niedziela, 8 stycznia 2017

PRL na wesoło, ale czy zrozumiale dla wszystkich?

Pytanie zadane w tytule sformułowało mi się już w trakcie czytania książki "Mariola, moje krople".

Ta powieść to swego rodzaju połączenie stylu "Rozmów kontrolowanych" z "Lesiem", chociaż nie na takim samym poziomie. 
Podstawową różnicę powoduje tu czas powstania. 
"Lesio" Joanny Chmielewskiej był satyrą pisaną w tym samym czasie o którym opowiada, podobnie z filmem. Tutaj mamy akcję kreowaną 30 lat później, co automatycznie wyłącza wspomnienia własne wielu czytelników. 
Młodych czytelników, których wtedy nie było jeszcze na świecie, albo byli zbyt małymi dziećmi, żeby rozumieć dobrze tamtą rzeczywistość. 
I stąd moje obawy, że po przeczytaniu książki "Mariola,..." stworzą sobie skrzywiony obraz minionych czasów. Przyjmą za pewnik, że to takie fajne czasy były... ludzie sobie robili zakupy w czasie pracy, w miejscu pracy pędzili bimber z "Kukułek" i hodowali świnkę na mięso... pierwszy sekretarz partii co rusz wpadał na kielicha do dyrektora, konspiracja biegała z powielaczami po mieście... i w ogóle było bardzo wesoło i przyjemnie.

Jestem jak najdalsza od powracania do tamtego naszego życia wyłącznie na poważnie, z męczeństwem, sądowymi rozliczeniami, wzajemnym obrzucaniu się błotem i negatywnymi ocenami na każdym kroku. Mam po prostu obawy, że młode pokolenia nie zrozumieją tego typu powieści bez wcześniejszego przygotowania w zakresie realiów.

Książka przeczytana w grudniowym przedświątecznym czasie mojego wyboru lektur łatwych, a z całego wypożyczonego wtedy zestawu znałam jedynie nazwisko Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Na znajomości nazwiska moja wiedza się kończyła.

Moje wrażenia po lekturze?
Powieść ma jednego wspólnego zbiorowego bohatera i jedno miejsce akcji - to teatr i jego pracownicy. Czas akcji to niecały miesiąc przed stanem wojennym w 1981 roku. Zespół teatralny zajmuje się wszystkim innym tylko nie właściwą pracą. Poznajemy co chwila kogoś nowego, a ciągłe komplikowanie akcji kolejnymi wydarzeniami (mającymi chyba tworzyć jakieś napięcie) mnie osobiście tak zmęczyło i znudziło, że w pewnym momencie miałam dosyć. Chyba około 200 strony odłożyłam po prostu książkę na bok i zaczęłam czytać coś innego.

Oczywiście w końcu przeczytałam do końca. W sumie całość czyta się lekko, kilka momentów mnie szczerze rozbawiło i właściwie jedyną uwagę, jaką mam do konstrukcji powieści to wspomniane wyżej zbyt długie wprowadzanie czytelnika w temat.

A dla mnie było to kolejne wspomnienie tamtych czasów, gdy trzeba było wykazać się zaradnością i wieloma umiejętnościami, żeby po prostu móc żyć.


2 komentarze:

  1. Lubię wpaść do Ciebie i poczytać, co nowego słychać w temacie ksiązkowym. Ja bardzo dużo czytam, ale jakoś nie umiem się zebrać, aby pisać o przeczytanych pozycjach. Tym bardziej doceniam Twoje pisanie.
    Życzę wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.
    Pozdrawiam ciepło :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak miło czytać takie budujące wpisy - dziękuję :) i zapraszam na stałe.

    I ja życzę Ci wszystkiego najlepszego w Nowym Roku :)

    OdpowiedzUsuń