piątek, 20 kwietnia 2018

Simona Kossak - odrywanie od korzeni

Powieść "Maria i Magdalena" (kto jeszcze nie wie to informuję - Magdaleny Samozwaniec, czyli z domu Kossak), tak skutecznie wykreśliła większość rodziny, że przez lata do świadomości czytelników nie docierało wiele podstawowych informacji dotyczących jej członków. Bo i skąd? Nie było wszędobylskiego internetu, a kto nie mieszkał w Krakowie nie wiedział nic. Może coś tam kołatało się przy postaci Zofii Kossak-Szczuckiej, ale i tak w formie suchych ogólników.
I tu, dzięki rewolucji przemysłowej (internet) oraz zmianom na rynku wydawniczym (zalew dobrych i mniej dobrych biografii) mamy możliwość poznawania naszej historii na nowo, bo w szczegółach. Po czasach niedoboru mamy czasy nadmiaru, więc bardzo łatwo trafić na bylejakość słowa, informacji, wydania itp.
Na szczęście nie tym razem...


Ta opowieść należy do rodzaju opracowań taktownych i kulturalnych - tak określam pracę autorki.
Nie ma tu szukania taniej sensacji, nie ma pochodnych ocen, nie ma pójścia na łatwiznę czy posługiwania się prymitywnym językiem sms-ów. 
Mamy natomiast wciągającą historię niezwykłej kobiety, od urodzenia "skazanej" na walkę o własną niezależność (chociaż początkowo nic nie zapowiadało takiego scenariusza).
Do momentu, gdy usłyszałam o tej książce, w ogóle nie wiedziałam o istnieniu Simony Kossak. O tym, że była córką Jerzego nie pisano przecież w kilkuzdaniowych notkach encyklopedycznych.

Jakie mam odczucia po przeczytaniu?
Rzeczywiście Simona Kossak miała niezwykłe życie - tym razem podtytuł nie mija się z prawdą. Sama takie dorosłe życie zrealizowała tocząc wielką walkę z pochodzeniem, co nazwałam w tytule posta "odrywaniem od korzeni".
Czytając o tym, jak była traktowana przez ojca i matkę, miałam naprawdę niepochlebne myśli o takich rodzicach. Głównym grzechem Simony było to, że nie urodziła się chłopcem. Jak mogła tak się zachować! Do tego jeszcze nawiedzona Kossakówka - jakoś mniej cudowna niż w wersji nielubianej ciotki. Wcale się nie dziwię, że uciekała jak najdalej od tego wszystkiego.
Co prawda nie rozumiem aż tak głębokiego kontaktu z naturą i zwierzętami, ale to indywidualne odczuwanie i indywidualne realizowanie potrzeb, tęsknot, uczuć.

Mnie ta książka wciągnęła... można się wzruszyć, zdenerwować, pośmiać*

*Kapitalna anegdotka o fizykach jądrowych i prezerwatywach.

środa, 18 kwietnia 2018

Bombka szołbiznesowa


To książka z gatunku tych, które bardzo szybko tracą na aktualności, bo ich treścią są ploteczki i przewidywania na przyszłość. Książka do czytania "z doskoku" w tramwaju, w kolejce do lekarza, w pociągu. Nie szukam takiej lektury, ale skoro wpadła w ręce w Bibliotece to zajrzałam. 

Ogólnie mówiąc - ta książka potwierdza, że ciekawe i wciągające wypowiedzi telewizyjne "na żywo" tracą natychmiast po przelaniu na papier.
Oglądałam autorkę w "Maglu towarzyskim" i to było najlepsze miejsce dla takich tekstów - szczególnie w duecie z Tomaszem Kinem. Decyzją o zwolnieniu współprowadzącego stacja całkowicie "położyła" ten program. Sama K.K-P. (w towarzystwie pieska) męczyła gazety i zaproszonych gości atmosferą pustego  i co tu dużo mówić - nudnego salonu. Przestałam oglądać...

Co prawda nie oczekiwałam gejzerów, a tym bardziej bomb informacyjnych - większość współczesnych  to niusy  znane z internetu i gazet plotkarskich, a informacje z dawnych lat sama dobrze pamiętam. Na brukowce nie wydałabym nawet 10 gr i nie czytam, ale wiadomości w internecie atakują tytułami bez uprzedzenia. Nie podnieca mnie pusty światek celebrycki, w którym mało używa się takiego narzędzia jak myślenie... po prostu nie jestem grupą docelową...
Jednak nie spodziewałam się tak dużego rozczarowania. 
Pomijając już dziwaczną autoprezentecję we wstępie (w jakim celu, skoro miało być o innych?), to dalej jest już mało wciągające ględzenie w stylu "starej ciotki" (autorka jest sporo młodsza ode mnie, więc spokojnie mogę użyć takiego sformułowania) - tym mniej ciekawe, że pozbawione telewizyjnej otoczki mimiki, gestu i żywego słowa... nie mówiąc o rekwizytach w studio, czyli gazetach i zdjęciach... a nawet samym maglu.
Gdyby taką książkę napisał ktoś całkowicie nieznany lub znany tylko z pisania, to być może mój odbiór byłby inny. Jednak gdy znam autora z telewizora to już całkiem inna bajka.
Nie dojechałam do końca.

