poniedziałek, 26 lutego 2018

"Dziesięć procent dla mnie" (1933) - tym razem nieudany seans w Starym kinie


Miłością do polskiego kina przedwojennego zostałam zarażona we wczesnym dzieciństwie przez moją Babcię, która nie akceptowała nowej socjalistycznej powojennej rzeczywistości jak tylko mogła. Nie była to specjalnie heroiczna walka... raczej drobna manifestacja w domowym zaciszu. Oczywiście biorę także  pod uwagę możliwość, że mogła to nie być zamierzona i świadoma akcja, ale po prostu kontynuacja modelu życia sprzed wojny. Wszystko było o tyle łatwiejsze, że Babcia nigdy nie pracowała zawodowo, więc nie była narażona na szykany i przymusy z tym związane. Nie pasowała do krajobrazu robotniczej Łodzi - nosiła kapelusze, cienkie rękawiczki latem, kołnierz z lisa i mufkę zimą... używała przedwojennych nazw ulic... słuchała płyt z nagraniami przedwojennych szlagierów...  i przy każdej okazji wracała wspomnieniami do czasów lat 30-tych.
Dopiero po latach to zauważyłam przez porównania z domami koleżanek - pisałam o tym już wcześniej (przy okazji akcji czytelniczej związanej z dwudziestoleciem międzywojennym: "Modne lata trzydzieste".)
Rozbudzone wtedy zainteresowanie kinem pozostało do dziś, a na przestrzeni tych lat korzystałam z każdej okazji, by oglądać przedwojenne filmy. Praktycznie pozostało już niewiele do obejrzenia - oczywiście z tych, które były i są nadal udostępniane w telewizji (a ostatnio również w internecie).

Nic dziwnego, że oglądam każdą "nowość" pojawiającą się na małym ekranie.
Mając spory zasób wiedzy o polskim kinie i biorąc pod uwagę specyfikę filmu przedwojennego, oczywiście nigdy nie przykładam tej samej miarki do filmów dawnych i współczesnych.
Jednak ten konkretny film mnie rozczarował - wydał się do tego stopnia  prymitywny, że nie obejrzałam do końca. Może jednak za wcześnie zrezygnowałam?... może trzeba było dać filmowi szansę?
To jeszcze mi się nie zdarzyło w przypadku polskiego kina przedwojennego - czyżby to oznaka znudzenia i przesytu kinem w ogóle?
Oby nie!


 

"Małe miasteczko na prowincji, gdzie wszyscy znają wszystkich i na zachowanie jakiejkolwiek anonimowości nie można liczyć. Nic więc dziwnego, że lotem błyskawicy roznosi się wieść: Grzybkowie otrzymali ogromny spadek z Ameryki. Oni sami nie mogą w to uwierzyć i nie wiedzą już, jak się cieszyć. Postanawiają wyjechać do Warszawy, by wprowadzić w "wielki świat" swoją córkę Zosię. Dziewczyna jednak jedzie niezbyt chętnie, bo w miasteczku zostawia swego ukochanego Janka - ubogiego urzędnika, na którego niestety jej rodzice patrzą bardzo nieprzychylnie. Czy w tej sytuacji młodzi zakochani mają szansę, by być razem?" - filmweb

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz