poniedziałek, 27 marca 2017

"Bluszcz prowincjonalny" - powrót...


W grudniowym poświątecznym czasie odpoczynku i wytchnienia (nie da się ukryć, że przygotowania świąteczne pozbawiają sił), chciałam lektury podbudowującej, ale nie będącej prymitywnym czytadłem. Te książki wywołują u mnie efekt odwrotny - zamiast poprawy nastroju pogarszają jak diabli.

W takich sytuacjach najlepiej sięgnąć po lekturę sprawdzoną... typu "kiedyś czytaliśmy, znamy, ale mało pamiętamy". Ja wybrałam swój podchoinkowy prezent, do którego obiecywałam sobie wrócić w tym poście. Kiedy spojrzałam na datę wydania książki, aż się zdziwiłam, że to już minęło kilka lat!

Teraz podeszłam do tej opowieści zupełnie inaczej... bez wspomnieniowego napięcia, bo to już zaliczyłam przy pierwszym czytaniu. 
Przyjęłam punkt widzenia matki głównej bohaterki, chociaż i z Anną mogłabym się utożsamić na płaszczyźnie rozumienia się kobiet, a nie na płaszczyźnie pokoleniowej. To daje zupełnie inny odbiór, bo nasze cierpienia z powodu śmierci, zdrady, inny traumatycznych doświadczeń wcale tak bardzo nie różnią się z powodu ilości lat, które przeżyłyśmy.

Dzięki takiemu nastawieniu udało mi się trochę powrócić do podlaskich klimatów, chociaż w dalszym ciągu pewne określenia są mi obce, a niektórych potraw nigdy u dziadków nie widziałam i nie jadłam. Przy okazji pojawiły się też pytania "czy i jak bardzo zmieniła się ta konkretna rodzinna wieś?"

A wracając do samej powieści... To ciekawie opowiedziana wcale nie łatwa historia głównej bohaterki, choć autorka nie skupia się tylko na niej. To powieść z niespodzianką, bo można było spodziewać się klasycznego schematu czytadeł (porzucona ucieka na wieś i tam znajduje nową miłość... albo jakoś tak), a tu wcale nie jest tak prosto... Do tego powieść napisana jest ładnym językiem... powiedziałabym, że to kulturalna narracja. Nie ma tu wulgaryzmów, które trafiają  się w innych współczesnych powieściach, a które mnie skutecznie do autorek zniechęcają. Bardzo nie lubię jak niby wykształcona bohaterka "na poziomie" (jak to się kiedyś mówiło) "rzuca mięsem" niczym prymityw z ulicy.

To także opowieść z przesłaniem - ciepła, nastrajająca optymizmem, z malowniczym tłem.
I tylko trochę smutna refleksja o relacjach międzyludzkich naszych czasów - łatwiej zrozumieć się dorosłym kobietom poprzez czytanie  blogowych wpisów, niż w szczerej rozmowie. A może właśnie lepiej i nie ma co się smucić? To tak, jakbyśmy przekazywały swoim córkom własne przemyślenia, nie narzucając im przymusu słuchania. A może wartość ma jedno i drugie? Bezpośrednia rozmowa, a czasami kontakt wirtualny...

To było moje pierwsze spotkanie z autorką, ale teraz nabrałam chęci na dalsze poznanie jej dorobku. Zobaczymy co się znajdzie w Bibliotece...


Prawie taki sam był dom moich dziadków... jedyna różnica to prawdziwa strzecha ze słomy

2 komentarze:

  1. Zapowiada się ciekawa lektura, nawiązująca do współczesnych społecznych trendów komunikacji, które niekoniecznie nam wszystkim wychodzą na dobre, bardzo chętnie sięgnę po książkę. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że nie zawsze wychodzą na dobre, ale nie ma już odwrotu, więc trzeba chociaż się jakoś przystosować w sposób dla nas najkorzystniejszy :)

      Usuń