piątek, 1 grudnia 2017

niedziela, 26 listopada 2017

Niedziela z obrazem (113)

Edward Lamson Henry "Mrs. Lydig and Her Daughter Greeting Their Guest" 

 

 

Telewizja publiczna, w ramach serii odgrzewanych kotletów, przypomniała serial "Północ-Południe. Emitowany w Polsce po raz pierwszy w latach 90-tych, wzbudził wtedy ogromne zainteresowanie. To produkcja zrealizowana z rozmachem, druga po "Przeminęło z wiatrem" ukazująca tak wielopłaszczyznowo życie bogatych plantatorów, problem niewolnictwa, wojnę secesyjną.

 



Od tamtej emisji minęło sporo czasu i jakoś nie odczułam chęci ponownego obejrzenia serialu w całości. Być może dlatego, że nie zachwycam się wszystkim co amerykańskie. Dla mnie ten film nie wytrzymał próby czasu... stracił przez lata na swojej atrakcyjności. Owszem, zerknęłam kilka razy na krótkie fragmenty, ale to wszystko.

Ale myśląc o kolejnym dniu z obrazem postanowiłam wrócić do twórczości malarza rodem z Charlestonu, żyjącego w tamtych czasach (1841-1919) i w tamtych realiach.

niedziela, 29 października 2017

Niedziela z obrazem (112)

Jaki obraz wybrać?... od rana pogoda nie sprzyja jakiejkolwiek aktywności, chociaż dzień o godzinę dłuższy. Ale za to nad Polską orkan... wieje, leje, lufciki w oknach co chwilę same się otwierają, wiatr dosłownie wyje, ciemno i ponuro...
Rzut okiem na lodówkę i obraz znalazł się sam.

Nie wiem kiedy utworzył mi się na lodówce zbiór magnesów "geograficznych" - prawie wszystkie dostałam jako "pamiątki z ...", ale dwa sama kupiłam - "bo skoro już mam kilka..."
Jeden w leśniczówce Pranie, drugi w Muzeum Narodowym w Warszawie z obrazem, który bardzo lubię ...

Ten obraz był jednym z pierwszych w moim zbiorze "Robótki w sztuce", który sobie tworzę od początku swojego sieciowego bytu.

Georg Friedrich Kersting - "Hafciarka" (1817)

Muzeum Narodowe w Warszawie 

niedziela, 10 września 2017

Niedziela z obrazem (111)

Czytając powieści historyczne lubię przenieść się w tamte czasy również przy pomocy obrazów. Teraz jestem w czasach saskich w wersji J.I.Kraszewskiego, więc fotograficzne obrazy Canaletta świetnie nadają się do tego.

Oryginalnej zabudowy (jak wiemy zniszczonej w czasie i po II wojnie światowej) współcześnie nie ma -  taki rachunek historii... a mogłyby te zabytki nadal istnieć, gdyby nie szaleństwo jednego człowieka.

Canaletto, Drezno ok. 1750

niedziela, 3 września 2017

Niedziela z obrazem (110)

 Anna Konstancja von Brockdorff - hrabina Cosel
autor nieznany (połowa XVIII wieku)



W moim czytaniu Kraszewskiego nie ma planu... to na razie przypadkowe lektury... po prostu takie książki, które akurat  znalazły się na półkach "z przodu". Przeczytałam kilka powieści, których akcję umieścił autor w czasach sobie współczesnych lub niedawno minionych. Teraz też wyciągnęłam "Hrabinę Cosel" metodą chybił-trafił, ale jednak dalsze czytanie powieści historycznych chcę zaplanować - ułożyć według czasu akcji.

Obecnie, dzięki internetowi, mogę odnajdywać portrety postaci historycznych, obrazy-widoki ilustrujące opisywane miejsca... po prostu tamtą minioną rzeczywistość. Również w najmniejszych szczegółach stroju, biżuterii, mebli, przedmiotów codziennego użytku zarówno ludzi bogatych jak i biednych.
To bardzo przyjemne uzupełnienie historii.. o czym wspominam na tym blogu wielokrotnie.
Ale to takie moje prywatne poszukiwania dla własnej satysfakcji.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Czym zawiniła Doktor Ewa?

Kiedyś popularne było powiedzenie, że "nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu".
Teraz chyba zbliżona do tamtego  jest "tzw. poprawność polityczna".
Ostatnio co krok natykamy się na przeróżne objawy nadgorliwości, która ociera się o śmieszność. I byłoby to tylko śmieszne, gdyby jednocześnie nie było propagandowo tragiczne.
Jak widać zawsze znajdą się nadgorliwcy - niezależnie od strony politycznej rządzącej partii, którzy usilnie starają "się wykazać".

Zawsze z niesmakiem czytam tego rodzaju teksty - dłuższe i krótsze, a czasami zdania z niefortunnie użytymi określeniami.
Tak właśnie było, gdy na początku czasu wakacyjno-urlopowego przeczytałam w programie TVP Kultura tytuł cyklu "Resortowe lato". Jak wiadomo określenie "resortowy/a/e" stało się jednoznacznie negatywne od czasu pojawienia się pewnej książki,
I co widzimy jako pierwszy serial w tym cyklu?
A widzimy serial "Doktor Ewa", jedną z najmniej upolitycznionych produkcji z tamtych lat.  
Zastosowanie tu terminu "resortowe" idealnie pasuje do osób aktualnie go używających. Moje zdziwienie (naiwne, jak się po raz kolejny okazało) było tym większe, że liczyłam jeszcze na jakąś większą samodzielność myślenia w tym kanale TVP.
Przecież cała część polskiego społeczeństwa, która ma więcej niż 28 lat, urodziła się, zdobyła wykształcenie i przepracowała mniej lub więcej lat  (kto oczywiście pracował, a nie "działał") właśnie w tamtych resortowych czasach - czyli idąc tokiem myślenia autora tego wakacyjnego cyklu etykietka wszystkim się należy?


Oglądałam ten serial w telewizji w czasie jego pierwszej emisji (rok produkcji 1970).
Pamiętam całą fabułę właśnie dlatego, że akcja nie obejmowała kolejnej propagandowej nasiadówki w fabryce, ale dotyczyła normalnego życia.  
Teraz zwróciłam uwagę na szczegóły pomijane wtedy (bo były rzeczywistością) - scenografię, ubrania i dodatki (buty, torebki, nakrycia głowy, biżuteria), wystrój wnętrz, plenery, pojazdy itd. To szczególnie teraz ciekawa dokumentacja dla fanów polskiego designu lat 60-tych, którzy szaleją z poszukiwaniami przedmiotów z tamtego okresu (meble, wazony, miseczki, szklane ryby na telewizor itp). A może powinni się wstydzić, że zachwycają się resortowymi gratami???

niedziela, 13 sierpnia 2017

Niedziela z obrazem (109)

Sierpniowy czas  nocy spadających gwiazd... (chociaż dzisiejszej nocy podobno nie było dobrych warunków do obserwacji).

Witold Pruszkowski "Spadająca gwiazda" (1884)

zbiory Muzeum Narodowego w Warszawie

środa, 19 lipca 2017

Krystyna Feldman opowiada...

"Aktor jest i twórcą, i odtwórcą. Aktor dostaje materiał, więc jest odtwórcą. A dlaczego, jak jeden, powiedzmy, pianista dostaje nuty i plum plum gra, to albo dreszcz przechodzi, albo nic nie przechodzi. Czyli artysta jest dusza szczególną, czyli coś w to wkłada, w ten materiał który dostał. Aktor w to, co dostał, wkłada najprawdziwszego siebie. No, bez kwestii, aktor jakieś uzdolnienia musi mieć. A po co on, z uporem godnym może lepszej sprawy, wkłada duszę w rolę? Bo inaczej  nie zrobi pełnej, żywej postaci, bo inaczej nikt mu nie uwierzy i może pożegnać się z teatrem. Oczywiście, to "coś" musi zostać ustalone z reżyserem."  s.190

Zacytowany fragment wspomnień  Krystyny Feldman pokazuje jak jest napisana... a właściwie nie napisana przez kogoś książka...
Bowiem całość to wypowiedzi aktorki zapisane tak jak je sformułowała - zapis tekstu mówionego językiem potocznym, więc moim zdaniem umieszczenie nazwiska "autora" na stronie tytułowej jest niezbyt dobrym pomysłem. Bardziej odpowiednia byłaby adnotacja w rodzaju "spisał i opracował...". W książce nie ma ani jednego zdania  podpisanego przez Tadeusza Żukowskiego, nie ma chociażby wstępu, czy zakończenia. A informacje pod zdjęciami nie liczą się, zresztą nie wiadomo kto je opracował.
To tyle o samej książce od strony wydawniczej.
Ja nie lubię takiej "nieociosanej" potocznej polszczyzny podawanej w formie książki - źle mi się czyta taki tekst, jakoś nie mogę się skupić na dłużej, robię więc częste przerwy.
A dlaczego sięgnęłam po tę książkę?
Od dawna bardzo interesowałam się kinem, a mało teatrem. Kilka zaledwie spektakli oglądanych w łódzkich teatrach, trochę więcej czwartkowej "Kobry" i Teatru Telewizji. I jedno przedstawienie dyplomowe studentów szkoły aktorskiej w Warszawie w latach 70-tych. Mam zachowany na pamiątkę program tego dyplomu, pojawia się tam kilka sławnych nazwisk - Hanuszkiewicz (córka sławnego ojca), Sztokinger (syn ), Wołlejko (córka).
Dlatego postać aktorki Krystyny Feldman znam z niewielkich ról filmowych, a nic nie wiedziałam o jej teatralnych dokonaniach. Pierwszy film, z którym ją kojarzę to "Sublokator" z 1966 roku. Widziałam go w telewizji jako dziecko i przez ten film utrwaliłam taki wizerunek Krystyny Feldman - wiedźmowata, niesympatyczna dewotka, co jeszcze podkreślał czarno-biały przekaz telewizyjny.
Aktorka nie zestarzała się pięknie, a jednak nie uciekała z tego powodu od pokazywania się na ekranie  - wręcz przeciwnie, wykorzystywała swój wygląd jako aktorski atut czego najlepszym przykładem jest późny debiut w roli głównej w filmie "Mój Nikifor".
Nie oglądałam serialu o Kiepskich (jakoś mnie ten rodzaj rozrywki nie bawi), ale przyniósł jej masową popularność. 
Dzięki książce poznajemy prywatne i zawodowe życie Krystyny Feldman, chociaż trzeba pamiętać o możliwości swobodnej interpretacji faktów, z czym mamy do czynienia już na początku. Aktorka (jak wiele dawnych gwiazd) również uległa pewnej kobiecej skłonności - odjęła sobie kilka lat.
 
Oryginalny wpis na blogu Chwile w codzienności

czwartek, 13 lipca 2017

Problem chyba nadal aktualny?

Ciekawe... - jakiego rodzaju to był wykład, do jakiego słuchacza skierowany  i na jakim poziomie intelektualnym?


niedziela, 9 lipca 2017

Niedziela z obrazem (108)

Portrety nie należały do obrazów, które mnie szczególnie interesowały. W dostępnych źródłach (albumy, reprodukcje, pocztówki) nie stanowiły zbyt dużej części. Jednak od kilku lat, a dokładniej od poznania możliwości internetu, zaczęłam szukać portretów jako źródła ilustracji mody, strojów, biżuterii, mebli i wszelkich drobiazgów z urządzenia wnętrz. Ta codzienna historia bardzo mnie interesuje, więc chętnie oglądam te szczegóły nie będące głównym tematem obrazu... zachowane "przy okazji". I wcale nie muszą to być tylko obrazki z życia wyższych sfer... skromne, czy wręcz biedne wnętrza opowiadają równie ciekawą historię... a na pewno bardziej przejmującą, bo szczerą.  O sztucznych pozach bogatych dam nie zawsze można to powiedzieć.

Józef Simmler "Portret Emilii Włodkowskiej (1865)

Muzeum Narodowe w Warszawie

Jak już wspominałam na początku tego cyklu, nie mam ambicji omawiania, analizowania, czy też oceniania obrazów, które wstawiam. Nie mam do tego odpowiedniej wiedzy fachowej... po prostu tworzę swoją osobistą wirtualną galerię sztuki, gromadząc obrazy, by móc w każdej chwili do nich wrócić.
Czasami jednak udostępniam linki do stron omawiających twórczość malarza lub konkretny obraz (bez oceniania).
Na tej stronie można znaleźć nie tylko informacje o malarzu, ale także szersze omówienie detalu portretu ciekawego od strony kobiecej


niedziela, 2 lipca 2017

Niedziela z obrazem (107)

Burzowe dni minionego tygodnia wywołały temat...

Józef Chełmoński "Burza" (1896)

wtorek, 27 czerwca 2017

Sekrety Łodzi nie całkiem sekretne

Jako rodowita łodzianka od lat chętnie czytam książki o moim mieście... a właściwie poszukuję i czytam bardzo chętnie i nigdy dosyć tej lektury. Tak było również z tą książką, której tytuł jest trochę zwodniczy (tu doszukuję się jednak chwytu marketingowego).

Od wydawcy:
"Łódź po raz kolejny zdradza swoje tajemnice. Odkrywa je strona po stronie… następne miejsca, wydarzenia, nazwiska. Roman Polański i Eugeniusz Bodo, willa z horroru oraz historia pewnego wyjątkowo ponurego więzienia… Nie zabraknie Katarzyny Kobro i Strzemińskiego ani króla fryzjerów Antoine’a.
Kilkadziesiąt niezwykłych historii tworzy pierwszą część Sekretów Łodzi. Otwórz książkę i daj się porwać do świata, w którym spotkasz silne i utalentowane kobiety, odważnych i ekstrawaganckich mężczyzn, staniesz się świadkiem cudów św. Antoniego, przeżyjesz prawdziwe chwile grozy podczas wybuchu gazu na Retkini, a zasady higieniczne dawnej Łodzi już nie będą dla Ciebie zagadką!
Autorzy odkrywają nieznane oblicze miasta, które zadziwia i fascynuje.
Całość została opatrzona unikatowymi fotografiami i fragmentami publikacji prasowych."
I znowu będzie, że "się czepiam"... ale jak z czymś się nie zgadzam to nie będę pisać inaczej.
Bo nie zgadzam się z tytułem, a częściowo z zapowiedzią wydawcy.
Dla czytelnika, który nie zna miasta książka będzie pewnie odkryciem, poznawaniem, a nawet niektóre informacje w niej zawarte może traktować jako "sekrety". 
Tylko myśląc w ten sposób do sekretów powinno się zaliczyć wszystkie wydawnictwa informacyjne.
Żyjemy od urodzenia w tym mieście, poznajemy jego historię w przekazach rodzinnych, a mieszkańcy pamiętający czasy PRL-u byli świadkami niektórych wydarzeń, to gdzie tu miejsce na sekrety?

