niedziela, 23 września 2018

Niedziela z obrazem (122)

środa, 12 września 2018

Było... minęło... (26) - "Podróże pana Kleksa" (1961)

Jednak nie wszystko minęło, jak się nieoczekiwanie (dla mnie) okazało. Dla naszego czwartoklasisty wyciągnęłam z półki to wydanie z 1965 roku (do przeczytania jako lektura szkolna jest "Akademia Pana Kleksa)). 


Nie pamiętam, czy coś z Pana Kleksa było lekturą w moich czasach, ale pamiętam jak mocno mnie wciągnęły przygody Pana Kleksa i jego towarzyszy. Pamiętam, że WIERZYŁAM w te wszystkie  historie, na czele z makaronowymi brodami


Teraz o to uwiarygodnienie fikcji mogę "obwiniać" ilustracje J.M.Szancera. Idealnie uzupełniały tekst i mogłam uwierzyć, że naprawdę jest gdzieś taki świat.


Stety albo niestety - wychowana na ilustracjach Szancera, teraz wybrzydzam nad każdą nową wersją okładki. O zawartości nie wypowiadam się -  nie wiem nawet, czy i ile jest ilustracji w tekście. 
Książka od razu stała się moją ulubioną i kilka razy jeszcze do niej wracałam. Mania wielokrotnego czytania książek z własnych półek nie opuściła mnie do dziś. Dlatego te szczególnie ulubione są zaczytane aż do bólu.

Teraz jestem ciekawa, jak przyjmie stronę graficzną tego starego wydania nowy czytelnik... dziecko XXI wieku. Na nas to działało i pozostało w pamięci na zawsze.


poniedziałek, 10 września 2018

Bez "Niedzieli z obrazem"

Cinda Gonda, translated by Diogo Almeida, about the fire at Brazil’s National Museum.
" ludzie, nic nie zostało z Wydziału Lingwistyka. Straciliśmy wszystkie kolekcje języków lokalnych: nagrania od 1958 roku, śpiewy we wszystkich językach, dla których nie ma już rodzimych głośników, archiwa curt niemuendaju: dokumenty, zdjęcia, negatywy, oryginalna mapa etnicznych-Historyczna-językowa Lokalizacja wszystkich grup etnicznych w Brazylii, jedyny zapis jaki mieliśmy od 1945. R. W i archeologiczne odniesienia wszystkich grup etnicznych w Brazylii od xx wieku... Nieodwracalna strata naszej historycznej pamięci. To tak bardzo boli, żeby zobaczyć wszystko w popiół." (tłumaczenie maszyny, więc nie czepiajmy się błędów)
 


My straciliśmy skarby naszej kultury przez wojnę i wrogów Polski ... Brazylia straciła dorobek 200 lat o niewyobrażalnej wartości przez głupotę i niedbalstwo własnych polityków i urzędników.

Bardzo często zaglądam na stronę Muzeum Narodowego w Warszawie...
myślę o wojennych stratach Polski, o stratach nie do odrobienia i o radości z każdego odzyskanego dzieła ukradzionego nam w tamtym czasie. Mam prawo pisać, że okradziono "nas", bo do NAS jako społeczeństwa  należą zarówno utracone dzieła, jak i ocalała część dziedzictwa.

Brazylia utraciła część swojego dziedzictwa bezpowrotnie.

sobota, 8 września 2018

Na warsztacie "Przedwiośnie"

O akcji "Narodowe czytanie" wypowiedziałam się kilkukrotnie, między innymi przy okazji męczenia "Lalki" - Narodowe czytanie przypomina mi trochę powojenną walkę z analfabetyzmem

W tym roku akcja po raz kolejny nie wpłynęła na mnie pozytywnie, a to za sprawą tzw. 'Uwspółcześniania tekstu", czyli kastrowania oryginału poprzez usuwanie pewnych słów. I to wcale nie słów wulgarnych, ale takich, które przez kogoś zostały uznane za niepotrzebne lub przestarzałe.
Krótką dyskusję na ten temat zawierają komentarze do posta o listach lektur, więc nie będę się już powtarzać.

Nie pamiętam, jak mi się udało przemknąć przez lata nauki nie czytając "Przedwiośnia" (ani w szkole, ani na studiach). Ale domyślam się dlaczego nie przeczytałam. Mocno utkwiły mi w pamięci te nieszczęsne "Rozdzióbią nas kruki, wrony"...  i już nie miałam ochoty na dalsze czytanie Żeromskiego.  Po dłuższym namyśle przypomniało mi się, że jednak jakoś przyswoiłam (czyli przeleciałam "po łebkach") i "Siłaczkę" i "Ludzi bezdomnych" i "Syzyfowe prace", ale ta wymęczona lektura tylko utwierdziła mnie w niechęci do stylu i języka Stefana Żeromskiego. Dlatego nie planuję powrotów do twórczości Żeromskiego i w tym przypadku stanowczo wolę adaptacje filmowe.

W tamtych czasach złamałam się jednak i po obejrzeniu w kinie "Dziejów grzechu" w reżyserii Waleriana Borowczyka sięgnęłam po powieść. Ten film był nie mniejszym skandalem w PRL-u niż powieściowy pierwowzór w swoich czasach. Kto by pomyślał!

A "Przedwiośnie" przeczytałam dopiero niedawno, kiedy znalazłam egzemplarz w Starej Szafie. To wydanie Spółdzielni Wydawniczej "Czytelnik"z 1948 roku, będące częścią "Pism" Stefana Żeromskiego (tom XIX) pod redakcją Stanisława Pigonia


czwartek, 6 września 2018

"Czarne diamenty" (1939)



"Inżynier Franciszek Nawrat (Zbigniew Sawan), zawiadowca kopalni "Mars", dowiaduje się, że dyrekcja zamierza ją sprzedać zagranicznemu koncernowi. Jako żarliwy patriota, nie mogąc pogodzić się z  przejęciem zakładu przez obcy kapitał, wysuwa pomysł założenia spółdzielni złożonej z górników, która kupi kopalnię i będzie jej właścicielem. Tak też się staje. Pewnego dnia w wyrobisku wybucha groźny pożar. Nawrat w tym czasie przebywa na przyjęciu w Wiśle, gdzie spędza wieczór w towarzystwie pięknej Ireny La Rochelle (Ina Benita), którą poznał w czasie jej wcześniejszej wizyty w kopalni, którą zwiedzała w towarzystwie przyjaciół. Sekretarka Tereska (Zofia Kajzerówna), od dawna skrycie zakochana w swoim przełożonym, odnajduje go i razem wracają do "Marsa". Nawrat z grupą górników zjeżdża na dół i podejmuje próbę ugaszenia szalejącego pożaru..."- opis filmu
Scenariusz filmu powstał na podstawie powieści Gustawa Morcinka (pod tym samym tytułem) i wpływ pisarza na scenariusz wyraźnie widać. Zaczęłam oglądać przypadkowo, gdy emisja już się rozpoczęła i w pierwszej chwili miałam wrażenie, że oglądam znajome produkcyjniaki  z epoki socrealizmu. Akurat były to ujęcia wydobywania węgla, co w połączeniu z patetyczną muzyką (właśnie w stylu radzieckich monumentów filmowych) wywołało takie skojarzenia.

Moje wrażenia - film nie przetrwał próby czasu, nie robi większego wrażenia (nawet ze świadomością, że to film archiwalny sprzed prawie 80 lat). Chwilami to ckliwy melodramat i chyba sceny w kopalni  jeszcze go jakoś ratują. Film robi wrażenie niedopracowanego pod względem aktorskim - wydaje się, że gdyby nie wybuch wojny pozostałby jednym z wielu filmowych średniaków.

To właśnie II wojna światowa, niszcząc tak wiele przedwojennego świata, zmieniła kryteria kwalifikacji ocalałych resztek. Ten film jest tego przykładem. Pozostało tak niewiele z przedwojennego dorobku polskiego kina, że każdy uratowany film automatycznie zyskuje na wartości przez sam fakt przetrwania kopii.
Zastanawiam się, czy aktorzy widzieli film po jego ukończeniu. Tego nie wiemy, a sprzeczne informacje dotyczące premiery krążą w internecie. Jedna wersja mówi, że film miał swoją premierę dopiero w 1981 roku. Według innej  - był wyświetlany tuż po zakończeniu wojny. 


 Jagna Janecka
 Właściwie: Agnieszka Dobrzyńska (ur.21.04.1921)
 Jako osiemnastolatka wystąpiła na scenie Teatru Ateneum w Warszawie
w sztuce "Szczęśliwe dni" i od razu zyskała uznanie widzów i krytyki.
Ostatni raz była widziana w Warszawie w roku 1943, jej dalsze losy nie są znane - FilmPolski.pl.

Zofia Kajzerówna
Zmarła w Kanadzie (Calgary) w wieku 91 lat.
Nie znałam bliższych informacji o aktorce - wykaz jej ról filmowych kończy się w roku 1939.
Pełnego życiorysu brak, ale za to łatwo znaleźć plotkarskie wiadomości, 
dotyczące przedwojennego romansu z żonatym generałem-ministrem


Ina Benita 
W czasie wojny uwikłana w związek z austriackim oficerem.

