czwartek, 18 maja 2017

Pięć lat książkowego blogowania...


Pięć lat temu - 16 maja 2012 roku, założyłam bloga książkowego (jak ja go nazywam) pod nazwą "Notes czytelniczy". Później przeniosłam bloga pod nowy adres (ze względu na rozszerzenie tematyki).
W jednym z okienek umieściłam taką krótką informację:
" Nie piszę recenzji...
zapisuję w dowolnej formie swoje wrażenia i uwagi o książkach przeczytanych dawno i niedawno...
Moje opinie są subiektywne i nie muszą być zgodne ze zdaniem większości..."
Zakładając tego bloga miałam nieco inne oczekiwania w porównaniu z tym, co się "okazało w trakcie", chociaż nie byłam nowicjuszką (w blogosferze jestem od 2008 roku)... ale raczej nie ma sensu roztrząsanie problemu bardziej szczegółowo... (napisałam długi monolog na ten temat, ale po namyśle skasowałam).

Ostatnio piszę coraz rzadziej i coraz krócej... 
powody?...
brak czasu i zmęczenie życiowymi obowiązkami, ale głównie zniechęcenie jednostronnością kontaktów... w pewnym momencie poczułam się jak wydawca mało popularnej gazetki... czyli ja sobie piszę więcej lub mniej, poświęcam na to pewien czas, który mogłabym wykorzystać inaczej... robię to całkowicie bezinteresownie, z miłości do książek...
ludzie czytają (a w przypadku niektórych tekstów dotyczących szkolnych lektur wiadomo, że zrzynają  metodą kopiuj-wklej) i na tym koniec - jak z czytelnikami gazety. Ale nawet do gazety czytelnicy listy pisali. Jedyna różnica polega na tym, że nie mają możliwości wyrzucenia tej gazety do kosza, albo zużycia na podpałkę w piecu (o bardziej prymitywnym wykorzystaniu wolę nie wspominać).

Mogłabym znaleźć wytłumaczenie braku odzewu i coraz mniejszego zainteresowania blogiem, bo ja nie piszę o nowościach wydawniczych, w ogóle nie streszczam i nie recenzuję książek. A że głównie wyciągam jakieś starocie (nie zawsze tak łatwe do zdobycia), to nic dziwnego, że mało kogo to interesuje.
Gdyby to jeszcze był po prostu brak czytelników w ogóle... ale nie... statystyki odnotowują codzienną ilość odwiedzin (powiedzmy, że część z tego to boty).

Rozumiem jednak tendencję spadku zainteresowania blogami o książkach (zresztą to zawsze była dość niszowa kategoria), więc będę dalej tworzyć w tym miejscu sobie a muzom, z nadzieją, że czasami ktoś zajrzy i odezwie się...

Na początku ksiażkowego blogowania chciałam wspomnieć jak największą liczbę książek, które w swoim życiu przeczytałam.
Ale tu też dokonałam pewnych korekt.
Wprowadziłam kategorię "Przeczytane...", przeznaczoną dla książek o których nie napiszę zbyt wiele (przy niektórych tytułach to tylko notka od wydawcy). Znajdą się w niej głównie współczesne powieści obyczajowe - ile razy można pisać to samo "przewidywalne zakończenie, typowy schemat tzw. literatury kobiecej itd".

Ale są też książki ... i jest jest dość dużo, o których odechciało mi pisać w momencie poznawania kolejnych niechlubnych życiorysów niektórych pisarzy z okresu PRL-u. 
W tamtych czasach, nie znając szczegółów wszyscy wiedzieli, że bardzo trudno było zrobić karierę (niezależnie od zawodu), bez kariery partyjnej... o TW i niszczącym ludzi donosicielstwie dowiedzieliśmy dopiero po zmianach ustrojowych.
Nie oceniam motywów pewnych zachowań, ale dobrowolną współpracę - dla pieniędzy i dla kariery oceniam jednoznacznie... 

... i nie obyło się bez polityki, chociaż tego unikam jak tylko mogę.
Nie mam zamiaru rozpisywać się o niektórych pisarzach i ich postawach - szkoda mi na to czasu, miejsca na blogu i własnych nerwów...  po prostu pominę i książki i ich autorów... to chyba najlepsza ocena - skazanie na niebyt...

źródło zdjęcia

środa, 3 maja 2017

Święto z obrazem (104)

Ponownie świat dawnej Warszawy z czasów Konstytucji 3 Maja...

Canaletto "Ulica Miodowa"  (1777)

niedziela, 23 kwietnia 2017

Niedziela z obrazem (103) przy okazji święta książek

Marcin Jabłoński "Dziewczyna ze śniadaniem na tacy"

 galeria lwowska, Lwów

Jakimi drogami dochodzę do obrazów wstawianych w tym cyklu?
To różne drogi - jedne prowadzą do znanych mi i lubianych malarzy... inne pozwalają na coraz to nowe odkrycia i poznawanie nie tylko interesujących obrazów, ale równocześnie często niezwykłych życiorysów ich twórców... zawsze też szukam wiadomości o malarce/malarzu, których nazwiska pojawiają się w czytanych przeze mnie powieściach.

