niedziela, 6 stycznia 2013

Różne powody przerywania czytania...

Odwiedzając blogi książkowe często trafiam na recenzje/wpisy dotyczące książek, których tytuły są mi znajome.
To oczywiście nie dotyczy nowości. Zaczynam czytać posta, dochodzę do tytułu - "przecież mam tę książkę u siebie", albo "pożyczyłam i oddałam nie przeczytaną".
Dzisiaj tak właśnie przypomniała mi się "Staroświecka historia" Magdy Szabo, u Książkozaura na tropie.
"Nowość" (bo kupiłam nowiutką w księgarni), która stoi u mnie na półce ponad 30 lat. Wydana przez poważne wydawnictwo, czyli Państwowy Instytut Wydawniczy - zszywane kartki, twarda oprawa, lakierowana obwoluta... ale cóż z tego, skoro ma fatalny druk. Chyba wtedy z powodu kłopotów z papierem tekst jest tak koszmarnie ściśnięty, że odstrasza po pierwszych próbach czytania. To nie chodzi nawet o wielkość czcionki (chociaż ma dla mnie znaczenie), ale o odstępy między zdaniami. Tych odstępów prawie nie ma i poszczególne wyrazy włażą jeden w drugi zlewając się przed oczami. Nie mogę się skupić na treści, jeśli muszę oddzielać poszczególne zdania od siebie. W tej przegranej walce muszę chyba posłużyć się lupą, jeśli chcę książkę przeczytać.

Najbardziej prozaiczną (nomen omen)  przyczyną rezygnacji z dalszej lektury jest oczywiście coś, co można nazwać różnie: znudzeniem, utratą zainteresowania, przewidywalnością prymitywnego zakończenia, albo jeszcze inaczej.

Dla mnie jako czytelniczki najbardziej przykre są sytuacje, gdy nie mogę czytać książki ze względów emocjonalnych. Taką sytuację przeżyłam w ubiegłym roku, gdy oddałam wypożyczoną książkę właściwie nie przeczytaną. To "Wspomnienia z Kornwalii" Zofii Kossak.


W notce od wydawcy (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007), czytamy:

"Wspomnienia z Kornwalii, ukazujące się blisko 40 lat po śmierci pisarki, to przejmująca opowieść o nieznanym okresie życia Zofii Kossak, która, zmuszona po wojnie do opuszczenia kraju, próbowała wraz z mężem Zygmuntem Szatkowskim znaleźć swoje miejsce do życia na Wyspach Brytyjskich.
   Wyjątkowo trafne obserwacje środowiska emigracyjnego i brytyjskich farmerów, sąsiadów z Trossell Farm.
   Świadectwo siły przetrwania, pracowitości, patriotycznej postawy, wreszcie - życia w harmonii z przyrodą i zwierzętami. "Gdy opowiadam, że karmiłam świnie lub poiłam cielęta, a Zygmunt doił krowy i wyrzucał nawóz - nie chcą nam wierzyć".
   Książka łączy w sobie walory opowieści biograficznej, wzbogaconej fragmentami listów do dzieci przebywających w Londynie i w Szwajcarii, oraz żywej, pełnej barwnych szczegółów kroniki bytowania na farmie w Kornwalii."
Nie mogłam skupić się na lekturze tych wspomnień, których nie powinno być.
Polska inteligencja nie powinna być zmuszona do przymusowej emigracji po rzekomo wygranej wojnie. Ludzie stworzeni do twórczego działania, obdarzeni artystycznym talentem  nie powinni być zepchnięci do roli prostych pracowników fizycznych w obcym kraju. W kraju, którego rodowici obywatele w większości traktują imigrantów z nieufnością, lekceważeniem, a nawet pogardą.
   Dlaczego to ich spotkało? dlaczego każde kolejne pokolenie było tak poranione? a po ostatniej wojnie szczególnie dotkliwie, bo przez "swoich". Tych swoich Polaków, którzy zmusili pisarkę do tułaczki...

Książki nie przeczytałam w całości, ale chciałam o niej napisać, że jest...

4 komentarze:

  1. Te wspomnienia warte uwagi.
    Nie powinno tak być, ale było i tego już nikt nie zmieni. Gdy tu panoszyło się "parobstwo" różnej maści tacy ludzie nie mogli wracać.To bolesne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie - czego nie zrobili Niemcy, dokończyli rodacy...

      Usuń
  2. Też bym chętnie przeczytała, bo niedawno skończyłam wspomnienia jej córki z okresu wojennego i pierwszego emigracji i bardzo mnie zainteresowała ta historia. Może uda mi się gdzieś zdobyc

    OdpowiedzUsuń
  3. napisałam 'też', bo Ala wyżej napisała o tym i się odniosłam do niej, zamiast do Ciebie, Twojego wpisu. Rozumiem, dlaczego się czasem przerywa, tak mam też ze Staroświecką historią, nie daję rady przez druk.

    OdpowiedzUsuń