poniedziałek, 30 stycznia 2017

Pierwszy retro kryminał zaliczony

Od dłuższego już czasu nie wybieram świadomie książek w bibliotece... nie idę z gotową listą tytułów (co mam zamiar zrobić od dawna)... można powiedzieć, że "idę nie przygotowana" i dlatego w pewnym sensie to książki wybierają mnie.
Wyjątkiem są powieści Agathy Christie, których czytanie mam zaplanowane od ubiegłego roku.

O modzie na kryminały retro oczywiście wiem, ale jakoś szczególnie ich nie szukałam. Na pewno takim wyjątkiem są powieści z akcją osadzoną w realiach dawnej Łodzi i takie wciągnęłam na listę.

Jednak pierwszym tego typu kryminałem, który trafił się w Bibliotece jest "Poszukiwana" Małgorzaty Kochanowicz.


Przeczytałam szybko (czcionka duża i ładnie staromodna), chociaż nie mogę powiedzieć, że akcja jakoś szczególnie wciąga.
Rzeczywiście jest to powieść mroczna, ale dla mnie w jakiś sposób sztuczna. To się czuje, że została napisana współcześnie.
Oddzielam tu tło historyczno-topograficzne, o które autorka niewątpliwie zadbała.
I być może jest to miłe przeniesienie się w czasie dla osób dobrze znających Kraków. Ja byłam tam ostatnio ponad 30 lat temu - krótko, bo turystycznie, więc oczywiście nie mogę docenić wszystkich szczególików.

Chyba pechowo dla powieści wypadła ta lektura u mnie w tym samym czasie  z mistrzynią kryminału, bo porównania dają minusowy wynik.

Pomijam już nazwanie detektywa Witoldem Korczyńskim - dla mnie za mocne skojarzenie z bohaterem Elizy Orzeszkowej ("Nad Niemnem", jakby ktoś nie wiedział).
Całość wydaje się (mimo stylizacji) jakoś dziwnie  esemesowa: wątki powierzchowne i niedokończone; dominuje akcja, brakuje natomiast charakterystyki chociażby głównych postaci dramatu; nie mamy możliwości śledzić, czy może towarzyszyć tokowi myślenia detektywa, który przecież nie korzysta z żadnych wynalazków pomagających w pracy jego XXI-wiecznym kolegom. 

Ogólnie mam wrażenia podobne to tych, kiedy czytałam (z braku ciekawszej lektury) różne Pitavale, znalezione w biblioteczce domku rodzinnej działki. Takie sprawozdania sądowe - suche i beznamiętne. 

Pomysł ciekawy, ale realizacja pozostawia duży niedosyt.

niedziela, 29 stycznia 2017

Niedziela z obrazem (95)

Chodziłam dzisiaj sobie wirtualnie po Muzeum Narodowym szukając obrazu pasującego do aktualnej śnieżnej i jeszcze mroźnej aury. Wybrałam obraz Juliana Fałata ilustrujący miniony już świat prawdziwej chłopskiej biedy... coś co znajdziemy w "Chłopach", gdy Hanka musi dźwigać na plecach tobół lichego opału, zbieranego z trudem w dworskim lesie...

"Po 1900 roku w twórczości Juliana Fałata wielokrotnie powraca temat ujętego panoramicznie zimowego pejzażu. W tym przypadku artysta namalował kobiety niosące chrust na tle okolic Bystrej, gdzie mieszkał od 1910 roku aż do śmierci"
Muzeum Narodowe w Warszawie
 Julian Fałat „Z chrustem” (1913)


wtorek, 24 stycznia 2017

Rok 2017 nie ogłoszono rokiem...

Wyłącznie z powodów politycznych/dewocyjnych/antysemickich i pewnie jeszcze kilku innych - nie tylko moim zdaniem - rok 2017 nie będzie rokiem ... ani Bolesława Leśmiana (ur. 22 stycznia 1877 - zm. 5 listopada 1937) ... ani Ludwika Zamenhofa (zm. 14 kwietnia 1917 r.).

Dlaczego mnie to szczególnie oburza?
Dlatego, że lubię wiersze Leśmiana... dlatego, że interesuje mnie i popieram ideę międzynarodowego języka... ale przede wszystkim dlatego, że nie akceptuję politykierstwa i populizmu narzucanego nam na siłę i wbrew naszej woli. Od początku blogowania postawiłam zaporę - żadnej współczesnej polityki w tym miejscu... ale czasami się nie da...

Rok 2017 ogłoszono - (cytat z wikipedii)


Sięgnęłam po tomik wierszy (wydany w pięknej serii Ossolineum) i nie namyślałam się długo, jaki wiersz wybrać do tego wpisu. 


Książeczka sama się otworzyła na wierszu "Śnieg"... ten wiersz to wyraz także moich odczuć i wspomnień, gdy jestem zimą w rodzinnym ogrodzie...

Pamiętam ów ruchliwie rozbłyskany szron
I śniegu ociężałe w gałęziach  nawiesie,
I jego nieustanny z drzew na ziemię zron,
I uczucie, że w słońcu razem z śniegiem skrzę się.

A on ciągle narastał, tu w kopiec, tam - w stos,
I drzewom białych czupryn coraz to dokładał,
Ślepił oczy i łechtał podbródek i nos,
I fruwał - i tkwił w próżni - i bujał i padał.

I pamiętam ów niski, wpół zapadły dom, 
I za szybami włóczek różnobarwne wzory.
Kto tam mieszkał? Pytanie - czy człowiek, czy gnom?
Byłem dzieckiem. Śnieg bielą zasnuwał przestwory.

Dotknąłem dłonią szyby, mimo strachu mąk,
I uczułem ślad hojny, niby czarów zbytek.
Tą dłonią dotykałem mych sprzętów i ksiąg
I niańki, by ją oddać na baśni użytek...

Serce marło, gdym w dłoni unosił ten ślad
W ciszę śniegu, co prósząc, weselił się w niebie.
Śnieg ustał - minęło odtąd tyle lat,
Ile trzeba, by ślady zatracić do siebie.

Jakże pragnąłbym dzisiaj, gdy swe bóle znam,
Stać, jak wówczas, przed domu wpół zapadłą bramą
I widzieć, jak śnieg ziemię obiela ten sam,
Śnieg, co fruwa i buja i pada tak samo.

Z jakimż płaczem bym zajrzał - niepoprawny śniarz - 
Do szyby, by swą młodość odgrzebać w jej szronie - 
Z jakąż mocą bym tulił uznojoną twarz
W te dawne, com je stracił, w te dziecięce dłonie!

 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Lubię muzykę, ale nie każdą

Muzyka to ważna dziedzina w moim życiu ... pisałam o tym już przy różnych okazjach, więc nie będę wracać do źródeł.
Ale to nie jest tak, że uwielbiam wszystko "jak leci"... nie rozumiem i być może z tego powodu nie lubię muzyki współczesnej, ani nawet awangardowej sprzed stu lat.
Owszem, byłam na koncercie muzyki Krzysztofa Pendereckiego, ale głównie dlatego, że sam kompozytor dyrygował orkiestrą (dostaliśmy zaproszenia i koncert był w naszej Łódzkiej Filharmonii), więc chciałam to przeżyć. Jakoś się udało, ale nadal nie zostaję fanką tego gatunku. Przy okazji zaliczyłam wtedy pierwszą bytność w odnowionym budynku filharmonii - bardzo mi się nie podoba szklana wersja wszystkiego.

Wczoraj obejrzałam film z 2009 roku "Chanel i Strawiński" (tytuł oryginału: COCO CHANEL & IGOR STRAVINSKY - swoją drogą po co zmieniać taki tytuł?).


I może nie dotrwałabym do końca filmu, gdyby nie scenografia i kostiumy, za które film dostał nominacje do nagród Cezara i Satelity, a które są piękne i dają miłe wrażenia estetyczne (co dla mnie jest szczególnie ważne w filmie).

Jak napisano w którymś programie tv:
"W skrócie: Historia związku dwóch wielkich osobowości".
Moje odczuwa w skrócie:
film jest nudny, emocji miłosnych (erotycznych czy seksualnych - jak zwał tak zwał) nie widać, zarówno Coco Chanel jak i Strawiński są niesympatyczni i tylko postać żony kompozytora wyróżnia się na plus.

Przy okazji zajrzałam do notki biograficznej Strawińskiego, bo nie interesowałam się wcześniej jego życiorysem. I tu można znaleźć bardzo ciekawy materiał na film biograficzno-historyczny z polskimi korzeniami w tle - o wiele ciekawszy niż jakieś łóżkowe epizody na wygnaniu.

wtorek, 10 stycznia 2017

Ostrożnie z marzeniami? - a właśnie wprost przeciwnie...

Im dłużej żyję tym bardziej doceniam znaczenie marzeń dla naszego komfortu psychicznego. I nie ma tu miejsca na żadne ocenianie, stopniowanie, wartościowanie... nie uznaję żadnych podziałów na marzenia realne do spełnienia, albo mało lub wcale nie realne. W marzeniach można sobie pozwolić na wszystko i marzyć bez względu na wiek... kto powiedział, że staruszkom nie wolno? W tym zakresie jestem od lat zwolenniczką świata marzeń typu "Błękitny zamek".

Powieść Mai Kotarskiej to ostatni tytuł z wypożyczonego i przeczytanego w końcówce roku pakietu lekkich czytadeł. Jak już wspominałam wcześniej wypożyczenie tych, a nie innych książek, to wybór całkowicie przypadkowy.  Nie znałam nazwiska tej autorki, a książki po prostu były pod ręką na półce świeżych zwrotów.

A jak się ma tytuł powieści do fabuły?
Według mnie trochę nijako, ponieważ główna bohaterka wcale nie marzyła o posiadaniu uroczego domku z ogródkiem - a to jest przecież podstawa całej historii. Nie dążyła do realizacji takich marzeń - o tym nie czytamy.  Po prostu nagle dostała spadek po nieznanym i jak się okazuje nie lubianym w rodzinie wujku. A w spadku koszmarną współwłaścicielkę i późniejsze związane z nią kłopoty.

W notce od wydawcy czytamy:
"Zaczęło się całkiem niewinnie, od przejęcia spadku po zmarłym wujku.
Agnieszka przez krótką chwilę uważała, że uśmiechnęła się do niej Fortuna… Zmieniła zdanie, kiedy w krótkim czasie odszedł od niej narzeczony, weszła w drogę szajce przestępców, a starsza pani, z którą dzieliła dom, wstąpiła na ścieżkę wojenną. Sabina Boszko miała swoje powody, żeby nie lubić Agnieszki i robiła wszystko, by uprzykrzyć dziewczynie życie. A pomysłów jej nie brakowało. Po kilku miesiącach nieustannej wojny podjazdowej Agnieszka była skłonna podejrzewać staruszkę nawet o spowodowanie wybuchów na Słońcu. A jakby tego było mało, nastąpiła na odcisk bandytom. Na szczęście z przeciwnościami losu nie musiała się zmagać samotnie. Nie zawiedli przyjaciele, a na horyzoncie pojawiła się nowa miłość…"
Historyjka, w stylu komedii kryminalnej, opowiedziana jest lekko... czyta się przyjemnie... daje miły relaks.
A gdybym miała dokonać oceny głównych bohaterek, to niesympatyczna i złośliwa staruszka jest według mnie mocniejszą postacią (wręcz dającą się lubić), w porównaniu z dość nijaką i mdłą młodą przeciwniczką.

Stron: 304
 "Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!

 


poniedziałek, 9 stycznia 2017

Wszystko o Edycie? - chyba raczej nie...


"Wszystko o Edycie" to kolejna grudniowa  lektura z końcówki roku. Od pewnego momentu czytana dość pobieżnie, bo jakoś ta historia mnie nie wciągnęła specjalnie. Doczytałam do końca, ale "im dalej w las...", tym bardziej nie wiedziałam jak ją potraktować. Czy całkiem na poważnie, czy też może z lekkim przymrużeniem oka, szczególnie w odniesieniu do religijnych rozterek i refleksji głównej bohaterki. Autorka nie daje czytelnikowi jednoznacznych sygnałów, więc każdy może sobie interpretować zachowania Edyty jak chce. 
I tu wcale nie chodzi o jakieś wyżyny psychologicznych niedomówień fabuły, które dawałyby pole dla działania wyobraźni czytelnika... nic z tych rzeczy... - ja odniosłam wrażenie, że autorka sama nie mogła się zdecydować, czy pisze powieść całkowicie poważną. 
W rezultacie realistycznie smutne i prawie tragiczne wydarzenia ocierają się o śmieszność, która przekreśla ich znaczenie. 

A w ogóle główna bohaterka nie zdobyła mojej sympatii, więc tym bardziej nie wczułam się w jej przeżycia... i to by było wszystko na ten temat.

Lektura jednorazowa.

Od wydawcy:




niedziela, 8 stycznia 2017

PRL na wesoło, ale czy zrozumiale dla wszystkich?

Pytanie zadane w tytule sformułowało mi się już w trakcie czytania książki "Mariola, moje krople".

Ta powieść to swego rodzaju połączenie stylu "Rozmów kontrolowanych" z "Lesiem", chociaż nie na takim samym poziomie. 
Podstawową różnicę powoduje tu czas powstania. 
"Lesio" Joanny Chmielewskiej był satyrą pisaną w tym samym czasie o którym opowiada, podobnie z filmem. Tutaj mamy akcję kreowaną 30 lat później, co automatycznie wyłącza wspomnienia własne wielu czytelników. 
Młodych czytelników, których wtedy nie było jeszcze na świecie, albo byli zbyt małymi dziećmi, żeby rozumieć dobrze tamtą rzeczywistość. 
I stąd moje obawy, że po przeczytaniu książki "Mariola,..." stworzą sobie skrzywiony obraz minionych czasów. Przyjmą za pewnik, że to takie fajne czasy były... ludzie sobie robili zakupy w czasie pracy, w miejscu pracy pędzili bimber z "Kukułek" i hodowali świnkę na mięso... pierwszy sekretarz partii co rusz wpadał na kielicha do dyrektora, konspiracja biegała z powielaczami po mieście... i w ogóle było bardzo wesoło i przyjemnie.

Jestem jak najdalsza od powracania do tamtego naszego życia wyłącznie na poważnie, z męczeństwem, sądowymi rozliczeniami, wzajemnym obrzucaniu się błotem i negatywnymi ocenami na każdym kroku. Mam po prostu obawy, że młode pokolenia nie zrozumieją tego typu powieści bez wcześniejszego przygotowania w zakresie realiów.

Książka przeczytana w grudniowym przedświątecznym czasie mojego wyboru lektur łatwych, a z całego wypożyczonego wtedy zestawu znałam jedynie nazwisko Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Na znajomości nazwiska moja wiedza się kończyła.

Moje wrażenia po lekturze?
Powieść ma jednego wspólnego zbiorowego bohatera i jedno miejsce akcji - to teatr i jego pracownicy. Czas akcji to niecały miesiąc przed stanem wojennym w 1981 roku. Zespół teatralny zajmuje się wszystkim innym tylko nie właściwą pracą. Poznajemy co chwila kogoś nowego, a ciągłe komplikowanie akcji kolejnymi wydarzeniami (mającymi chyba tworzyć jakieś napięcie) mnie osobiście tak zmęczyło i znudziło, że w pewnym momencie miałam dosyć. Chyba około 200 strony odłożyłam po prostu książkę na bok i zaczęłam czytać coś innego.

