środa, 29 marca 2017

Pisać każdy może - tym razem o książkach kucharskich

Napisałam sobie dłuuugi, mąąąądry (według mnie, oczywiście) post, ale sama go skasowałam przy okazji innego naciskania guziczkami. Taka jestem na siebie zła, że już nawet nie mam ochoty próbować go odtworzyć... już się nie uda. To właśnie jest kolejny przykład na przewagę słowa pisanego na papierze nad tymi wszystkimi wirtualnymi ułatwieniami, które tak często nam to pisanie utrudniają.

To może opowiem własnymi słowami o czym było.
A było o moim zbieractwie kulinarno-książkowym... o jego początkach.. o wykorzystaniu książek we własnej edukacji kuchennej młodej mężatki, nie mającej kompletnie pojęcia o gotowaniu w czasach realnego socjalizmu... o tym jak przymus nauki zmienił się w prawdziwą przyjemność... o tym ile i jakie mam książki na kuchennych półkach (na jednej się nie mieszczą)...  jak zmieniało się z czasem moje podejście do pojawiających się po roku 1989 książek kucharskich...
Tak mniej więcej streściłam.

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że nie jestem twórcza kulinarnie - jestem tylko odtwórcą przepisów w swojej kuchni. Nie mogę napisać o sobie jak niektóre blogerki "uwielbiam eksperymentować w kuchni" lub "tworzę własne przepisy". Oczywiście czytam takie opinie z przymrużeniem oka, bo szalenie bawią mnie te "autorskie przepisy" żywcem ściągnięte od innych. Nie mówię już jak bardzo śmieszą mnie takie teksty na blogaskach: "gotowanie jest moją pasją od wielu lat"... a autorka bloga ma tych lat 15, 16, 17. Jak widać pojęcie "wiele lat" też jest względne.

Od kilku lat staram się nie kupować nowych książek z kilku powodów:
- drastycznie musiałam zmienić dietę ze względów zdrowotnych i zapomnieć o tradycyjnej polskiej niezdrowej kuchni, której moje kubki smakowe nie chcą zapomnieć
- kosmiczne ceny tych wydawnictw odrzucają mnie już od witryn księgarskich
- zupełnie nie interesują mnie produkcje książkowe celebrytów, aktorek ze ścianki, czy innych osób z parciem na szkło. Nie mam ochoty nabijać nikomu kieszeni, kupując za ciężką kasę (której nie posiadam) książki, w której ktoś "się wyzewnętrznia kulinarnie". Czy dowiem się z takiej kolejnej książeczki czegoś nowego? Prawdopodobnie takie nowe dla mnie informacje w nich są, ale paradoksalnie na wstępie odrzuca mnie najczęściej osoba samej autorki (tworzą je głównie kobiety). Ktoś, kogo nie lubię jako osobę publiczną, nie jest w stanie zainteresować mnie swoimi wynurzeniami. 
A już szczególną alergię mam na wszelkiego rodzaju poradniki tworzone przez "gwiazdy" - dieta taka, dieta siaka, jak schudnąć, mój ogródek, jak się ubierać, jak się nie malować, filozofia paznokcia itd.

Wiem... nie jestem już grupą docelową (czyli jakimś tak targetem), bo tylko wśród młodych i bardzo młodych osób szukają wydawcy odbiorców tego towaru.

Wracając do moich półek - jednak nowe książki pojawiają się na nich... jako prezenty, a nawet wyjątkowo jako mój własny zakup.

Tak było z książką o kuchni podlaskiej... kupioną (o zgrozo!) w supermarkecie (ale nie z kosza, gdzie książki leżą stosami upchnięte jak kartofle).


Kupiłam ją wyłącznie ze względów sentymentalnych (po uprzednim dokładnim przejrzeniu).
Odnalazłam tu wspomnienia dzieciństwa (wakacje na wsi), ale przede wszystkim smaki kuchni mojej Mamy, pochodzącej z tamtych stron.
Takie potrawy gotowała Mama, przenosząc podlaską kuchnię do zadymionej Łodzi.

Książka jest pięknie i starannie wydana... należy do tych, które się wielokrotnie przegląda nie po to nawet, żeby skorzystać z przepisów, ale żeby powrócić do tamtych krajobrazów i wspomnień.


Postanowiłam rozszerzyć tematykę bloga o książki związane z kuchnią (w szeroki znaczeniu). A kuchnię podlaską wybrałam jako uzupełnienie niedawnego wpisu o powieści "Bluszcz sentymentalny", w której autorka również  zamieszcza kilka przepisów do wypróbowania.

3 komentarze:

  1. Co prawda książki kucharskie to nie moja bajka, ale niekiedy bywają pieknie wydane i cieszą oko.
    Ta chyba do takich należy.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, pięknie wydane książki kucharskie dominują teraz na półkach.
      Nie to co było kiedyś, mam na myśli stronę edytorską, bo jednak pod względem treści tamte dawne wydania wcale nie były gorsze (a często lepsze od dzisiejszych).

      Również przesyłam pozdrowienia :)

      Usuń
  2. Też mam trochę książek kucharskich ...mało z nich korzystam, ale fajnie je mieć.
    Pozdrowienia do Łodzi posyłam.

    OdpowiedzUsuń