Mimo ogromnych zasobów internetu (pod tym względem doceniam to źródło), nadal pierwszeństwo u mnie mają książki... i tak już chyba pozostanie... To źródło najcenniejsze, mimo upływu czasu mającego podobny zły wpływ na ocenę wartości niektórych książek... źródło mające dziś swoje święto - Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich.

Szukając obrazu do dzisiejszego wpisu sięgnęłam po książkę (od dawna czekającą na swój czas) Krystyny Bockenheim "Przy polskim stole". To książka, do której bardzo lubię wracać. Pięknie wydana, zawiera wiele zdjęć będących wskazówkami do dalszych poszukiwań.
W niej znalazłam zdjęcie obrazu nieznanego mi wcześniej malarza.
Niewiele informacji o nim podają źródła internetowe, ale dobre i to.

Marcin Jabłoński (1801-1876) - malarz i litograf.
Kształcił się kopiując obrazy w galeriach Warszawy, Krakowa i Wiednia. W 1820 roku zamieszkał we Lwowie, gdzie wkrótce zdobył duże uznanie jako portrecista. Pracował również dla kościołów, szczególnie lwowskich, malując i odnawiając obrazy ołtarzowe i polichromie.
W 1848 roku otrzymał pozwolenie na prowadzenie zakładu litograficznego.
W czasie powstania styczniowego stracił żonę i dwóch synów (w 1863). W tym samym roku sprzedał zakład i wyjechał ze Lwowa - wykonywał prace restauratorskie w cerkwiach i kościołach. Do Lwowa powrócił na krótko przed śmiercią.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Święta z obrazem (102)

Dyngus w Lipcach...
"Zaś nazajutrz, w świąteczny poniedziałek, dzień się podnosił jeszcze jaśniejszy, barzej jeno skąpany w rosach i modrawych omgleniach, ale i barzej rozsłoneczniony i jakiś zgoła weselszy. Ptaki śpiewały rozgłośniej, a ciepły wiater przeganiał po drzewinach, że szemrały jakby pacierzem cichuśkim; ludzie zrywali się raźniej wywierając drzwi a okna, na świat Boży lecieli spojrzeć, na sady przytrząśnięte zielenią, na te nieobjęte ziemie zwiesną oprzędzone, całe rosami skrzące, w słońcu radosnym utopione, na pola, kaj już oziminy, wiatrem kolebane, niby płowe, pomarszczone wody ku chałupom spływały. 
   Myli się przed domami, przekrzyki się niesły wskroś sadów, kajś już dym walił z komina, konie rżały po stajniach, skrzypiały wierzeje, wodę czerpali ze stawu, bydło szło do picia, krzyczały gęsi, a kiej dzwony uderzyły i ogromne, niebosiężne głosy jęły huczeć i rozlewać się na wieś, na pola, na bory dalekie, wzmogły się jeszcze krzyki, a serca żywiej i weselej zabiły.

   Chłopaki już latały z sikawkami, sprawiając sobie śmigus, albo przyczajone za drzewami nad stawem, lały nie tylko przechodzących, ale każdego, kto ino na próg wyjrzał, że już nawet ściany były pomoczone i kałuże siwiły się pod domami.

   Zawrzały wszystkie drogi i obejścia, wrzaski, śmiechy, przegony narastały coraz barzej, bo i dzieuchy gziły się niezgorzej, lejąc się między sobą i ganiając po sadach, że zaś ich dużo było i dorosłych, to wnet dały radę chłopakom rozganiając ich na wszystkie strony, a tak się rozswawolili, że nawet Jaśka Przewrotnego, któren się z sikawką od gaszenia pożarów zaczajał na Nastkę, dopadły Balcerkówny, wodą zlały i jeszcze do stawu zepchnęły na pośmiewisko…
Ale ozgniewany za despekt, iż to dzieuchy górę nad nim wzięły, przyzwał w pomoc Pietrka Borynowego i tak się zmyślnie zasadzili na Nastkę, aż ją dostali w pazury i pod studnię zawlekli, a tak srodze spławili, jaże wniebogłosy wrzeszczała… Zaś potem, dobrawszy jeszcze Witka, Gulbasiaka i co starszych, chycili Marysię Balcerkównę i taką jej kąpiel sprawili, aż matka z kijem leciała na pomoc; przyparli też gdziesik Jagnę i tęgo utytłali, nawet Józce nie przepuszczając, choć się prosiła i z bekiem leciała na skargę do Hanki.

   — Skarży się, a rada, oczy się jej skrzą do figlów!