Ostatni raz widziana w czasie Powstania Warszawskiego, gdy wchodziła do kanałów.
Przeżyła, czy zginęła? - obie wersje mają swoich zwolenników

niedziela, 2 września 2018

Niedziela z obrazem (121)

Emilia Dukszyńska-Dukszta "Portret pensjonarki" (1888)



Obraz podsunęło samo Muzeum na swojej stronie - oczywiście z okazji początku roku szkolnego.
Co prawda nie jest to obraz w naszym polskim klimacie (mimo osoby autorki) i widać tu silne wpływy monachijskie, ale zawiera to co lubię najbardziej w malarstwie - szczegóły i realia życia codziennego.  
Tu pojawiają się zrobione na drutach mitenki, które w ostatnich latach wróciły do łask - są bardzo modne na stronach robótkowych. Chyba powrotu mufki nie doczekamy się (w związku z ocieplaniem się  klimatu).

Zaciekawiła mnie postać malarki, bo wcześniej nie natknęłam się na Jej prace.
Emilia Dukszyńska-Dukszta w Wikipedii

sobota, 1 września 2018

Lektury szkolne - co pozostało w pamięci?

1 września - rozpoczęcie roku szkolnego...
Tak było kiedyś, w innym czasie, niezależnie od tego w jakim dniu wypadał początek nauki. Wolnych sobót nie było, jedyną ulga była mniejsza liczba lekcji w planie.
To moja szkoła podstawowa w tamtych latach - taki zapamiętany obraz utrwalony na zdjęciu.



Pierwsze dni szkolne zawsze będę wspominać miło i bezstresowo. Nowy rok - nowe czyste konto.
Po uroczystym rozpoczęciu w ogromnej sali gimnastycznej, przejście do klas i zapisanie planu lekcji.
Jak bardzo zmienia się nasze postrzeganie rzeczywistości przekonujemy się właśnie w takich miejscach - pamiętanych z dzieciństwa. Wtedy sala gimnastyczna (na II piętrze, w wystającej części budynku)



wydawała mi się ogromna - zarówno w czasie lekcji wf, gdy klasa rozbiegła się na wszystkie strony aż echo poszło, jak i w czasie całoszkolnego spędu z okazji różnych akademii. A tłum był wtedy niezły, bo przecież byliśmy pierwszym powojennym wyżem demograficznym.
A na pierwszej lekcji języka polskiego pracowicie spisywaliśmy z tablicy listę lektur na dany rok szkolny.
Od pewnego czasu zaglądam na stronę Wolne Lektury, ale początkowo nie zastanawiałam się "czy my to przerabialiśmy". Traktuję stronę jako kolejne źródło poznawania utworów literackich i nieznanych wcześniej autorów. W 2016 roku w ten sposób trafiłam na dwie powieści "kresowe" i ich autorkę - Zofię Żurakowską. Książkom poświęcę osobny wpis, ale szukanie wiadomości o pisarce wywołało serię moich poszukiwań.


Notka biograficzna o pisarce na stronie Wolne lektury:
" Ur. 13 czerwca 1897 w Wyszpolu koło Żytomierza, Zm. 31 maja 1931 w Rabce. 
Najważniejsze dzieła:
Skarby (1925), Pożegnanie domu (1927), Pójdziemy w świat (1928), Fetysz (1930), Roman i dziewiętnastu (1930), Jutro niedziela (1935)
Autorka książek dla młodzieży, które w okresie dwudziestolecia międzywojennego należały do lektur szkolnych. Skarby i Pożegnanie domu stanowią dwie pierwsze części powieści autobiograficznej opowiadającej z perspektywy uwzględniającej przede wszystkim dziecięce widzenie świata, o czasach I wojny światowej i rewolucji rosyjskiej; trzecia planowana część (Nieporozumienie) nie została ukończona przez przedwcześnie zmarłą na gruźlicę pisarkę. Jutro niedziela to wydany już pośmiertnie zbiór opowiadań.
Psychologiczno-obyczajowa proza Żurakowskiej, z dużą wrażliwością ukazująca rodzinne i szkolne problemy młodych ludzi, została doceniona przez Marię Dąbrowską, ponadto zaś uhonorowana nagrodą ministerialną. Po wojnie powieści Żurakowskiej, jako poruszające drażliwy temat utraconych na rzecz ZSRR ziem wschodnich przedwojennej Polski, nie były początkowo wznawiane, wydano je dopiero w zbiorach w 1957 i 1972 roku."

W drugiej notce z wikipedii  czytamy, że  opublikowane powieści stanowiły kanon lektur dla gimnazjalistów w II Rzeczypospolitej.

