poniedziałek, 9 stycznia 2017

Wszystko o Edycie? - chyba raczej nie...


"Wszystko o Edycie" to kolejna grudniowa  lektura z końcówki roku. Od pewnego momentu czytana dość pobieżnie, bo jakoś ta historia mnie nie wciągnęła specjalnie. Doczytałam do końca, ale "im dalej w las...", tym bardziej nie wiedziałam jak ją potraktować. Czy całkiem na poważnie, czy też może z lekkim przymrużeniem oka, szczególnie w odniesieniu do religijnych rozterek i refleksji głównej bohaterki. Autorka nie daje czytelnikowi jednoznacznych sygnałów, więc każdy może sobie interpretować zachowania Edyty jak chce. 
I tu wcale nie chodzi o jakieś wyżyny psychologicznych niedomówień fabuły, które dawałyby pole dla działania wyobraźni czytelnika... nic z tych rzeczy... - ja odniosłam wrażenie, że autorka sama nie mogła się zdecydować, czy pisze powieść całkowicie poważną. 
W rezultacie realistycznie smutne i prawie tragiczne wydarzenia ocierają się o śmieszność, która przekreśla ich znaczenie. 

A w ogóle główna bohaterka nie zdobyła mojej sympatii, więc tym bardziej nie wczułam się w jej przeżycia... i to by było wszystko na ten temat.

Lektura jednorazowa.

Od wydawcy:




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz