czwartek, 22 marca 2018

Isadora Duncan "Moje życie" (1927)



Postać Isadory Duncan i jej wspomnieniową książkę "My life" przypomniała mi autorka ulubionego bloga o moim mieście. Najnowszy wpis poświęcony jest właśnie Isadorze Duncan i jej niezbyt udanemu występowi w Łodzi w 1907 roku. Ta informacja to dla mnie zaskoczenie - być może kiedyś czytałam o tym, ale pamięć wszystkiego nie zachowa.

Nigdy nie interesowałam się specjalnie tańcem, baletem, sztuką tańca w ogóle. Mimo, że w najbliższej rodzinie mam osoby tańczące amatorsko i zawodowo, ja nie podzielam tego entuzjazmu, bo najzwyczajniej w świecie nie rozumiem baletu. Zarówno balet klasyczny, jak i taniec nowoczesny to dla mnie jedynie wymachy rąk i nóg przy muzyce. Właściwie to muzyka była dla mnie zawsze jedynym celem wizyt w Teatrze Wielkim - ... przy okazji baletu. Wiem... to herezja dla miłośników tej sztuki.

Isadora Duncan to postać niezwykła, która ma swoje miejsce w historii tańca. Niewątpliwie wprowadziła coś nowego, ale chyba w dzisiejszych czasach - po ponad 100 latach, tamten ruch sceniczny nie jest już niczym oryginalnym.


Dawno temu, zaraz po obejrzeniu filmu "Isadora" (z Vanessą Redgrave w roli głównej), przeczytałam autobiograficzną książkę tancerki. Wtedy również bliżej zainteresowałam się twórczością Jesienina (nawet szczęśliwie "trafiłam" w księgarni na zbiór jego poezji). To było zainteresowanie w kontekście związku obywatela Rosji sowieckiej i Amerykanki. Wtedy dla mnie było ciekawostką małżeństwo dwóch różnych politycznie światów.


Sama książka (wydana po śmierci autorki)  mnie rozczarowała... odebrałam ją jako nadmiernie obszerny (400 stron) zbiór egzaltowanych zachwytów i samouwielbienia, dość męczący w czytaniu . Wtedy tego nie rozumiałam, bo nie miałam dostępu do takiego amerykańskiego stylu pisania, jaki znajdziemy chociażby we wspomnieniach Poli Negri.
Dzisiaj już inaczej podchodzę do tego typu autobiografii - trzeba brać spory margines na fantazję i twórczość własną autorek w zakresie  tworzeniu faktów. A ja jednak wolę biografie pisane przez innych od subiektywizmu autoreklamy biograficznej.

środa, 21 marca 2018

Było... minęło...(25) - "Wyspa skarbów" (1884)


R.L.Stevenson "Wyspa skarbów", Państwowe Wydawnictwo "Iskry", Warszawa 1966, cena zł  9,-

Strasznie szybko pędzi ten mój własny czas... ostatni wpis z tego cyklu zamieściłam na blogu w listopadzie 2016 roku. I tak jak dzisiejszy wtedy również był to wpis inspirowany kolejnym Piknikiem z klasyką.

W podanym piknikowym kalendarzyku spotkanie z "Wyspą skarbów" było zapowiedziane na wczoraj, ale na razie na obu dyskusyjnych blogach nie ma żadnej informacji, więc zasiadam do pisania nie znając jeszcze  wypowiedzi organizatorek .

Nie czytałam teraz książki "na świeżo", ale w czasach szkolnych kilka razy do niej wracałam i dobrze pamiętam zarówno treść jak i swoje własne wrażenia.
Jedyne co mogę dodać dziś to refleksja nad stopniem zrozumienia powieści przez dzisiejszego czytelnika. Sama zadaję sobie pytanie, jaki procent współczesnego odbiorcy przeczyta historię Jima ze zrozumieniem. I czy w ogóle dziś jest jakaś docelowa grupa czytelnicza w młodym wieku?
Obawiam się, że nie ma takiej.

Dostałam książkę jako nagrodę szkolną po zakończeniu czwartej (!) klasy szkoły podstawowej, czyli miałam wtedy 11 lat. Dziś nie pamiętam momentu pierwszego czytania, ale na pewno było to w czasach tzw. podstawówki. Nie miałam żadnego problemu typu zbyt trudny język powieści. Po prostu przeczytałam, odbierając tę opowieść jako ciekawą  bajkę z wciągającą akcją. Bajkę o korsarzach i poszukiwaniach skarbów.

Mając świadomość szpetnej strony piractwa, jego okrucieństwo i bezprawie, lubię oglądać obrazy przedstawiające dawne żaglowce... nawet jeśli w tle toczy się walka na śmierć i życie.

A. Garneray "HMS Kent kontra francuski korsarz Robert Surcouf w październiku 1800 roku"


poniedziałek, 19 marca 2018

"Kwiat wiśni i czerwona fasola" (2015)

Japoński film czarujący innym klimatem, niż dominująca większość światowych produkcji.
Bardzo mi się spodobał, bo nie lubię tego nadmiernego pośpiechu, agresji, prostactwa, migających w szalonym tempie obrazków, pustej paplaniny w połączeniu z fatalną dykcją. To wszystko omijam szerokim łukiem, wybierając świadomie filmy do oglądania. Cóż... jestem widzem z minionej epoki, dlatego też całkowicie zrezygnowałam z seansów we współczesnych salach  kinowych.
Teraz oglądam filmy emitowane przez telewizję, a ostatnio także w  internecie.

Ten film ma wszystko to co lubię - inteligentny scenariusz, piękne ujęcia, spokojne tempo, skupienie na człowieku.


W mało zachęcającej budce Sentaro sprzedaje dorayaki - placki  przekładane słodką pastą z czerwonej fasoli. Nie lubi tego, co robi, ale z pewnych względów musi pracować. Jego wyroby nie cieszą się zbytnim powodzeniem, mimo to każdego poranka znowu otwiera okienko. Pewnego dnia do pracy zgłasza się  starsza kobieta (w odpowiedzi na ogłoszenie o poszukiwaniu pomocy kuchennej). Sentaro początkowo odmawia (ze względu na podeszły wiek kobiety), jednak zmienia zdanie, gdy spróbuje przyniesionej przez nią pasty z fasoli domowej roboty. To zupełnie inny smak niż gotowa masa kupowana w hurtowni.
Przyjmuje Tokue, której zadaniem będzie tylko przygotowywanie pasty i od tej chwili zmienia się jego życie.

Bardzo lubię dobrze pokazane w filmach  kulinarne wątki. Ten film właśnie do takich należy.
To nie jest zwykłe gotowanie fasoli i bezmyślne mieszanie w garnku. To powolny proces... prawie misterium z prostym filozoficznym podłożem.

Film jest adaptacją powieści (podobno bestsellerowej), ale niestety nie mam możliwości przeczytania bez dobrej znajomości języka angielskiego. Trzeba czekać na polskie tłumaczenie... może ktoś kiedyś...

" Sentaro has failed. He has a criminal record, drinks too much, and his dream of becoming a writer is just a distant memory. With only the blossoming of the cherry trees to mark the passing of time, he spends his days in a tiny confectionery shop selling dorayaki, a type of pancake filled with sweet bean paste.

But everything is about to change.

Into his life comes Tokue, an elderly woman with disfigured hands and a troubled past. Tokue makes the best sweet bean paste Sentaro has ever tasted. She begins to teach him her craft, but as their friendship flourishes, social pressures become impossible to escape and Tokue's dark secret is revealed, with devastating consequences." - opis okładkowy