piątek, 6 kwietnia 2018

Odbrązawiania pomników ciąg dalszy, czyli stracone złudzenia (czytelnicze)

Moja wiedza o Magdalenie Samozwaniec i rodzinie Kossaków mocno się powiększyła od zamierzchłych czasów pierwszej lektury "Marii i Magdaleny". W ciągu ostatnich miesięcy nie szukałam specjalnie tych książek, ale w czasie wizyt bibliotecznych jakoś same się podsunęły do czytania, więc wypożyczałam i czytałam.
Efekt? - jeszcze większe odejście od dawnego zachwytu, a teraz nawet od chęci czytania satyrycznych tekstów M.Samozwaniec. Kiedyś przeczytałam ich sporo (najbardziej znane mam na swojej półce), ale teraz nie udałoby mi się czytać bez widzenia autorki prywatnie.

I tu jest sedno sprawy - zbytnia znajomość życiorysu pisarza przeszkadza, czy pomaga w odbiorze jego twórczości?
Jeszcze całkiem niedawno uważałam, że wiedza o prywatnych grzeszkach i ułomnościach pisarza do niczego nie jest mi potrzebna... że jego pisarstwo obroni się samo... że może lepiej nie wiedzieć. Gdybyśmy tak zaczęli rozliczać wszystkich twórców i poddawać surowej ocenie życie prywatne, to prawie nic by nie zostało z literackiego dorobku ludzkości. Nawet dzieła świętych  można by odrzucić, bo przecież też grzeszyli zanim zostali świętymi.

Kiedy jednak przeczytałam trochę o niechlubnej, bo dobrowolnej współpracy (dla zysku, z chęci zemsty, dla kariery) niektórych pisarzy z wiadomymi służbami w minionym ustroju - zmieniłam zdanie. Takich postaw nic nie usprawiedliwia.

Jednak nadal mam problem - poznawać prywatne życie literatów, czy nie poznawać? 
Problem dla mnie coraz większy, bo biograficznych książek jest i będzie coraz więcej. Być może rośnie zapotrzebowanie, ale jednocześnie o wiele łatwiejszy jest teraz zarówno dostęp do materiałów źródłowych, jak i do ludzi posiadających znaczące informacje czy wspomnienia.

O swoich etapach pozbywania się subiektywnego odbioru pisałam w 2013 roku - "Bezkrytyczna siostrzana miłość" i w  2014 "Odbrązowienie pomnika"

Kolejnym była lektura wspomnieniowej książki drugiego męża pisarki.


Gdybym miała krótko określić swoje wrażenia po przeczytaniu tych wspomnień, byłoby to: "cynizm i niesmak" (tu potwierdziły się moje wcześniejsze refleksje po przeczytaniu książki Rafała Podrazy "Córka Kossaka")
Pomijając już dość toporny i nudny sposób pisania Zygmunta Niewidowskiego (zniechęcający w trakcie czytania do tego stopnia, że zrobiłam kilka dłuższych przerw), nie jest to miła laurka dla ukochanej żony. Mąż nie ukrywa, że właściwie to sam nie wie dlaczego się ożenił; z rozbrajającą szczerością wręcz chwali się swoją niewiernością i w kilku momentach prawie ośmiesza swoją żonę opisami jej wpadek, nieodpowiedzialności i niezaradności życiowej itd. Całość jest niby peanem pochwalnym na jej cześć - miałam wrażenie, że to jakby druga "Maria i Magdalena", ale zbyt mocno przebijają się właśnie te historyjki typu "oj, ta kochana Madzia, jakie to gapiątko i głuptasek". To było dobre, gdy była podlotkiem i tak mówiła o niej siostra, ale w sytuacji kobiety po 50-tce? I to w czasach, gdy o młodych pięćdziesięciolatkach jeszcze nikomu się nie śniło.
Małżeństwo z dużo młodszym mężczyzną - a nie jest to bez znaczenia, gdy chodzi o 20 lat, zawsze wypadnie na niekorzyść kobiety. Chyba, że jest milionerką i cudem piękności. A M.Samozwaniec taka nie była - czy więc kandydat na męża doceniał jej intelekt? Trudno nam to oceniać.
Czemu się tak uczepiłam właśnie tego wątku? Nie ukrywajmy, że czytając biografie sławnych ludzi zawsze wątki damsko-męskie najbardziej nas interesują. Porównujemy siebie do sytuacji z życia bohatera biografii, więc i ja dokonałam takiego porównania. I odrzuciła mnie wizja związku z młodszym o 20 lat facetem z dowolnie wybranymi wadami - brrr! 
Oczywiście to tylko teoretyzowanie, bo takie szczęście mi nie groziło ...

2 komentarze:

  1. Bardzo ciekawe, bardzo. Uważam, że aż takich brudów nie należy prać publicznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może zbyt ostro oceniłam te wspomnienia, ale takie są moje subiektywne odczucia po lekturze.Nie wiem, czy określenie "pranie brudów" jest właściwe. Bardziej jest to zbytnie odsłanianie prywatności, co przecież stało się celebrycką normą w dzisiejszym świecie i nie powinno już dziwić. Nie ma tu wulgarności, ani obrażania kogokolwiek - przeciwnie, mąż pisze o żonie pozytywnie, podkreślając jej zalety. Ale jednak mocno zgrzyta dobór opisanych sytuacji, stąd taka właśnie ocena.
      Dlatego na tym poprzestanę, zachowując dla siebie pozostałe refleksje.
      Chcąc mieć własne najlepiej jak zawsze przeczytać omawianą książkę :)

      Usuń