"Sekret" - tajemnica, wiadomość poufna, przeznaczona tylko dla wybranych osób.
No właśnie... 

Książkę przeczytałam z ciekawością, wzbogacając swoją wiedzę o Łodzi i jak tylko znajdę drugi tom na pewno po niego sięgnę.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Maria Czubaszek o sobie i o innych


Znałam Marię Czubaszek z radia... a dokładniej znałam jej teksty w wykonaniu znakomitych aktorów oraz od pewnego momentu jej charakterystyczny głos.
Zobaczyłam  autorkę śmiesznie satyrycznych tekstów właściwie zupełnie niedawno (kilka lat temu), a wraz z pojawieniem się jej wizerunku w mediach, pojawiły się również jej poglądy w różnych kwestiach. Jak w większości przypadków przestała być anonimowa, przestała być tylko autorką.

Wydana w 2016 roku książka jest jedyną autorstwa Marii Czubaszek jaką czytałam, więc nie mogę się odnieść do słów wydawcy, że to "Najodważniejsza z dotychczasowych książek znanej satyryczki".

Jak to bywa najczęściej ten okładkowy tekst  "od wydawcy" również mnie zdenerwował, bo strasznie nie lubię wszelkiego generalizowania i wypowiadania się w moim imieniu: "Maria Czubaszek mówi wprost to, o czym każdy z nas po cichu myśli, ale boi się powiedzieć głośno."
Mhm... ciekawe stwierdzenie... ktoś zagalopował się wrzucając wszystkich do jednego wora. Robiąc z czytelników tchórzliwą masę bojącą się głośno myśleć - dlatego "każdy myśli po cichu".
A ja nie życzę sobie, żeby ktoś za mnie mówił co ja myślę. Po przeczytaniu tego miałam nawet ochotę napisać do wydawnictwa i zwrócić im uwagę, żeby częściej myśleli (wszystko jedno - głośno, czy cicho), zanim coś wypuszczą w świat, ale odechciało mi się już walczyć z wiatrakami.

Co my tu jeszcze mamy?
" Maria Czubaszek zdradza swoje sekrety i po raz pierwszy mówi o sobie tak szczerze. I tak dużo."
Jak dla mnie chwilami za dużo... 
i nie chodzi mi o szczerość wypowiedzi, ale o niektóre intymne szczegóły, które nic nie wnoszą do treści. Są jedynie informacją, ale niepotrzebnie zmieniają książkę w celebryckie  plotkarskie wynurzenia. 

Mówiąc o tej książce muszę rozgraniczyć treść i formę. 
Treść - obok biograficznych wspomnień - zawiera poglądy Marii Czubaszek w różnych kwestiach, choć wiadomo, że zainteresowanie wzbudzają te kontrowersyjne. Odmienne od obowiązujących z nakazu partyjnego. Ale każdy ma prawo (jeszcze!) do własnych ocen i zdań, które ma prawo publicznie wypowiadać. Może to się nie podobać, można się nie zgadzać... ale można próbować zrozumieć.
Autorka stara się wyjaśnić powody takich a nie innych swoich decyzji życiowych, czy swojego zdania na dany temat, dając czytelnikowi  szansę takiego zrozumienia.
Zresztą, jeśli ktoś potępił w czambuł Marię Czubaszek za to co zrobiła, albo nie zrobiła, niech sobie da spokój i po prostu nie czyta tej książki. Nie ma przymusu.

A dlaczego wspomniałam o formie?
Tutaj mam pewne zastrzeżenia.
Czytałam tę książkę z przerwami, nie za bardzo mogąc skupić się dłużej. Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że poszczególne krótkie części tworzą lekki chaos, a całość jest jakaś sztywna i drętwa. Długo szukałam odpowiedniego słowa, bo "nudna" na pewno nie jest. Jest właśnie "drętwa"... nie przykuwa uwagi na dłużej. To tak jakby czytało się zbiór przypadkowo sklejonych wycinków gazetowych. Stanowczo byłaby dla mnie ciekawsza w wypowiedzi niż na papierze, bo to właśnie jest taki rodzaj tekstu - zapisany język potoczny, który bardzo traci w momencie "przelania na papier". Słuchamy "na żywo" z ciekawością, bo do słów dochodzi modulacja głosu, osobista interpretacja, mimika (w przypadku wizji), prawie bezpośredni kontakt. Po zapisaniu zostaje nam tylko suchy tekst.

Jednak wolę dawną "radiową" Marię Czubaszek - wolę słuchać niż czytać jej tekst, chociaż po przeczytaniu okazało się w jak wielu punktach zgadzam się z  autorką. Szczególnie w odniesieniu do ocen znanych ludzi.

niedziela, 25 czerwca 2017

Niedziela z obrazem (106)

Jeszcze w tematyce dziecięcej... (czerwiec szczególnie sprzyja takim tematom, obok oczywiście świąt Bożego Narodzenia)... 


Théophile Emmanuel Duverger  "The puppet show"



Théophile Emmanuel Duverger - malarz francuski urodzony w Bordeaux w 1821 roku (data śmierci między 1886 a 1901) Był malarzem samoukiem, malował przede wszystkim sceny rodzajowe.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Nie czytać w łóżku!

"Bluszcz" (Pismo Tygodniowe Ilustrowane dla Kobiet) w 1896 roku ostrzega:


ze strony Biblioteki Raczyńskich

niedziela, 11 czerwca 2017

Niedziela z obrazem (105)

Peder Severin Krøyer (1893)


Skagens Museum

Od dzieciństwa uwielbiam w ogrodzie miejsca zacienione... zawsze uciekałam z pełnego słońca, bo było mi za gorąco i wręcz źle się czułam. To też pewnie przyczyniło się do mojej niechęci w kwestii pielenia grządek i wyrywania chwastów (tego do dziś nie robię).

Lubię tak odpoczywać na leżaku w przyjemnym chłodzie ... to krótkie chwile, bo niestety nie posiadam ogrodnika, który za mnie zrobi wszystko i sama walczę z wybujałą trawą i wszelkim zbędnym zielskiem... dlatego mój ogród jest "zadbany inaczej" (jak to nazwały moje blogowe koleżanki).

Identyczny żółty irys również u mnie zakwitł...

