niedziela, 16 grudnia 2012

90 lat temu...

(...) - Prędzej, prędzej! bo się się spóźnimy!... - Aptekarz od rana popędzał Amelkę i panią Raczyńska, nie dał im ani ubrać się spokojnie, ani zjeść. Pani Raczyńska, z wypiekami na twarzy, biegała między oficynką, gdzie po ślubie Amelki ulokowani małe, a mieszkaniem aptekarzostwa na pierwszym piętrze. Jej chudoba była i tu i tam.
- Gdzie mój żabot?! Dopiero co byłam w oficynce i znów muszę wracać. Już nóg nie czuję!
   Amelka najspokojniej w świecie ubierała się w swej sypialni. Głęboko o czymś zamyślona. Ale gdy usłyszała zniecierpliwiony głos aptekarza-męża, ręce jej zadrżały i puder posypał się na czarną suknię.
   - Czyś już gotowa? Nareszcie!
   Na ulicy wszyscy troje obrzucili się uważnym spojrzeniem. Aptekarz w futrze z fokami, pani Raczyńska w czarnym płaszczu z kołnierzem skunksowym. Amelka w karakułach. Zdenerwowanie minęło i poczuli się jakoś dobrze. 
   - Czy pojedziemy?
   - Nie, przejdziemy się.
   Tramwaje nie szły. Na ulicy panował senny spokój. Amelka ostrożnie stawiała stopy w cienkich pantofelkach. Udała, że to przez zapomnienie nie wzięła kaloszy. - Ach, zapomniałam kaloszy. - Ale aptekarz za nic w świecie nie chciał zawracać, a pani Raczyńska gniewnie zacisnęła usta. Wiedziała dobrze, ze Amelka zrobiła to umyślnie, przez głupią elegancję. Chodnik zalegało błoto tak dalece, że aż chlupało pod nogami. Naturalnie, w takim dniu nikt nie myślał o sprzątaniu.
   - A jednak właśnie dziś powinni uprzątnąć! - rzekła głośno pani Raczyńska.
   Aptekarz ze względu na swoje przekonania polityczne nie wiedział, czy to lepiej, czy gorzej, że nie jest sprzątnięte; czy to źle, czy dobrze, że nie idą tramwaje? A więc przemilczał. pozostawała kwestia, dokąd się udać wobec opóźnienia? - Jak mama myśli, czy pod Belweder, czy na plac Zamkowy?
   Pani Raczyńska była zdania, że jeśli już mają "coś widzieć", to muszą iść w stronę Belwederu. Na placu Zamkowym kondukt ma tylko kilkanaście kroków do Zamku, skręci do bramy i już. Czy przez taką chwilę można będzie coś zobaczyć? (...)

   Na Rymarskiej natknęli się na delegację  Żydów w długich i uroczystych chałatach. Aptekarz zauważył ironicznie: - Bez nich tam się nie obejdzie!... Pani Raczyńska zwróciła uwagę na flagi opuszczone i zdobne w kokardy z krepy. W sklepach wystawiono portrety  zamordowanego prezydenta. Pani Raczyńska wpadła w podniosły nastrój i zaczęła szeptać "wieczny odpoczynek". Ale aptekarz, gniewny i podniecony, zwrócił na nią swe spojrzenie i wargi jej przestały się poruszać
   - Inaczej nie mogło się to skończyć! - rzekł posępnie.
   - Ale... dlaczego? - zapytała Amelka melodyjnie i bezmyślnie.
   Aptekarz przystanął i wybałuszył na nią swe blade oczy. Amelka zmieszała się. - Jak to  dlaczego? Tyle razy ci tłumaczyłem, a ty znów nic nie wiesz?! Wybrano go wbrew woli narodu, znieważono naród, ponieważ wybrali go Żydzi, komuniści i socjaliści... - Amelka przypomniała sobie gazety czytywane głośno przez aptekarza, słowo w słowo to samo. Chodząca gazeta. Skinęła głową, a aptekarz ruszył naprzód, rozgoryczony. Po raz pierwszy powziął podejrzenie co do wlepionego weń spojrzenia żony przez wszystkie te wieczory, gdy odczytywał głośno gazetę, a ona siedziała naprzeciw, zajęta szyciem sukienek barchanowych dla biednych dzieci parafii i słuchała z natężoną uwagą. A jeśli otworzyła usta, to tylko po to, aby wydać okrzyk zgrozy, przestrachu, oburzenia, co świadczyło, jak żywy brała udział w śledzeniu wypadków politycznych. A teraz najspokojniej w świecie zadaje takie pytanie! (...)

   Amelka, idąc za mężem, z roztargnieniem wodziła oczyma po plakatach rozlepionych gęsto na murach. - Obywatele, Polacy! Bracia Chłopi! Ludu pracujący! Towarzysze! Narodzie! Synowie i córki nasze! - Nic nie rozumiała, to prawda, to jej się w głowie pomieścić nie mogło; zdawało się teraz, że cały naród żałuje, a przecież znaleźli się tacy, co zabili prezydenta. Aptekarz, jej mąż, usprawiedliwiał to zabójstwo, to jedno tylko zrozumiała z jego mętnych wywodów, a teraz idzie na pogrzeb. Dlaczego?
   Czego  chcą socjaliści, kto to są narodowcy? (...)

   Ukazało się duchowieństwo, długi szereg habitów zakonnych, z zapalonymi światłami. Trumna nadpłynęła z wysoka, okryta sztandarem. Głuchy łomot kopyt końskich padał nieodwołalnymi uderzeniami. Amelka ujrzała tuż za trumną młodzieńca; wzrok jego sunął po tłumie zalegającym chodnik. Syn - To syn - szeptano. Zdawało się Amelce, że przez moment wzrok ten dotknął jej twarzy pytającym spojrzeniem, i zadrżała. Wzniosły się westchnienia. Wśród żałobnego tłumu zabielały wyciągane pospiesznie chustki.(...)

I pomyśleć, że można oddać życie za coś podobnego, za ten tłum wokół, rządzony najsprzeczniejszymi uczuciami, otępiały i nieświadomy!... (...)

Pola Gojawiczyńska "Rajska jabłoń" 1937, fragmenty rozdziału III 



Gabriel Narutowicz — pierwszy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej
   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz