sobota, 7 lipca 2012

Letnie czytanie na wyjeździe

Letnia pogoda - lekka lektura...
Upał, duchota, termometr zwariował, wilgotność powietrza jak w amazońskiej dżungli... to aktualna pogoda w Polsce. Dla mnie to nie czas na trudne lektury, nie mam ochoty na czytanie poważnych dzieł, czy mrocznych opowieści ciężkiego kalibru. I nawet pisać o takich książkach nie za bardzo się chce.
Wiem, że w tym roku nigdzie nie wyjadę (lepiej nie myśleć o przyczynach). Ale będę podróżować we wspomnieniach, w powrotach do znanych wakacyjno-urlopowych książek i mam nadzieję, że w nowych lekturach również.

Przypominam sobie nasze dawne wyjazdy, zawsze nad moje ukochane morze. Te najdawniejsze to wczasy, czyli turnusy zorganizowane. Trwające dwa tygodnie i najczęściej przy dość marnej pogodzie. Jakoś tak kiedyś nie było upałów na Bałtykiem. Mój Tata wtedy twierdził, że jeśli chociaż trzy dni były słoneczne, to i tak mamy sukces.
Z tych wyjazdów, zamiast pamiątek "znad morza" często przywoziliśmy książki. Istniało wtedy coś takiego jak "rozdzielnik" - świetnie opisuje to zjawisko nieoceniona Stefania Grodzieńska "We wspomnieniach chałturzystki". Mówiąc w skrócie: według ogólnokrajowej listy przydzielano dany towar wszystkim "po równo", czyli sklep w małym Iksinowie i sklep w dużym mieście dostawał taką samą ilość towaru. W dużym mieście atrakcyjny pod różnymi względami towar znikał błyskawicznie, a w Iksinowie sobie spokojnie leżał w sklepiku. Tak było oczywiście również z książkami, na które polowaliśmy w różnych miejscach. Pamiętam dokładnie zakupy w księgarni we Władysławowie - w nowoczesnym pawilonie leżało na wystawie nowiutkie wydanie "Potopu" ze zdjęciami z filmu. Oczywiście zakupione...
Kiedy po kilkunastu latach przejeżdżaliśmy znowu przez Władysławowo z trudem znaleźliśmy pawilonik... już nie księgarni... chyba jakiegoś szmateksu.

Jednak naszym głównym zwyczajem wczasowym było wypożyczanie książek w miejscowej bibliotece (najczęściej funkcjonującą pod nazwą Gminnej). Zaraz po przyjeździe szukaliśmy biblioteki, zapisywaliśmy się, wpłacaliśmy kaucję pieniężną i zaczynało się buszowanie na półkach... bo w takiej biblioteczce również bywały atrakcyjne książki, trudne do zdobycia w naszej własnej.
Ja sama, ulegając wakacyjnym klimatom, wypożyczałam do czytania książki lekkie, łatwe i przyjemne - najczęściej nasze polskie kryminały. Zawsze jednak sprawdzałam każdą wybraną książkę, czy posiada wszystkie strony, a szczególnie zakończenie.
Wiadomo, jakie to wkurzające, kiedy nie dowiemy się kto zabił...

Nie mam u siebie zbyt wielu takich książek, po prostu szkoda mi było pieniędzy na ich kupowanie. Kilka jednak się znajdzie, między innymi ta (kupiona w antykwariacie) - "Orchidee z ulicy Szkarłatnej" Heleny Sekuły. 

Klasyczny kryminał z czasów PRL-u, z wątkiem morderstwa, przemytu i podejrzanych interesów w środowisku badylarzy.  Nielegalny rynek dolarowy, "skoki" drobnych złodziejaszków na "Delikatesy", działanie paserów, społeczny margines.

Początkiem całej serii wypadków jest napad na cudzoziemca, któremu skradziono między innymi sporą ilość pudełek holenderskiego kakao...

Sympatyczni milicjanci są skuteczni w działaniu, wątek uczuciowy młodego oficera przeplata się z pracą operacyjną, świat przestępczy jest niesympatyczny (niezależnie od szczebla) i zasługuje na karę, chociaż w niektórych przypadkach na reedukację.

W porównaniu ze stopniem okrucieństwa dzisiejszych kryminałów (szczególnie filmowych), tamte historie wydają się miłymi opowieściami, a przestępcy łagodnymi barankami.

Helena Sekuła "Orchidee z ulicy Szkarłatnej", Czytelnik, Warszawa 1971, wydanie I.

3 komentarze:

  1. Czytałam i stwierdzam, że dla mnie,kryminały z tamtych lat mają zbyt mały stopień skomplikowania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W większości tak było, nic więc dziwnego, że nie kupowałam tych książek i wybierałam je jako letnie jednorazowe lektury.

      Usuń
    2. Ja co nieco starych kryminałó pozyskałamod cioci i z biblioteki za 50 groszy:)

      Usuń