąś starą, grubą babą - na co wskazywałoby określenie "majstrowa", ale młodziutką i śliczną panienką Joasią - córką majstra Wirgilusza.
I tyle streszczenia... akcja jest przewidywalna, ale utwór nie jest masowym prymitywnym czytadłem. Chociaż przypomina trochę formę sztuki teatralnej z didaskaliami (nie ma tu zbędnych opisów), napisany jest językiem liczącym na oczytanie i inteligencję odbiorcy, z lekką ironią i właśnie z przymrużeniem oka w stronę czytelnika, a właściwie w stronę czytelniczki. 



sobota, 16 lutego 2019

Zimowy tytuł

Jak zima to musi być zimno (mówiąc klasykiem), a skoro w połowie lutego mamy wiosnę (za oknem... bo politykę odrzucam), to wypełniam lukę literacką namiastką w formie zimowego tytułu w lutowej odsłonie Trójki e-pik
Trójkowe kategorie za każdym razem zachęcają do poszukiwań na własnych półkach, co mnie osobiście cieszy najbardziej. Główną korzyścią jest odświeżenie znajomości stanu posiadania i radość z odkrycia typu: "o! nie pamiętałam, że mam..." . Czasami jednak nie muszę dokonywać wielkich przekopów, bo pamiętam, że wśród nie przeczytanych jest odpowiedni tytuł - tak było w przypadku zimowego. 

Od lat na mojej półce stoją "Opowieści" Aleksandra Puszkina - częściowo przeczytane. Dlatego pamiętałam, że jest tam zimowa historia - "Zamieć". Rzeczywiście nie czytana przeze mnie wcześniej. Być może dlatego, że nie lubię krótkich form i dość rzadko sięgam po nowele i opowiadania. Lubię długo obcować z opowiadaną historią i jej bohaterami, a nie tak szybko "szat-prast" i już po lekturze.

"Zamieć" jest jedną z pięciu "Opowieści świętej pamięci Iwana Pietrowicza Biełkina". A w naszej czytelniczej zabawie to jakby 2w1, bo pasująca również do kategorii walentynkowych motywów. Wybrałam ją jednak do zimowej.

To klasyczna romantyczna historia miłości dwojga młodych, którzy wbrew woli rodziców panny postanawiają połączyć się ślubem w cerkwi. Konieczna jest ucieczka... i tu wkracza zły los w postaci tytułowej zamieci.
Dramatyczne wydarzenia z zaskakującym zakończeniem.