Kiedyś ... przed laty w ogrodzie były psy (jeden taki rudy jak na obrazie)... teraz rządzą koty. 
I znowu są małe "kotki jaśminowe" - podobnie jak w ubiegłym roku wychowywane w gąszczu ogromnego krzewu jaśminu. Jeszcze nie mają odwagi wyjść z tego bezpiecznego terenu, ale to kwestia najbliższych dni. 

poniedziałek, 29 maja 2017

Dlaczego oglądałam "Wojenne dziewczyny"?

Po latach oglądania w czarno-białej telewizji jedynie słusznej wersji historii II wojny światowej z dominacją frontowych walk ramię w ramię z sojuszniczą armią, chciałabym móc oglądać obrazy pokazujące więcej wojennego życia codziennego... w ogóle chciałabym oglądać jakiekolwiek polskie produkcje na dobrym poziomie, których twórcy zadbają o każdą stronę realizowanego filmu i dadzą widzowi w miarę obiektywny przekaz.

Niestety... serial "Czas honoru" to wyjątek potwierdzający regułę. A poza nim jakoś pusto w temacie. Nie wypowiadam się o filmach Smarzowskiego, bo psychicznie nie mam dość siły na ich oglądanie. Nie przywołuję tu również tytułów, które nie spełniają tego głównego ważnego dla mnie warunku obiektywności.

Kiedy pojawiły się zapowiedzi nowego polskiego serialu oczywiście byłam nim zainteresowana.
Jednak już pierwsze odcinki dały mi wyobrażenie całości, bez oczekiwań, że "może jeszcze serial się rozkręci".


Nie mam pretensji do aktorów - szczególnie do aktorskiej młodzieży (grali to co im kazali); nawet nie mam większych pretensji do scenariusza  (każdy twórca ma swoją wersję).
Ale w rezultacie obejrzałam serial, którego nie ocenię wysoko. Mam wrażenie, że oglądałam jaką lukrowaną, lekkostrawną opowiastkę przeznaczoną dla mało rozwiniętego umysłowo widza. Komiks... ni to smutny, ni to wesoły.


Wychowałam się na wojennych filmach w wersji czarno-białej, tym bardziej trudno mi zaakceptować ten kolorowy obrazek mający być ilustracją okupacji. Szczególnie drażnią mnie detale, ale jakże mocno rzucające się w oczy - te krwiste pomadki na ustach, lśniące czerwone paznokietki jak ze współczesnego "studia paznokcia", te kolorowe fatałaszki, starannie ułożone loczki-fioczki. 
Już nie mówię o kompletnie nie pasującej tu wesolutkiej amerykańskiej piosence w tle.

Zapytałam mojego Tatę, który lepiej pamięta tamte czasy, niż wczorajsze głupie serwisy informacyjne - "czy rzeczywiście wtedy ulica była tak kolorowa?" Jakoś nie chce mi się wierzyć, że dziewczęta i dojrzałe kobiety ubierały się w jaskrawe kolory, malowały w wyzywający sposób. To była wojna, okupacja, a co za tym idzie coraz większa bieda, trudności i braki w zaopatrzeniu. Dodatkowo należało się właśnie dla własnego bezpieczeństwa wtopić w tłum,  nie rzucać w oczy żandarmom i patrolom, bo od tego często zależało życie. A tu bohaterki zachowują się beztrosko jak na promenadzie. 

Może nie mam racji, może warszawska ulica wyróżniała się tym właśnie kolorytem strojów... może. Na to pytanie mogą odpowiedzieć tylko ci, którzy wtedy byli tą młodzieżą, którzy pamiętają tamte kobiety.

Dlaczego więc oglądałam ten serial do końca?
Z przymusu... żeby móc tłumaczyć "z polskiego na nasze".
Widz mocno zaawansowany wiekowo (80+, bo tylko taki jeszcze pamięta wojnę) nie jest w stanie dobrze zrozumieć tekst niedbale rzucany przez aktorów, niewyraźny szczególnie zza kamery. Jak dodamy jeszcze do tego szybko zmieniający się obraz to naprawdę potrzebny jest pomocnik do wyjaśnienia...

niedziela, 28 maja 2017

"Chichot losu" w dwóch wersjach


Oglądałam serial... wypożyczyłam więc książkę, gdy trafiła się w Bibliotece. Nie szukam jakoś szczególnie takich powieści, bo najczęściej dla mnie jest to wielkie rozczarowanie adaptacyjno-na motywach. Ale gdy książka sama pcha się do czytania, to czytam... z większym lub mniejszym zainteresowaniem.

W tym przypadku książkę i serial łączą osoby głównych postaci i ich losy w bardzo ogólnym zarysie. Serialowi scenarzyści dodali, zmienili, wyrzucili, przerobili co tylko się dało (łącznie z wątkiem kryminalno-sensacyjnym), więc mamy do czynienia właściwie z dwoma różnymi produktami na tych samych podstawach. 
Pozostając jeszcze przy serialu... no cóż, produkt swoich czasów: lekki, płytki, polukrowany aż do mdłości, właściwie łopatologiczny, bo inaczej może widz by nie zrozumiał zbyt głębokiej głębi, prześlizgujący się po trudnym temacie.

Książka, mimo podjęcia ambitnej tematyki, jakoś nie wzbudziła u mnie entuzjazmu... nie przekonała mnie. Być może dlatego, że główna bohaterka to kompletnie mi obcy korporacyjny okaz młodego pokolenia w pogoni za sukcesem. Trudno mi uwierzyć w tak szybkie przemiany - ze skrajności w skrajność ... na jednym końcu  absurdalne oderwanie od realiów "normalnego" życia - na drugim cudowna przemiana duchowa/światopoglądowa/i co tam jeszcze sobie czytelnik zażyczy.

czwartek, 18 maja 2017

Pięć lat książkowego blogowania...


Pięć lat temu - 16 maja 2012 roku, założyłam bloga książkowego (jak ja go nazywam) pod nazwą "Notes czytelniczy". Później przeniosłam bloga pod nowy adres (ze względu na rozszerzenie tematyki).
W jednym z okienek umieściłam taką krótką informację:
" Nie piszę recenzji...
zapisuję w dowolnej formie swoje wrażenia i uwagi o książkach przeczytanych dawno i niedawno...
Moje opinie są subiektywne i nie muszą być zgodne ze zdaniem większości..."
Zakładając tego bloga miałam nieco inne oczekiwania w porównaniu z tym, co się "okazało w trakcie", chociaż nie byłam nowicjuszką (w blogosferze jestem od 2008 roku)... ale raczej nie ma sensu roztrząsanie problemu bardziej szczegółowo... (napisałam długi monolog na ten temat, ale po namyśle skasowałam).

Ostatnio piszę coraz rzadziej i coraz krócej... 
powody?...
brak czasu i zmęczenie życiowymi obowiązkami, ale głównie zniechęcenie jednostronnością kontaktów... w pewnym momencie poczułam się jak wydawca mało popularnej gazetki... czyli ja sobie piszę więcej lub mniej, poświęcam na to pewien czas, który mogłabym wykorzystać inaczej... robię to całkowicie bezinteresownie, z miłości do książek...
ludzie czytają (a w przypadku niektórych tekstów dotyczących szkolnych lektur wiadomo, że zrzynają  metodą kopiuj-wklej) i na tym koniec - jak z czytelnikami gazety. Ale nawet do gazety czytelnicy listy pisali. Jedyna różnica polega na tym, że nie mają możliwości wyrzucenia tej gazety do kosza, albo zużycia na podpałkę w piecu (o bardziej prymitywnym wykorzystaniu wolę nie wspominać).

Mogłabym znaleźć wytłumaczenie braku odzewu i coraz mniejszego zainteresowania blogiem, bo ja nie piszę o nowościach wydawniczych, w ogóle nie streszczam i nie recenzuję książek. A że głównie wyciągam jakieś starocie (nie zawsze tak łatwe do zdobycia), to nic dziwnego, że mało kogo to interesuje.
Gdyby to jeszcze był po prostu brak czytelników w ogóle... ale nie... statystyki odnotowują codzienną ilość odwiedzin (powiedzmy, że część z tego to boty).

Rozumiem jednak tendencję spadku zainteresowania blogami o książkach (zresztą to zawsze była dość niszowa kategoria), więc będę dalej tworzyć w tym miejscu sobie a muzom, z nadzieją, że czasami ktoś zajrzy i odezwie się...

Na początku ksiażkowego blogowania chciałam wspomnieć jak największą liczbę książek, które w swoim życiu przeczytałam.
Ale tu też dokonałam pewnych korekt.
Wprowadziłam kategorię "Przeczytane...", przeznaczoną dla książek o których nie napiszę zbyt wiele (przy niektórych tytułach to tylko notka od wydawcy). Znajdą się w niej głównie współczesne powieści obyczajowe - ile razy można pisać to samo "przewidywalne zakończenie, typowy schemat tzw. literatury kobiecej itd".

Ale są też książki ... i jest jest dość dużo, o których odechciało mi pisać w momencie poznawania kolejnych niechlubnych życiorysów niektórych pisarzy z okresu PRL-u. 
W tamtych czasach, nie znając szczegółów wszyscy wiedzieli, że bardzo trudno było zrobić karierę (niezależnie od zawodu), bez kariery partyjnej... o TW i niszczącym ludzi donosicielstwie dowiedzieliśmy dopiero po zmianach ustrojowych.
Nie oceniam motywów pewnych zachowań, ale dobrowolną współpracę - dla pieniędzy i dla kariery oceniam jednoznacznie... 

... i nie obyło się bez polityki, chociaż tego unikam jak tylko mogę.
Nie mam zamiaru rozpisywać się o niektórych pisarzach i ich postawach - szkoda mi na to czasu, miejsca na blogu i własnych nerwów...  po prostu pominę i książki i ich autorów... to chyba najlepsza ocena - skazanie na niebyt...

źródło zdjęcia

środa, 3 maja 2017

Święto z obrazem (104)

Ponownie świat dawnej Warszawy z czasów Konstytucji 3 Maja...

Canaletto "Ulica Miodowa"  (1777)

niedziela, 23 kwietnia 2017

Niedziela z obrazem (103) przy okazji święta książek

Marcin Jabłoński "Dziewczyna ze śniadaniem na tacy"

 galeria lwowska, Lwów

Jakimi drogami dochodzę do obrazów wstawianych w tym cyklu?
To różne drogi - jedne prowadzą do znanych mi i lubianych malarzy... inne pozwalają na coraz to nowe odkrycia i poznawanie nie tylko interesujących obrazów, ale równocześnie często niezwykłych życiorysów ich twórców... zawsze też szukam wiadomości o malarce/malarzu, których nazwiska pojawiają się w czytanych przeze mnie powieściach.

Mimo ogromnych zasobów internetu (pod tym względem doceniam to źródło), nadal pierwszeństwo u mnie mają książki... i tak już chyba pozostanie... To źródło najcenniejsze, mimo upływu czasu mającego podobny zły wpływ na ocenę wartości niektórych książek... źródło mające dziś swoje święto - Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich.

Szukając obrazu do dzisiejszego wpisu sięgnęłam po książkę (od dawna czekającą na swój czas) Krystyny Bockenheim "Przy polskim stole". To książka, do której bardzo lubię wracać. Pięknie wydana, zawiera wiele zdjęć będących wskazówkami do dalszych poszukiwań.
W niej znalazłam zdjęcie obrazu nieznanego mi wcześniej malarza.
Niewiele informacji o nim podają źródła internetowe, ale dobre i to.

Marcin Jabłoński (1801-1876) - malarz i litograf.
Kształcił się kopiując obrazy w galeriach Warszawy, Krakowa i Wiednia. W 1820 roku zamieszkał we Lwowie, gdzie wkrótce zdobył duże uznanie jako portrecista. Pracował również dla kościołów, szczególnie lwowskich, malując i odnawiając obrazy ołtarzowe i polichromie.
W 1848 roku otrzymał pozwolenie na prowadzenie zakładu litograficznego.
W czasie powstania styczniowego stracił żonę i dwóch synów (w 1863). W tym samym roku sprzedał zakład i wyjechał ze Lwowa - wykonywał prace restauratorskie w cerkwiach i kościołach. Do Lwowa powrócił na krótko przed śmiercią.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Święta z obrazem (102)

Dyngus w Lipcach...
"Zaś nazajutrz, w świąteczny poniedziałek, dzień się podnosił jeszcze jaśniejszy, barzej jeno skąpany w rosach i modrawych omgleniach, ale i barzej rozsłoneczniony i jakiś zgoła weselszy. Ptaki śpiewały rozgłośniej, a ciepły wiater przeganiał po drzewinach, że szemrały jakby pacierzem cichuśkim; ludzie zrywali się raźniej wywierając drzwi a okna, na świat Boży lecieli spojrzeć, na sady przytrząśnięte zielenią, na te nieobjęte ziemie zwiesną oprzędzone, całe rosami skrzące, w słońcu radosnym utopione, na pola, kaj już oziminy, wiatrem kolebane, niby płowe, pomarszczone wody ku chałupom spływały. 
   Myli się przed domami, przekrzyki się niesły wskroś sadów, kajś już dym walił z komina, konie rżały po stajniach, skrzypiały wierzeje, wodę czerpali ze stawu, bydło szło do picia, krzyczały gęsi, a kiej dzwony uderzyły i ogromne, niebosiężne głosy jęły huczeć i rozlewać się na wieś, na pola, na bory dalekie, wzmogły się jeszcze krzyki, a serca żywiej i weselej zabiły.

   Chłopaki już latały z sikawkami, sprawiając sobie śmigus, albo przyczajone za drzewami nad stawem, lały nie tylko przechodzących, ale każdego, kto ino na próg wyjrzał, że już nawet ściany były pomoczone i kałuże siwiły się pod domami.