Oczywiście w końcu przeczytałam do końca. W sumie całość czyta się lekko, kilka momentów mnie szczerze rozbawiło i właściwie jedyną uwagę, jaką mam do konstrukcji powieści to wspomniane wyżej zbyt długie wprowadzanie czytelnika w temat.

A dla mnie było to kolejne wspomnienie tamtych czasów, gdy trzeba było wykazać się zaradnością i wieloma umiejętnościami, żeby po prostu móc żyć.


sobota, 7 stycznia 2017

Pułapka Nowego Roku z bublami w pakiecie

"Pułapka Nowego Roku" to pierwsza książka Jolanty Kwiatkowskiej, którą przeczytałam. Akurat trafiła się w bibliotece w grudniowym czasie przedświątecznym, z pasującym idealnie tytułem. Gorzej jest z samą książką i to nie pod względem treści, ale wydania.
Mamy tu do czynienia z bublami edytorskimi, które nie powinny się zdarzyć, gdyby ktoś odpowiedzialny dobrze wykonał swoją pracę. Wypuszczona na rynek książka swoimi niedoróbkami obraża inteligencję myślącego czytelnika.

W wyliczance bublowej pomijam tego odautorskiego, czyli nazwisko głównej bohaterki - Bubel.  Nie ma nic wspólnego z bylejakością wydania.

Głównym bublem jest dopuszczenie do druku tekstu na okładce, w którym bohaterka powieści zostaje nazwana Krystyną. I tak "poszło w lud" - Krystyna widnieje na stronie książki na LC - nie tylko w opisie, który jest po prostu przepisany z tekstu wydawnictwa, ale także w opiniach użytkowników. Dla mnie to oznacza, że oni - podobnie jak ten ktoś w wydawnictwie, nie czytali książki, tylko sobie tak tworzą wirtualne teksty. 


A bohaterka tej powieści to - jak sama mówi o sobie na początku - Kasia, Kaśka, Katarzyna.
Ktoś powie "drobiazg, pomyłka, czepiasz się" - otóż to nie drobiazg, ale brak profesjonalizmu.

A powieść?
Czytało się dobrze, bo nie jest to kolejna historia o trzydziestoletniej singielce. Mogłam się w pewnym sensie utożsamić z bohaterką w tym samym przedziale wiekowym. Ale to jedyna wspólna płaszczyzna. Nie mamy podobnych przeżyć i doświadczeń życiowych.
Potraktowałam książkę jako jednorazową rozrywkę czytelniczą...  nie czerpię nauk i wskazówek na kształtowanie swojego losu z fabuły powieści , do czego tak zachęca wydawca:
"Ta opowieść o kobiecie 50+ może nas wszystkie wiele nauczyć. (...) to wspaniała lekcja odnajdywania radości wśród trudów życia codziennego".
Taaak... życzyłabym sobie tak idealnych trudów życia codziennego jakie prowadzi bohaterka. Ma ten komfort, że jest całkowitą panią swojego czasu, bez poważnych kłopotów ze zdrowiem, bez zobowiązań wobec starych schorowanych  rodziców, bez rodzinnych problemów... Może sobie pozwolić na radość z emerytury i cudowne odnajdywanie nowych sensów życia.
Zbyt cukierkowa wersja radosnej emerytury... 
A zachęcanie czytelniczek do czerpania wzorców z powieści obyczajowych to spychanie ich  do poziomu amerykańskich gospodyń domowych z minionych (albo i nie minionych)  czasów... głupiutkich istot żyjących życiem celebrytek i bohaterów oper mydlanych. Zero samodzielnego myślenia... 

Stron: 320
Wpis zgłaszam do wyzwania-konkursu "Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!