piątek, 6 kwietnia 2018

Odbrązawiania pomników ciąg dalszy, czyli stracone złudzenia (czytelnicze)

Moja wiedza o Magdalenie Samozwaniec i rodzinie Kossaków mocno się powiększyła od zamierzchłych czasów pierwszej lektury "Marii i Magdaleny". W ciągu ostatnich miesięcy nie szukałam specjalnie tych książek, ale w czasie wizyt bibliotecznych jakoś same się podsunęły do czytania, więc wypożyczałam i czytałam.
Efekt? - jeszcze większe odejście od dawnego zachwytu, a teraz nawet od chęci czytania satyrycznych tekstów M.Samozwaniec. Kiedyś przeczytałam ich sporo (najbardziej znane mam na swojej półce), ale teraz nie udałoby mi się czytać bez widzenia autorki prywatnie.

I tu jest sedno sprawy - zbytnia znajomość życiorysu pisarza przeszkadza, czy pomaga w odbiorze jego twórczości?
Jeszcze całkiem niedawno uważałam, że wiedza o prywatnych grzeszkach i ułomnościach pisarza do niczego nie jest mi potrzebna... że jego pisarstwo obroni się samo... że może lepiej nie wiedzieć. Gdybyśmy tak zaczęli rozliczać wszystkich twórców i poddawać surowej ocenie życie prywatne, to prawie nic by nie zostało z literackiego dorobku ludzkości. Nawet dzieła świętych  można by odrzucić, bo przecież też grzeszyli zanim zostali świętymi.

Kiedy jednak przeczytałam trochę o niechlubnej, bo dobrowolnej współpracy (dla zysku, z chęci zemsty, dla kariery) niektórych pisarzy z wiadomymi służbami w minionym ustroju - zmieniłam zdanie. Takich postaw nic nie usprawiedliwia.

Jednak nadal mam problem - poznawać prywatne życie literatów, czy nie poznawać? 
Problem dla mnie coraz większy, bo biograficznych książek jest i będzie coraz więcej. Być może rośnie zapotrzebowanie, ale jednocześnie o wiele łatwiejszy jest teraz zarówno dostęp do materiałów źródłowych, jak i do ludzi posiadających znaczące informacje czy wspomnienia.

O swoich etapach pozbywania się subiektywnego odbioru pisałam w 2013 roku - "Bezkrytyczna siostrzana miłość" i w  2014 "Odbrązowienie pomnika"

Kolejnym była lektura wspomnieniowej książki drugiego męża pisarki.


Gdybym miała krótko określić swoje wrażenia po przeczytaniu tych wspomnień, byłoby to: "cynizm i niesmak" (tu potwierdziły się moje wcześniejsze refleksje po przeczytaniu książki Rafała Podrazy "Córka Kossaka")
Pomijając już dość toporny i nudny sposób pisania Zygmunta Niewidowskiego (zniechęcający w trakcie czytania do tego stopnia, że zrobiłam kilka dłuższych przerw), nie jest to miła laurka dla ukochanej żony. Mąż nie ukrywa, że właściwie to sam nie wie dlaczego się ożenił; z rozbrajającą szczerością wręcz chwali się swoją niewiernością i w kilku momentach prawie ośmiesza swoją żonę opisami jej wpadek, nieodpowiedzialności i niezaradności życiowej itd. Całość jest niby peanem pochwalnym na jej cześć - miałam wrażenie, że to jakby druga "Maria i Magdalena", ale zbyt mocno przebijają się właśnie te historyjki typu "oj, ta kochana Madzia, jakie to gapiątko i głuptasek". To było dobre, gdy była podlotkiem i tak mówiła o niej siostra, ale w sytuacji kobiety po 50-tce? I to w czasach, gdy o młodych pięćdziesięciolatkach jeszcze nikomu się nie śniło.
Małżeństwo z dużo młodszym mężczyzną - a nie jest to bez znaczenia, gdy chodzi o 20 lat, zawsze wypadnie na niekorzyść kobiety. Chyba, że jest milionerką i cudem piękności. A M.Samozwaniec taka nie była - czy więc kandydat na męża doceniał jej intelekt? Trudno nam to oceniać.
Czemu się tak uczepiłam właśnie tego wątku? Nie ukrywajmy, że czytając biografie sławnych ludzi zawsze wątki damsko-męskie najbardziej nas interesują. Porównujemy siebie do sytuacji z życia bohatera biografii, więc i ja dokonałam takiego porównania. I odrzuciła mnie wizja związku z młodszym o 20 lat facetem z dowolnie wybranymi wadami - brrr! 
Oczywiście to tylko teoretyzowanie, bo takie szczęście mi nie groziło ...

wtorek, 3 kwietnia 2018

"Gdzie jest trzeci krół? (1967)

Ubolewam, że coraz rzadziej trafiają się w telewizji stare polskie filmy z lat sześćdziesiątych. Nie będę się rozpisywać o upadającym coraz bardziej poziomie telewizyjnym, bo szanuję własne zdrowie (a tylko brukowane słowa pasują do tego).

Zgrzytając zębami - nienawidzę przerywania filmów reklamami!, obejrzałam kolejny raz ten polski kryminał z lat 60-tych.
Scenariusz powstał na podstawie powieści Macieja Słomczyńskiego, czyli Joe Alexa/Kazimierza Kwaśniewskiego (pseudonimy do wyboru).  Chwyt z amerykańsko brzmiącym pseudonimem był strzałem w dziesiątkę. Zawsze polski widz miał słabość do "zachodnich" produkcji, długo nie zdając sobie sprawy jak pięknie był manipulowany. Oczywiście nie tylko w tym zakresie.

O co chodzi w filmie? W Polsce pojawiają się handlarze obrazów, chcą kraść to czego nie mogą kupić (bo właścicielem jest państwo) , do akcji wkracza MO w osobie przystojnego oficera - oczywiście w tej roli Andrzej Łapicki...


wydarzenia prowadzą do zamiany obrazu... okazuje się, że kopia goni kopię... sprawę komplikuje zabójstwo z kuszy...

Film teraz rozczarowuje, wydał mi się nudnawy, bez wciągającej akcji -  osoby dramatu głównie  gadają jak przed laty w teatrze telewizji. Ten scenariusz o wiele lepiej sprawdziłby się wtedy w klasycznej "Kobrze", z której właśnie najbardziej pamiętam Joe Alexa. A mając do dyspozycji prawdziwe wnętrza zamkowe można było zrobić kryminał "na bogato".

Akcja akcją... nie sobie będzie ... ale za to obsada aktorska! - z najwyższej ówczesnej półki. Plus codzienność 60-tych, której zawsze szukam jako skojarzenia ze szczęśliwym dzieciństwem. Dla tych wspomnień oglądam i będę oglądać polskie filmy - niezależnie od poziomu jaki reprezentują. To moja osobista przyjemna podróż do przeszłości. Odnajduję zapamiętane szczegóły w scenografii, strojach, fryzurach, w obrazkach z ulicy i z mieszkania. Lubię to...

Zdjęcia realizowano we wnętrzach zamku w Kórniku.
Na stronie  KÓRNIK. Spacer w czasie można znaleźć krótką notkę o realizacji filmu i  prywatną fotografię  z aktorami biorącymi w nim udział.




czwartek, 22 marca 2018

Isadora Duncan "Moje życie" (1927)



Postać Isadory Duncan i jej wspomnieniową książkę "My life" przypomniała mi autorka ulubionego bloga o moim mieście. Najnowszy wpis poświęcony jest właśnie Isadorze Duncan i jej niezbyt udanemu występowi w Łodzi w 1907 roku. Ta informacja to dla mnie zaskoczenie - być może kiedyś czytałam o tym, ale pamięć wszystkiego nie zachowa.

Nigdy nie interesowałam się specjalnie tańcem, baletem, sztuką tańca w ogóle. Mimo, że w najbliższej rodzinie mam osoby tańczące amatorsko i zawodowo, ja nie podzielam tego entuzjazmu, bo najzwyczajniej w świecie nie rozumiem baletu. Zarówno balet klasyczny, jak i taniec nowoczesny to dla mnie jedynie wymachy rąk i nóg przy muzyce. Właściwie to muzyka była dla mnie zawsze jedynym celem wizyt w Teatrze Wielkim - ... przy okazji baletu. Wiem... to herezja dla miłośników tej sztuki.

Isadora Duncan to postać niezwykła, która ma swoje miejsce w historii tańca. Niewątpliwie wprowadziła coś nowego, ale chyba w dzisiejszych czasach - po ponad 100 latach, tamten ruch sceniczny nie jest już niczym oryginalnym.


Dawno temu, zaraz po obejrzeniu filmu "Isadora" (z Vanessą Redgrave w roli głównej), przeczytałam autobiograficzną książkę tancerki. Wtedy również bliżej zainteresowałam się twórczością Jesienina (nawet szczęśliwie "trafiłam" w księgarni na zbiór jego poezji). To było zainteresowanie w kontekście związku obywatela Rosji sowieckiej i Amerykanki. Wtedy dla mnie było ciekawostką małżeństwo dwóch różnych politycznie światów.


Sama książka (wydana po śmierci autorki)  mnie rozczarowała... odebrałam ją jako nadmiernie obszerny (400 stron) zbiór egzaltowanych zachwytów i samouwielbienia, dość męczący w czytaniu . Wtedy tego nie rozumiałam, bo nie miałam dostępu do takiego amerykańskiego stylu pisania, jaki znajdziemy chociażby we wspomnieniach Poli Negri.
Dzisiaj już inaczej podchodzę do tego typu autobiografii - trzeba brać spory margines na fantazję i twórczość własną autorek w zakresie  tworzeniu faktów. A ja jednak wolę biografie pisane przez innych od subiektywizmu autoreklamy biograficznej.