niedziela, 22 lipca 2018

Niedziela z obrazem (120)

Letni czas to moje skojarzenie przede wszystkim z obrazami impresjonistów.

Claude Monet "Jardin à Sainte-Adresse" (1867)



piątek, 20 lipca 2018

Bagienna biografia

Chyba żadna przeczytana do tej pory biografia nie wywołała u mnie tak silnych emocji.


Często nie zgadzam się z notkami od wydawcy, tym razem jednak jest w tym sporo prawdy:
"Ale ta lektura to prawdziwie szokowa terapia, poetyczne stracone złudzenia - z każdą przeczytaną stroną wizerunek eterycznej, delikatnej poetki oddala się bezpowrotnie"
i nie polecam czytania tej książki miłośnikom poezji Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, którzy chcą zachować wyidealizowany obraz ulubionej poetki.

To nie jest odbrązawianie pomnika - to brutalne wykopanie z piedestału.
W trakcie lektury tej książki można wręcz poczuć nienawiść do siebie za to, że kiedyś tak się kochało poezję Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej... poezję powstającą nie z wewnętrznej potrzeby twórczej, ale jako produkt na sprzedaż.

Paradoksalnie ta książka jest podobna do "Marii i Magdaleny" - obie te pozycje pokazują bohaterkę tak tendencyjnie i subiektywnie, jak tylko się da. Tyle, że każda w innym kierunku.

U siostry, Magdaleny Samozwaniec, postać Lilusi jest tak lukrowana, że aż mdli z przesłodzenia.
"Bagienna..." kreuje Marię jako koszmarną babę, której nie chciałabym poznać osobiście.
Mimo skrajnie różnej tendencyjności obu książek, jest coś co daje wyraźną przewagę "Bagiennej...". To duża dawka dokumentacji, czyli cytowanych listów poetki i wypowiedzi innych osób oraz prywatnych zapisków Marii. Tyle tylko, że jest to cytowanie szalenie wybiórcze, mające chyba na celu zohydzenie postaci bohaterki.

Czytając książkę szybko odniosłam wrażenie, że autorka/autor bardzo nie lubi swojej bohaterki.
Tu przy okazji zatrzymam się na chwilę przy tajemniczej postaci autorskiej, kryjącej się pod trudnym do zapamiętania pseudonimem. Szukałam informacji na ten temat - są różne i wzajemnie się wykluczające. Ja mam w tej sprawie swoje własne domysły, ale oczywiście ich nie ujawnię.

Jaki portret poetki wyłania się z tych  wyselekcjonowanych dokumentów?

Nie zastosuję opisu "własnymi słowami" Marii jako córki, żony, kobiety, polskiej obywatelki, poetki...
bo musiałabym użyć samych negatywnych określeń. Początkowo miałam zamiar posłużyć się cytatami jej własnych słów, ale szkoda mi czasu...
Szersze opinie o książce można znaleźć w internecie, między innymi na portalu  Lubimy czytać

Co mi dała lektura tej książki, oprócz swoistego zbrzydzenia taką formą biografii?
Uzupełniła życiorys Marii od momentu wybuchu II wojny światowej, na którym kończy się "Maria i Magdalena". Dostarczyła też sporo informacji o innych Kossakach... oczywiście równie negatywnych.

8/2018

środa, 18 lipca 2018

"Deszczowy lipiec (1957)

Deszczowe, mokre wakacje  - takie wspomnienia wyskakują z szufladki pamięci. W czasach moich lat szkolnych piękna, słoneczna pogoda była rzadkością... albo bardziej pamięta się te nieudane wyjazdy nad morze, gdy z całego turnusu zaledwie 2-3 dni pozwalały na plażowanie.

Kiedy w lipcu przychodzą takie kilkudniowe ulewne deszcze, zawsze przypomina się ten film, którego współautorką scenariusza jest Stefania Grodzieńska.


"Mąż zdradza żonę. Ta, przebywając na wczasach, chce mu odpłacić pięknym za nadobne. Nie ulega jednak zakochanemu w niej Andrzejowi, bo przekonuje się, że tylko męża darzy prawdziwym uczuciem. Kiedy wychodzi po niego na dworzec, dowiaduje się, że nie przyjechał on do niej, ani nawet do swojej kochanki, lecz do jeszcze innej kobiety..."

Wydawało mi się, że już wspominałam o tym filmie, przeszukałam bloga, ale nie znalazłam takiej notki.
Pewnie jakaś wzmianka jest w tekście.

Film nie jest specjalnym arcydziełem sztuki filmowej, ale dla mnie jest kapitalnym dokumentem epoki wraz z plejadą naszych wspaniałych aktorów w obsadzie, na tle deszczowego Zakopanego.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Przeczytane... - "Tajemnice prowincji"


Od wydawcy:
"Justyna Skotnicka powraca do swoich rodzinnych stron. Zostaje kustoszem niewielkiego muzeum hrabiny Doenhoff. Pełna obaw, czy poradzi sobie w nowej sytuacji, przejmuje również tymczasową opiekę nad synami siostry: niesfornym pierwszoklasistą, Kubą i jego dużo starszym bratem, Maciejem. W Brzozowie zamierza spędzić tylko rok. Wbrew oczekiwaniom nadchodzący czas przyniesie jej sporo niespodziewanych wrażeń."
Lektura łatwa, lekka, ale czy rzeczywiście przyjemna?
To letnia powieść - nie dlatego, że przeczytana teraz, w czasie lata.
Letnia jak temperatura mało ciepłej zupy... a że ja nie lubię letnich, ledwo ciepłych potraw, a tym bardziej stygnącej herbaty i kawy, to "Tajemnice..." trochę mnie zmęczyły. Monotonią, powierzchownością, słabo zarysowanymi postaciami, jakimś ogólnym brakiem emocji. Po skończeniu czytania miałam wrażenie, że to tylko próby literackie.

Plusem jest normalny język, jakim napisana jest ta powieść. Są tu normalne zdania, a nie esemesowe skrótowce panoszące się coraz bardziej we współczesnych polskich powieściach.
Niestety... gdyby nie to powtarzające się "robienie na szydełku"!!!
O ile mogę zrozumieć błędy ortograficzne i językowe popełniane przez blogerów (to teksty amatorskie, w pewnym sensie prywatne), to jednak więcej wymagam od wydawnictwa, które przecież powinno zadbać o edycję tekstu pod każdym względem.
Chyba, że ja o czymś nie wiem i w polszczyźnie wszystko jest już dozwolone.
Na zdjęciu fragment strony 100



8/2018

wtorek, 3 lipca 2018

Stefania Grodzieńska "Nie ma się z czego śmiać"


Prawdopodobnie zachwyciłabym się stylem pisania, kulturą, językiem Stefanii Grodzieńskiej po przeczytaniu tej książki, gdyby to było moje pierwsze spotkanie z autorką. Tak, jak zachwyciłam się przed wielu laty po lekturze "Wspomnień chałturzystki". Tamta książka szybko została prawdziwym hitem naszej najbliższej rodziny - czytana wielokrotnie, wprowadziła do naszego rodzinnego języka wiele zwrotów i skojarzeń.
Później przeczytałam kilka książek Stefanii Grodzieńskiej, o których chcę napisać, ale ciągle brakuje na to czasu.
I wreszcie ta ostatnia, która jakby zamyka klamrą cały ten mój proces czytelniczy.

Dlaczego tym razem patrzę inaczej na te wspomnienia?
Mówią przecież w większości o tych samych wydarzeniach.
Dlatego, że mam porównanie.
"Nie ma się z czego śmiać" w pewnym sensie zmęczyła mnie.
Nie ma już tej lekkości, błyskotliwości, perełek żartu.
Przeszkadzało mi powtarzające się zbyt często tytułowe zdanie "nie ma się z czego śmiać", powracające aproposy, a przede wszystkim ciężki kaliber całości.
Chyba za bardzo przyzwyczaiłam się do lekkiego, zabawowego stylu satyryczki, a teraz dostałam wspomnienia pisane przez bardzo mocno wiekową kobietę. Niby podobne do tamtych ze "Wspomnień chałturzystki", ale jednak pisane w innym momencie życia autorki i rozszerzone o tragiczne wydarzenia czasu wojny, okupacji, warszawskiego getta. Między książkami jest różnica 44 lat i właśnie tę różnicę widać najbardziej.  
"Wspomnienia chałturzystki" - pierwsze wydanie 1963 rok, "Nie ma się z czego śmiać" - pierwsze wydanie 2007 rok.

Oczywiście można pisać kilka razy na ten sam temat, przywoływać te same wspomnienia - pisząc za każdym razem w innym stylu.
I nie tego aspektu pisarstwa dotyczą moje uwagi.
Nie krytykuję - po prostu porównuję.

Jednak gdybym miała znaleźć jakieś "ale..." byłoby to swego rodzaju kluczenie, niedomówienia, unikanie jasnej wypowiedzi. Dotyczy to właśnie czasu wojny. W trakcie czytania zastanawiałam się "dlaczego Autorka tak mętnie o tym mówi?... dlaczego w takim razie w ogóle porusza ten temat, wspomina konkretną osobę?" Mogłaby to całkowicie pominąć, tak jak w "Chałturzystce...; przecież autor sam decyduje co chce powiedzieć... to nie jest przesłuchanie pod groźbą kary.


7/2018

niedziela, 1 lipca 2018

Niedziela z obrazem (119)

Do dzisiejszego wpisu nie miałam wybranego konkretnego obrazu. Zdając się na przypadek, coś w rodzaju chybił-trafił, zajrzałam na stronę Muzeum Narodowego w Warszawie, a tam informacja - Dziś Dzień Psa, ilustrowana obrazem Jana Matejki

Jan Matejko, "Portret trojga dzieci artysty: Tadeusza, Heleny i Beaty", (1870)