poniedziałek, 29 maja 2017

Dlaczego oglądałam "Wojenne dziewczyny"?

Po latach oglądania w czarno-białej telewizji jedynie słusznej wersji historii II wojny światowej z dominacją frontowych walk ramię w ramię z sojuszniczą armią, chciałabym móc oglądać obrazy pokazujące więcej wojennego życia codziennego... w ogóle chciałabym oglądać jakiekolwiek polskie produkcje na dobrym poziomie, których twórcy zadbają o każdą stronę realizowanego filmu i dadzą widzowi w miarę obiektywny przekaz.

Niestety... serial "Czas honoru" to wyjątek potwierdzający regułę. A poza nim jakoś pusto w temacie. Nie wypowiadam się o filmach Smarzowskiego, bo psychicznie nie mam dość siły na ich oglądanie. Nie przywołuję tu również tytułów, które nie spełniają tego głównego ważnego dla mnie warunku obiektywności.

Kiedy pojawiły się zapowiedzi nowego polskiego serialu oczywiście byłam nim zainteresowana.
Jednak już pierwsze odcinki dały mi wyobrażenie całości, bez oczekiwań, że "może jeszcze serial się rozkręci".


Nie mam pretensji do aktorów - szczególnie do aktorskiej młodzieży (grali to co im kazali); nawet nie mam większych pretensji do scenariusza  (każdy twórca ma swoją wersję).
Ale w rezultacie obejrzałam serial, którego nie ocenię wysoko. Mam wrażenie, że oglądałam jaką lukrowaną, lekkostrawną opowiastkę przeznaczoną dla mało rozwiniętego umysłowo widza. Komiks... ni to smutny, ni to wesoły.


Wychowałam się na wojennych filmach w wersji czarno-białej, tym bardziej trudno mi zaakceptować ten kolorowy obrazek mający być ilustracją okupacji. Szczególnie drażnią mnie detale, ale jakże mocno rzucające się w oczy - te krwiste pomadki na ustach, lśniące czerwone paznokietki jak ze współczesnego "studia paznokcia", te kolorowe fatałaszki, starannie ułożone loczki-fioczki. 
Już nie mówię o kompletnie nie pasującej tu wesolutkiej amerykańskiej piosence w tle.

Zapytałam mojego Tatę, który lepiej pamięta tamte czasy, niż wczorajsze głupie serwisy informacyjne - "czy rzeczywiście wtedy ulica była tak kolorowa?" Jakoś nie chce mi się wierzyć, że dziewczęta i dojrzałe kobiety ubierały się w jaskrawe kolory, malowały w wyzywający sposób. To była wojna, okupacja, a co za tym idzie coraz większa bieda, trudności i braki w zaopatrzeniu. Dodatkowo należało się właśnie dla własnego bezpieczeństwa wtopić w tłum,  nie rzucać w oczy żandarmom i patrolom, bo od tego często zależało życie. A tu bohaterki zachowują się beztrosko jak na promenadzie. 

Może nie mam racji, może warszawska ulica wyróżniała się tym właśnie kolorytem strojów... może. Na to pytanie mogą odpowiedzieć tylko ci, którzy wtedy byli tą młodzieżą, którzy pamiętają tamte kobiety.

Dlaczego więc oglądałam ten serial do końca?
Z przymusu... żeby móc tłumaczyć "z polskiego na nasze".
Widz mocno zaawansowany wiekowo (80+, bo tylko taki jeszcze pamięta wojnę) nie jest w stanie dobrze zrozumieć tekst niedbale rzucany przez aktorów, niewyraźny szczególnie zza kamery. Jak dodamy jeszcze do tego szybko zmieniający się obraz to naprawdę potrzebny jest pomocnik do wyjaśnienia...

niedziela, 28 maja 2017

"Chichot losu" w dwóch wersjach


Oglądałam serial... wypożyczyłam więc książkę, gdy trafiła się w Bibliotece. Nie szukam jakoś szczególnie takich powieści, bo najczęściej dla mnie jest to wielkie rozczarowanie adaptacyjno-na motywach. Ale gdy książka sama pcha się do czytania, to czytam... z większym lub mniejszym zainteresowaniem.

W tym przypadku książkę i serial łączą osoby głównych postaci i ich losy w bardzo ogólnym zarysie. Serialowi scenarzyści dodali, zmienili, wyrzucili, przerobili co tylko się dało (łącznie z wątkiem kryminalno-sensacyjnym), więc mamy do czynienia właściwie z dwoma różnymi produktami na tych samych podstawach. 
Pozostając jeszcze przy serialu... no cóż, produkt swoich czasów: lekki, płytki, polukrowany aż do mdłości, właściwie łopatologiczny, bo inaczej może widz by nie zrozumiał zbyt głębokiej głębi, prześlizgujący się po trudnym temacie.