I to wywołało moje zastanowienie - jakie były w ogóle listy lektur szkolnych w okresie międzywojennym? Jedynym dostępnym szybko źródłem jest oczywiście internet, ale to dość chaotyczny informator i w dużym stopniu niepewny.

Jako pierwszy znalazłam temat na forum historycznym: "Kanon lektur" - co dziatki czytać musiały?
To ciekawe zestawienie (zawsze biorę poprawkę, na ile jest zgodne z prawdą - nie do końca wierzę sieciowym objawieniom).

Kolejnym celem poszukiwań stały się listy lektur z moich czasów. Początkowo próbowałam znaleźć własne podręczniki licealne do języka polskiego. Powinny być w szafie, ale są na tyle głęboko zakopane, że po pierwszej próbie nie mam ochoty na dalsze wykopaliska.

Na stronie Lubimy Czytać znalazłam ten wątek dyskusyjny - Dawne lektury szkolne

Odkładając jednak na bok wspomnieniowe notatki innych, sięgnęłam do własnej pamięci.
I nie udało się za bardzo.
Chodziłam do szkoły tak dawno (nie tylko w innym stuleciu, ale przede wszystkim w innym ustroju), że niewiele pamiętam. Z "przerabianymi" lekturami trochę mylą się tytuły książek przestawianych i ustawianych na półkach w szkolnej bibliotece (bardzo lubiłam te dyżury, szczególnie w podstawówce).
Mogę jedynie przypuszczać, że lekturą była powieść "Na ratunek" Stefanii Sempołowskiej, ale nie pamiętam, czy mieliśmy czytać całość, czy tylko fragmenty z podręcznika. Ale w której klasie???
Druga lektura przypomniała się, gdy w kalendarium LC pojawiła się data urodzin Wandy Wasilewskiej.
Jak mówi znane źródło "Pokój na poddaszu (1954 – w okresie PRL-u lektura w 5 klasie szkoły podstawowej).

Dużo więcej pamiętam z czasów licealnych (wiadomo, człowiek już bardziej świadomy)... a szczególnie pewną lekcję z omawiania "Lalki". Mieliśmy wspaniałego polonistę... już w czasie szkoły uważałam Go za najlepszego nauczyciela w naszym liceum. Dzięki niemu nie tylko jakoś udało się przełknąć te wszystkie "kruki, wrony", ale omawiać w ciekawy sposób czytane lektury.

Dochodząc do czasów współczesnych - wracam do początku posta, a właściwie do pytania postawionego w tytule. Oczywiście, że pozostało niewiele - szczególnie z najmłodszych lat.
A czy w ogóle tzw. lektury obowiązkowe są dobrym sposobem poznawania literatury?
Według mnie odnoszą odwrotny skutek - uczeń zmuszany do czytania odwraca się często od nawet najciekawszej książki. W ten sposób obrzydza się literaturę, którą może docenić tylko dorosły czytelnik.

Inną sprawą jest dobór lektur - wiadomo, że zawsze upolityczniony, wynikający z obowiązującego ustroju i linii siły rządzącej. Jak dodamy do tego jeszcze anachroniczność niektórych utworów, niezrozumiały dla młodszych dzieci języka i realiów, a dla współczesnych nastolatków tematykę wybranych utworów obcą jak z kosmosu -  to mamy zagadnienie "lektury szkolne - od lat nieprzerobiony problem".

Aktualnie jeszcze dochodzi nowa/stara moda - "uwspółcześnianie języka literatury". Jak mnie denerwują takie argumenty!
Co prawda moda na tzw. bryki (skrótowce, prostsze wersje powieści Kraszewskiego znalazłam z wcześniejszych czasów), nie jest wymysłem XXI wieku - chyba najpełniej rozwinęła się w XX-leciu międzywojennym, ale skalpowanie utworu przez wydawnictwo jest naganną praktyką. Szczególnie w przypadku tłumaczeń z języków obcych, gdy czytelnik nie znający języka jest skazany wyłącznie na wersje tłumaczy.

Możemy nie lubić stylu niektórych pisarzy z kanonu literatury, ale wycinanie wyrazów z tekstu według własnego widzimisię i to jeszcze do nagłaśnianej ogólnopolskiej akcji  wspólnego czytania jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe.
Sama nie przepadam za językiem Żeromskiego i przeczytałam "Przedwiośnie" dopiero kilka lat temu, ale zawsze będę uważać, że książka powinna być prezentowana w wersji napisanej przez autora. A nie jak to bywa z filmami -"adaptacja powieści..."

Dotychczas nie zwracałam uwagi na adnotacje typu "książka zalecana jako lektura klasy...", ale teraz może przy okazji stworzę sobie taką listę dawnych lektur.