   Zawrzały wszystkie drogi i obejścia, wrzaski, śmiechy, przegony narastały coraz barzej, bo i dzieuchy gziły się niezgorzej, lejąc się między sobą i ganiając po sadach, że zaś ich dużo było i dorosłych, to wnet dały radę chłopakom rozganiając ich na wszystkie strony, a tak się rozswawolili, że nawet Jaśka Przewrotnego, któren się z sikawką od gaszenia pożarów zaczajał na Nastkę, dopadły Balcerkówny, wodą zlały i jeszcze do stawu zepchnęły na pośmiewisko…
Ale ozgniewany za despekt, iż to dzieuchy górę nad nim wzięły, przyzwał w pomoc Pietrka Borynowego i tak się zmyślnie zasadzili na Nastkę, aż ją dostali w pazury i pod studnię zawlekli, a tak srodze spławili, jaże wniebogłosy wrzeszczała… Zaś potem, dobrawszy jeszcze Witka, Gulbasiaka i co starszych, chycili Marysię Balcerkównę i taką jej kąpiel sprawili, aż matka z kijem leciała na pomoc; przyparli też gdziesik Jagnę i tęgo utytłali, nawet Józce nie przepuszczając, choć się prosiła i z bekiem leciała na skargę do Hanki.

   — Skarży się, a rada, oczy się jej skrzą do figlów!

   — A i mnie zapowietrzone do żywej skóry dojęły! — użalała się wesoło Jagustynka wpadając do chałupy.
— Niby te obwiesie komu przepuszczają! — biadoliła Józka przewłócząc się w suche szmaty, ale mimo strachu wyszła potem na ganek, bo aż dudniało na drogach od przeganiań i wieś się trzęsła wrzaskami: chłopaki dziw nie oszalały z uciechy, chodzili całą hurmą, zaganiając, kto się napatoczył, pod sikawki, aż sołtys musiał rozganiać swawolników, bo nie sposób się było pokazać z chałupy."
                                                                                 Władysław St. Reymont "Chłopi", część III "Wiosna"

"Dyngus u ludu w Miechowskiem"
(ilustracja z Encyklopedii staropolskiej ilustrowanej Zygmunta Glogera)

niedziela, 2 kwietnia 2017

Niedziela z obrazem (101)

Atak wiosny... a nawet można powiedzieć atak lata -  to najbardziej pasujące określenia tego, co dzieje się w pogodzie w ostatnich dniach. A swoją drogą zawsze słyszymy o ataku zimy, a inne pory roku traktowane są łagodniej. Zima atakuje śniegiem, mrozem, zamiecią... to jest bardzo uciążliwe dla wielu ludzi, ale równie uciążliwe (a chyba groźniejsze dla życia) są tak szaleńcze i gwałtowne skoki temperatur. Ja osobiście zawsze wolę atak zimy, niż to ostatnie porażające słońce. Przyroda zwariowała i ulice zamieniły się w rozgrzane patelnie... a  na drzewach nie ma jeszcze liści dających latem zacienione miejsce ucieczki.
 
Zanim przyjdzie piękny (oby łagodniejszy) czas kwitnienia drzew i krzewów wybrałam dzisiaj obraz mniej przyrodniczy. Czy nagość modelki może wydać się nieprzyzwoita w kontekście niedzielnego tematu? O wiele bardziej obrzydliwe były dla mnie wczorajsze widoki w autobusie i w tramwaju - rozmemłane do maksimum niedomyte i rozczochrane osobniki płci obojga odstraszające również brzydotą ciała i wygniecionych ciuchów przypominających ścierki do podłogi. Jak bardzo odległe są czasy przyzwoitości stroju na ulicy! - niezależnie od pozycji społecznej ludzi. Nie do pomyślenia było to, co dziś staje się normą narzucaną przez dawniejszy margines. Gdyby w tramwajach i autobusach nadal pracowali konduktorzy pilnujący opłat, to wielu z tych gapowiczów po prostu nie wsiadłoby i nie narażało innych na niemiłe doznania estetyczne (o zapachowych nie wspominając).
 
Odcinam się od niemiłej coraz bardziej rzeczywistości oglądając obrazy... słuchając muzyki.
 
 Teodor Axentowicz „Wiosna” (1900)
 
 

środa, 29 marca 2017

Pisać każdy może - tym razem o książkach kucharskich

Napisałam sobie dłuuugi, mąąąądry (według mnie, oczywiście) post, ale sama go skasowałam przy okazji innego naciskania guziczkami. Taka jestem na siebie zła, że już nawet nie mam ochoty próbować go odtworzyć... już się nie uda. To właśnie jest kolejny przykład na przewagę słowa pisanego na papierze nad tymi wszystkimi wirtualnymi ułatwieniami, które tak często nam to pisanie utrudniają.

To może opowiem własnymi słowami o czym było.
A było o moim zbieractwie kulinarno-książkowym... o jego początkach.. o wykorzystaniu książek we własnej edukacji kuchennej młodej mężatki, nie mającej kompletnie pojęcia o gotowaniu w czasach realnego socjalizmu... o tym jak przymus nauki zmienił się w prawdziwą przyjemność... o tym ile i jakie mam książki na kuchennych półkach (na jednej się nie mieszczą)...  jak zmieniało się z czasem moje podejście do pojawiających się po roku 1989 książek kucharskich...
Tak mniej więcej streściłam.

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że nie jestem twórcza kulinarnie - jestem tylko odtwórcą przepisów w swojej kuchni. Nie mogę napisać o sobie jak niektóre blogerki "uwielbiam eksperymentować w kuchni" lub "tworzę własne przepisy". Oczywiście czytam takie opinie z przymrużeniem oka, bo szalenie bawią mnie te "autorskie przepisy" żywcem ściągnięte od innych. Nie mówię już jak bardzo śmieszą mnie takie teksty na blogaskach: "gotowanie jest moją pasją od wielu lat"... a autorka bloga ma tych lat 15, 16, 17. Jak widać pojęcie "wiele lat" też jest względne.

Od kilku lat staram się nie kupować nowych książek z kilku powodów:
- drastycznie musiałam zmienić dietę ze względów zdrowotnych i zapomnieć o tradycyjnej polskiej niezdrowej kuchni, której moje kubki smakowe nie chcą zapomnieć
- kosmiczne ceny tych wydawnictw odrzucają mnie już od witryn księgarskich
- zupełnie nie interesują mnie produkcje książkowe celebrytów, aktorek ze ścianki, czy innych osób z parciem na szkło. Nie mam ochoty nabijać nikomu kieszeni, kupując za ciężką kasę (której nie posiadam) książki, w której ktoś "się wyzewnętrznia kulinarnie". Czy dowiem się z takiej kolejnej książeczki czegoś nowego? Prawdopodobnie takie nowe dla mnie informacje w nich są, ale paradoksalnie na wstępie odrzuca mnie najczęściej osoba samej autorki (tworzą je głównie kobiety). Ktoś, kogo nie lubię jako osobę publiczną, nie jest w stanie zainteresować mnie swoimi wynurzeniami. 
A już szczególną alergię mam na wszelkiego rodzaju poradniki tworzone przez "gwiazdy" - dieta taka, dieta siaka, jak schudnąć, mój ogródek, jak się ubierać, jak się nie malować, filozofia paznokcia itd.

Wiem... nie jestem już grupą docelową (czyli jakimś tak targetem), bo tylko wśród młodych i bardzo młodych osób szukają wydawcy odbiorców tego towaru.

Wracając do moich półek - jednak nowe książki pojawiają się na nich... jako prezenty, a nawet wyjątkowo jako mój własny zakup.

Tak było z książką o kuchni podlaskiej... kupioną (o zgrozo!) w supermarkecie (ale nie z kosza, gdzie książki leżą stosami upchnięte jak kartofle).


Kupiłam ją wyłącznie ze względów sentymentalnych (po uprzednim dokładnim przejrzeniu).
Odnalazłam tu wspomnienia dzieciństwa (wakacje na wsi), ale przede wszystkim smaki kuchni mojej Mamy, pochodzącej z tamtych stron.
Takie potrawy gotowała Mama, przenosząc podlaską kuchnię do zadymionej Łodzi.

Książka jest pięknie i starannie wydana... należy do tych, które się wielokrotnie przegląda nie po to nawet, żeby skorzystać z przepisów, ale żeby powrócić do tamtych krajobrazów i wspomnień.


Postanowiłam rozszerzyć tematykę bloga o książki związane z kuchnią (w szeroki znaczeniu). A kuchnię podlaską wybrałam jako uzupełnienie niedawnego wpisu o powieści "Bluszcz sentymentalny", w której autorka również  zamieszcza kilka przepisów do wypróbowania.

wtorek, 28 marca 2017

Pajęczynka w stylu retro



Od wydawcy
"Klarysa Hailsham-Brown, młoda żona wysokiego urzędnika Ministerstwa Spraw Zagranicznych uwielbia płatać gościom figle, nic więc dziwnego, że gdy pewnego dnia wpada w prawdziwe kłopoty, nikt nie traktuje jej poważnie. Ostatecznie udaje jej się przekonać do nich trzej dżentelmenów o nieskazitelnej reputacji. Ulegają argumentom swej pechowej gospodyni i przystają na ryzykowny plan, w którym stawką jest kariera jej męża."

"Pajęczyna" jest adaptacją sztuki napisanej przez Agathę Christie i teatralny klimat odczuwa się w trakcie czytania dość mocno. Początkowo opowieść wydaje się nudna, ale akcja szybko wciąga czytelnika. Tak naprawdę to nie wiedziałam, czy traktować ją całkowicie poważnie, czy trochę na wesoło (jak kryminalne historyjki u Joanny Chmielewskiej).

Nie mniej jednak czyta się lekko i z przyjemnością, a niezbyt duża zawartość daje lekturę na jedno posiedzenie. Na przykład w pociągu...

poniedziałek, 27 marca 2017

Blogowo technicznie, czyli znikający obserwatorzy

Miało być o książkach, ale czasami trzeba dać ujście złości na maszyny.
Blogger chyba lubi co jakiś czas powkurzać nieco blogerów, żeby im się nie wydawało!
Myślą, że jak raz poustawiają sobie, to już mają spokój?!
Nie mam zwyczaju ciągłego kontrolowania jak tam wyglądają statystyki, albo ilu obserwatorów mi przybyło/ubyło, ewentualnie ile odsłon wczorajszego posta, a ile wczoraj wejść na bloga itd...
Nie mam na to czasu, a też nie jest to moim najważniejszym celem. Owszem, miło jest co jakiś czas spojrzeć ile osób odwiedziło bloga, ale nie należy wpadać w uzależnienie.

W ogóle staram się nie obwieszać bloga wieloma gadżetowymi zabaweczkami  (na przykład zegar, kalendarz, prognoza pogody, światowa mapa wejść, galerie własnych zdjęć  itd)... przede wszystkim dla własnej wygody. Mój stary komputer już ledwo zipie i czasami muli niemiłosiernie usiłując wgrać grafiki na niektórych "bogatych" blogach. Nieraz taka próba kończy się  totalnym zawieszeniem i koniecznością resetowania, co trwa kolejne minuty w żółwim tempie. Dodatkowo komputer wydaje przy tym takie jęki i zgrzyty, że czasami boję się nagłego rozsypania w gruzy.

Po takich kilku akcjach zaczęłam (z żalem, ale to konieczność)  wykreślać kolejne blogi z listy odwiedzanych. I tak nie mam możliwości czytania tekstu, skoro mój komputer odmawia współpracy.

To również dało mi wskazówkę do dalszego minimalizowania zawartości strony głównej tego bloga. Z tego powodu między innymi nie wstawiam swojej listy blogów, bo po prostu jest ich bardzo dużo. Już dawno założyłam sobie taki adresownik, w którym mam tematycznie pogrupowane listy około 300 blogów. Nie chcę zmuszać się do dokonywania wyboru i wstawiania tutaj tylko wybrane blogi. Skoro zapisałam sobie ich adresy, to znaczy, że mnie interesują i nie ma sensu dzielenie (może jeszcze na lepsze i gorsze?)

A dzisiaj nagle zauważyłam, że na moich blogach zniknął gadżet "Obserwatorzy". Wstawiłam go  ponownie, ale niestety... to teraz tylko pusta ramka. Bardzo mi szkoda... to jednak jest  pewnego rodzaju nitka porozumienia... nitka dwustronna, bo ja również mogłam zajrzeć do stron obserwatorów mojej. A teraz kicha!
Owszem , mam wybór! (hahaha) - albo wstawię przymusowo Obserwatorów z google+, albo nie będę miała tej funkcji w ogóle. A do google+ trzeba założyć konto, przed czym wzbraniam się od momentu jego pojawienia się, bo nie podoba mi się i nie chcę... Na razie jestem daleka od klasyka "nie chcem, ale muszem". A co dalej... zobaczymy...
Przy spadającej bardzo liczbie komentarzy (co wcale nie oznacza spadku odwiedzających), mam coraz mniej możliwości komunikowania się z czytelnikami bloga.

A 25 marca 2013 roku w ogrodzie kolejny świeży śnieg - zdjęcie zrobiłam zanim koty zostawiły na nim swoje ślady...






"Bluszcz prowincjonalny" - powrót...


W grudniowym poświątecznym czasie odpoczynku i wytchnienia (nie da się ukryć, że przygotowania świąteczne pozbawiają sił), chciałam lektury podbudowującej, ale nie będącej prymitywnym czytadłem. Te książki wywołują u mnie efekt odwrotny - zamiast poprawy nastroju pogarszają jak diabli.

W takich sytuacjach najlepiej sięgnąć po lekturę sprawdzoną... typu "kiedyś czytaliśmy, znamy, ale mało pamiętamy". Ja wybrałam swój podchoinkowy prezent, do którego obiecywałam sobie wrócić w tym poście. Kiedy spojrzałam na datę wydania książki, aż się zdziwiłam, że to już minęło kilka lat!

Teraz podeszłam do tej opowieści zupełnie inaczej... bez wspomnieniowego napięcia, bo to już zaliczyłam przy pierwszym czytaniu. 
Przyjęłam punkt widzenia matki głównej bohaterki, chociaż i z Anną mogłabym się utożsamić na płaszczyźnie rozumienia się kobiet, a nie na płaszczyźnie pokoleniowej. To daje zupełnie inny odbiór, bo nasze cierpienia z powodu śmierci, zdrady, inny traumatycznych doświadczeń wcale tak bardzo nie różnią się z powodu ilości lat, które przeżyłyśmy.