Książka, mimo podjęcia ambitnej tematyki, jakoś nie wzbudziła u mnie entuzjazmu... nie przekonała mnie. Być może dlatego, że główna bohaterka to kompletnie mi obcy korporacyjny okaz młodego pokolenia w pogoni za sukcesem. Trudno mi uwierzyć w tak szybkie przemiany - ze skrajności w skrajność ... na jednym końcu  absurdalne oderwanie od realiów "normalnego" życia - na drugim cudowna przemiana duchowa/światopoglądowa/i co tam jeszcze sobie czytelnik zażyczy.

czwartek, 18 maja 2017

Pięć lat książkowego blogowania...


Pięć lat temu - 16 maja 2012 roku, założyłam bloga książkowego (jak ja go nazywam) pod nazwą "Notes czytelniczy". Później przeniosłam bloga pod nowy adres (ze względu na rozszerzenie tematyki).
W jednym z okienek umieściłam taką krótką informację:
" Nie piszę recenzji...
zapisuję w dowolnej formie swoje wrażenia i uwagi o książkach przeczytanych dawno i niedawno...
Moje opinie są subiektywne i nie muszą być zgodne ze zdaniem większości..."
Zakładając tego bloga miałam nieco inne oczekiwania w porównaniu z tym, co się "okazało w trakcie", chociaż nie byłam nowicjuszką (w blogosferze jestem od 2008 roku)... ale raczej nie ma sensu roztrząsanie problemu bardziej szczegółowo... (napisałam długi monolog na ten temat, ale po namyśle skasowałam).

Ostatnio piszę coraz rzadziej i coraz krócej... 
powody?...
brak czasu i zmęczenie życiowymi obowiązkami, ale głównie zniechęcenie jednostronnością kontaktów... w pewnym momencie poczułam się jak wydawca mało popularnej gazetki... czyli ja sobie piszę więcej lub mniej, poświęcam na to pewien czas, który mogłabym wykorzystać inaczej... robię to całkowicie bezinteresownie, z miłości do książek...
ludzie czytają (a w przypadku niektórych tekstów dotyczących szkolnych lektur wiadomo, że zrzynają  metodą kopiuj-wklej) i na tym koniec - jak z czytelnikami gazety. Ale nawet do gazety czytelnicy listy pisali. Jedyna różnica polega na tym, że nie mają możliwości wyrzucenia tej gazety do kosza, albo zużycia na podpałkę w piecu (o bardziej prymitywnym wykorzystaniu wolę nie wspominać).

Mogłabym znaleźć wytłumaczenie braku odzewu i coraz mniejszego zainteresowania blogiem, bo ja nie piszę o nowościach wydawniczych, w ogóle nie streszczam i nie recenzuję książek. A że głównie wyciągam jakieś starocie (nie zawsze tak łatwe do zdobycia), to nic dziwnego, że mało kogo to interesuje.
Gdyby to jeszcze był po prostu brak czytelników w ogóle... ale nie... statystyki odnotowują codzienną ilość odwiedzin (powiedzmy, że część z tego to boty).

Rozumiem jednak tendencję spadku zainteresowania blogami o książkach (zresztą to zawsze była dość niszowa kategoria), więc będę dalej tworzyć w tym miejscu sobie a muzom, z nadzieją, że czasami ktoś zajrzy i odezwie się...

Na początku ksiażkowego blogowania chciałam wspomnieć jak największą liczbę książek, które w swoim życiu przeczytałam.
Ale tu też dokonałam pewnych korekt.
Wprowadziłam kategorię "Przeczytane...", przeznaczoną dla książek o których nie napiszę zbyt wiele (przy niektórych tytułach to tylko notka od wydawcy). Znajdą się w niej głównie współczesne powieści obyczajowe - ile razy można pisać to samo "przewidywalne zakończenie, typowy schemat tzw. literatury kobiecej itd".

Ale są też książki ... i jest jest dość dużo, o których odechciało mi pisać w momencie poznawania kolejnych niechlubnych życiorysów niektórych pisarzy z okresu PRL-u. 
W tamtych czasach, nie znając szczegółów wszyscy wiedzieli, że bardzo trudno było zrobić karierę (niezależnie od zawodu), bez kariery partyjnej... o TW i niszczącym ludzi donosicielstwie dowiedzieliśmy dopiero po zmianach ustrojowych.
Nie oceniam motywów pewnych zachowań, ale dobrowolną współpracę - dla pieniędzy i dla kariery oceniam jednoznacznie... 

... i nie obyło się bez polityki, chociaż tego unikam jak tylko mogę.
Nie mam zamiaru rozpisywać się o niektórych pisarzach i ich postawach - szkoda mi na to czasu, miejsca na blogu i własnych nerwów...  po prostu pominę i książki i ich autorów... to chyba najlepsza ocena - skazanie na niebyt...

źródło zdjęcia

środa, 3 maja 2017

Święto z obrazem (104)

Ponownie świat dawnej Warszawy z czasów Konstytucji 3 Maja...

Canaletto "Ulica Miodowa"  (1777)