środa, 12 września 2018

Było... minęło... (26) - "Podróże pana Kleksa" (1961)

Jednak nie wszystko minęło, jak się nieoczekiwanie (dla mnie) okazało. Dla naszego czwartoklasisty wyciągnęłam z półki to wydanie z 1965 roku (do przeczytania jako lektura szkolna jest "Akademia Pana Kleksa)). 


Nie pamiętam, czy coś z Pana Kleksa było lekturą w moich czasach, ale pamiętam jak mocno mnie wciągnęły przygody Pana Kleksa i jego towarzyszy. Pamiętam, że WIERZYŁAM w te wszystkie  historie, na czele z makaronowymi brodami


Teraz o to uwiarygodnienie fikcji mogę "obwiniać" ilustracje J.M.Szancera. Idealnie uzupełniały tekst i mogłam uwierzyć, że naprawdę jest gdzieś taki świat.


Stety albo niestety - wychowana na ilustracjach Szancera, teraz wybrzydzam nad każdą nową wersją okładki. O zawartości nie wypowiadam się -  nie wiem nawet, czy i ile jest ilustracji w tekście. 
Książka od razu stała się moją ulubioną i kilka razy jeszcze do niej wracałam. Mania wielokrotnego czytania książek z własnych półek nie opuściła mnie do dziś. Dlatego te szczególnie ulubione są zaczytane aż do bólu.

Teraz jestem ciekawa, jak przyjmie stronę graficzną tego starego wydania nowy czytelnik... dziecko XXI wieku. Na nas to działało i pozostało w pamięci na zawsze.


4 komentarze:

  1. Uwielbiam Kleksa i ilustracje Szancera. Miałam trylogię o Kleksie własną, ale mama oddała potrzebującemu kuzynowi, bo myślała, że już jej nie potrzebuję. Tak i szkoda, ze nie wiem. Najbardziej mi się podobała część trzecia, Tryumf.
    Mam z ilustracjami Szancera taką książkę 'Dżelsomino w kraju kłamczuchów'

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam tej trzeciej części, nie wiedziałam nawet, że jest taka.
      Ilustracje Szancera mam jeszcze w innych książkach, ale bez egzemplarza przed sobą nie potrafię podać tytułu :)

      Usuń
  2. To prawda...Szancer "spaczył" nam gust. I ja oddałam serce jego ilustracjom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można powiedzieć, że mieliśmy szczęście do dobrych ilustratorów.

      Usuń