Dzięki takiemu nastawieniu udało mi się trochę powrócić do podlaskich klimatów, chociaż w dalszym ciągu pewne określenia są mi obce, a niektórych potraw nigdy u dziadków nie widziałam i nie jadłam. Przy okazji pojawiły się też pytania "czy i jak bardzo zmieniła się ta konkretna rodzinna wieś?"

A wracając do samej powieści... To ciekawie opowiedziana wcale nie łatwa historia głównej bohaterki, choć autorka nie skupia się tylko na niej. To powieść z niespodzianką, bo można było spodziewać się klasycznego schematu czytadeł (porzucona ucieka na wieś i tam znajduje nową miłość... albo jakoś tak), a tu wcale nie jest tak prosto... Do tego powieść napisana jest ładnym językiem... powiedziałabym, że to kulturalna narracja. Nie ma tu wulgaryzmów, które trafiają  się w innych współczesnych powieściach, a które mnie skutecznie do autorek zniechęcają. Bardzo nie lubię jak niby wykształcona bohaterka "na poziomie" (jak to się kiedyś mówiło) "rzuca mięsem" niczym prymityw z ulicy.

To także opowieść z przesłaniem - ciepła, nastrajająca optymizmem, z malowniczym tłem.
I tylko trochę smutna refleksja o relacjach międzyludzkich naszych czasów - łatwiej zrozumieć się dorosłym kobietom poprzez czytanie  blogowych wpisów, niż w szczerej rozmowie. A może właśnie lepiej i nie ma co się smucić? To tak, jakbyśmy przekazywały swoim córkom własne przemyślenia, nie narzucając im przymusu słuchania. A może wartość ma jedno i drugie? Bezpośrednia rozmowa, a czasami kontakt wirtualny...

To było moje pierwsze spotkanie z autorką, ale teraz nabrałam chęci na dalsze poznanie jej dorobku. Zobaczymy co się znajdzie w Bibliotece...


Prawie taki sam był dom moich dziadków... jedyna różnica to prawdziwa strzecha ze słomy

niedziela, 26 marca 2017

Niedziela z obrazem (100)

Meyer von Bremen "Strickendes lesendes Mädchen" (1863)


W czasie własnego "robótkowania" nie lubię ciszy... wyjątkiem jest towarzystwo przyrody - w ogrodzie lub na werandzie Leśnego Domu. Wtedy jednak też nie ma absolutnej ciszy, za to jest kojący nerwy głos natury.
W domu zawsze słucham radia (oczywiście muzyki, a nie propagandowego ględzenia politycznego) lub oglądam wybrane programy telewizyjne (najczęściej historyczne).
Posiadana od kilkudziesięciu lat umiejętność robienia na drutach pozwala na podzielność uwagi, ale jednak nie do tego stopnia, żeby jednocześnie czytać. Byłam zaskoczona, gdy o tym przeczytałam na drucianym forum... są dziewiarki, które nie patrzą na druty i mogą sobie swobodnie czytać. Podziwiam!

Okazuje się jednak, że to nie jest wynalazek  naszych czasów, o czym świadczy ten obrazek czytającej przy drutach dziewczynki. Jak widać robi ona skarpetkę na pięciu drutach, a tej sztuki ja nigdy nie opanowałam, choćbym nie wiem jak pilnie wpatrywała się w te cienkie i krótkie druty. Zawsze któryś i tak wyskoczy z przerabianych oczek.

środa, 22 marca 2017

Historia w filmowych pigułkach

Są różne drogi poznawania Historii - celowo użyłam wielkiej litery, bo w obecnych czasach byle jaka celebrycka awantura i pyskówka pojawia się w brukowych mediach jako "historia".
Można wybrać drogę opracowań naukowych (najczęściej napisanych nudnym językiem, chociaż coraz częściej zdarzają się wyjątki)... można czytać hasła w encyklopedii (prawie jak Nikodem Dyzma)... można oglądać filmy dokumentalne, które kanały historyczne emitują obecnie w ilościach nie do ogarnięcia przez jednego człowieka ...

Szczególnymi źródłami (zawsze z bardzo dużym marginesem niepewności co do wiarygodności) jest beletrystyka i film fabularny. W przypadku tych ostatnich źródeł myślący czytelnik musi brać pod uwagę dominację fikcji literackiej nad prawdą historyczną. Mieć świadomość, że nie wszystko co ogląda i o czym właśnie przeczytał musi być prawdą w stu procentach... że to tylko wizja twórcy - w mniejszym lub większym stopniu zgodna z rzeczywistością.
Jednak nie mamy innego wyjścia jak poznawanie Historii w sposób pośredni, bo przecież jeszcze nie wsiądziemy do wehikułu czasu i nie zafundujemy sobie filmowego Powrotu do przeszłości.

Ostatnio tak się złożyło, że oglądałam równolegle dwa seriale o sławnych kobietach "trzymających władzę". Obie produkcje to opowieści o drogach dochodzenia do władzy młodych kobiet - carycy i królowej, czyli serial BBC "Wiktoria" i serial produkcji rosyjskiej "Katarzyna Wielka".

Każdy z tych seriali zrobiony jest w inny sposób, charakterystyczny dla danej kinematografii - można powiedzieć, że każdy to inna bajka.
Gdybym jednak miała dokonać wyboru biorąc pod uwagę aspekty czysto filmowe, to wybieram rosyjski. 


Opowieść o Katarzynie jest żywa i dynamiczna, aktorzy stworzyli pełnokrwiste postaci z całą gamą wad i zalet, a filmowe kadry to pełne koloru obrazy z epoki. 


Serial angielski odbieram jako mdłe nudziarstwo, często w szaro-burych tonacjach. Gra aktorów dobrze odzwierciedla angielską powściągliwość, przysłowiową flegmę i sztywność, ale ja akurat nie należę do grona bezkrytycznych fanek dawnej angielszczyzny w literaturze i filmie. 

Obie produkcje mają jedną wspólną zaletę... wielki rozmach w scenografii, dekoracjach, strojach... pietyzm i drobiazgowość w każdym z setek szczegółów i detali.
I właśnie dla możliwości przeniesienia się dzięki  sceneriom tego rodzaju w dawne czasy oglądam takie filmy i seriale.

W przypadku obu seriali oglądam nie jako uzupełnienie, ale zamiast.
Moja lista książek do przeczytania jest coraz dłuższa, czasu coraz mniej, a posiadana wiedza o obu władczyniach aktualnie mi wystarczy. Nie będę (przynajmniej na razie) rozszerzać jej poprzez studiowanie kolejnych materiałów źródłowych, ani czytanie lekkich form powieściowych... chociaż w obu przypadkach powody są różne. Nie interesuje mnie aż tak bardzo historia Anglii; natomiast do postaci Katarzyny mam, jak wielu Polaków, niechętny stosunek (mówiąc oględnie) - wiadomo... takie zaszłości wspólnej historii.
źródło zdjęć