   — A i mnie zapowietrzone do żywej skóry dojęły! — użalała się wesoło Jagustynka wpadając do chałupy.
— Niby te obwiesie komu przepuszczają! — biadoliła Józka przewłócząc się w suche szmaty, ale mimo strachu wyszła potem na ganek, bo aż dudniało na drogach od przeganiań i wieś się trzęsła wrzaskami: chłopaki dziw nie oszalały z uciechy, chodzili całą hurmą, zaganiając, kto się napatoczył, pod sikawki, aż sołtys musiał rozganiać swawolników, bo nie sposób się było pokazać z chałupy."
                                                                                 Władysław St. Reymont "Chłopi", część III "Wiosna"

"Dyngus u ludu w Miechowskiem"
(ilustracja z Encyklopedii staropolskiej ilustrowanej Zygmunta Glogera)

niedziela, 2 kwietnia 2017

Niedziela z obrazem (101)

Atak wiosny... a nawet można powiedzieć atak lata -  to najbardziej pasujące określenia tego, co dzieje się w pogodzie w ostatnich dniach. A swoją drogą zawsze słyszymy o ataku zimy, a inne pory roku traktowane są łagodniej. Zima atakuje śniegiem, mrozem, zamiecią... to jest bardzo uciążliwe dla wielu ludzi, ale równie uciążliwe (a chyba groźniejsze dla życia) są tak szaleńcze i gwałtowne skoki temperatur. Ja osobiście zawsze wolę atak zimy, niż to ostatnie porażające słońce. Przyroda zwariowała i ulice zamieniły się w rozgrzane patelnie... a  na drzewach nie ma jeszcze liści dających latem zacienione miejsce ucieczki.
 
Zanim przyjdzie piękny (oby łagodniejszy) czas kwitnienia drzew i krzewów wybrałam dzisiaj obraz mniej przyrodniczy. Czy nagość modelki może wydać się nieprzyzwoita w kontekście niedzielnego tematu? O wiele bardziej obrzydliwe były dla mnie wczorajsze widoki w autobusie i w tramwaju - rozmemłane do maksimum niedomyte i rozczochrane osobniki płci obojga odstraszające również brzydotą ciała i wygniecionych ciuchów przypominających ścierki do podłogi. Jak bardzo odległe są czasy przyzwoitości stroju na ulicy! - niezależnie od pozycji społecznej ludzi. Nie do pomyślenia było to, co dziś staje się normą narzucaną przez dawniejszy margines. Gdyby w tramwajach i autobusach nadal pracowali konduktorzy pilnujący opłat, to wielu z tych gapowiczów po prostu nie wsiadłoby i nie narażało innych na niemiłe doznania estetyczne (o zapachowych nie wspominając).
 
Odcinam się od niemiłej coraz bardziej rzeczywistości oglądając obrazy... słuchając muzyki.
 
 Teodor Axentowicz „Wiosna” (1900)
 
 

środa, 29 marca 2017

Pisać każdy może - tym razem o książkach kucharskich

Napisałam sobie dłuuugi, mąąąądry (według mnie, oczywiście) post, ale sama go skasowałam przy okazji innego naciskania guziczkami. Taka jestem na siebie zła, że już nawet nie mam ochoty próbować go odtworzyć... już się nie uda. To właśnie jest kolejny przykład na przewagę słowa pisanego na papierze nad tymi wszystkimi wirtualnymi ułatwieniami, które tak często nam to pisanie utrudniają.

To może opowiem własnymi słowami o czym było.
A było o moim zbieractwie kulinarno-książkowym... o jego początkach.. o wykorzystaniu książek we własnej edukacji kuchennej młodej mężatki, nie mającej kompletnie pojęcia o gotowaniu w czasach realnego socjalizmu... o tym jak przymus nauki zmienił się w prawdziwą przyjemność... o tym ile i jakie mam książki na kuchennych półkach (na jednej się nie mieszczą)...  jak zmieniało się z czasem moje podejście do pojawiających się po roku 1989 książek kucharskich...
Tak mniej więcej streściłam.

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że nie jestem twórcza kulinarnie - jestem tylko odtwórcą przepisów w swojej kuchni. Nie mogę napisać o sobie jak niektóre blogerki "uwielbiam eksperymentować w kuchni" lub "tworzę własne przepisy". Oczywiście czytam takie opinie z przymrużeniem oka, bo szalenie bawią mnie te "autorskie przepisy" żywcem ściągnięte od innych. Nie mówię już jak bardzo śmieszą mnie takie teksty na blogaskach: "gotowanie jest moją pasją od wielu lat"... a autorka bloga ma tych lat 15, 16, 17. Jak widać pojęcie "wiele lat" też jest względne.

Od kilku lat staram się nie kupować nowych książek z kilku powodów:
- drastycznie musiałam zmienić dietę ze względów zdrowotnych i zapomnieć o tradycyjnej polskiej niezdrowej kuchni, której moje kubki smakowe nie chcą zapomnieć
- kosmiczne ceny tych wydawnictw odrzucają mnie już od witryn księgarskich
- zupełnie nie interesują mnie produkcje książkowe celebrytów, aktorek ze ścianki, czy innych osób z parciem na szkło. Nie mam ochoty nabijać nikomu kieszeni, kupując za ciężką kasę (której nie posiadam) książki, w której ktoś "się wyzewnętrznia kulinarnie". Czy dowiem się z takiej kolejnej książeczki czegoś nowego? Prawdopodobnie takie nowe dla mnie informacje w nich są, ale paradoksalnie na wstępie odrzuca mnie najczęściej osoba samej autorki (tworzą je głównie kobiety). Ktoś, kogo nie lubię jako osobę publiczną, nie jest w stanie zainteresować mnie swoimi wynurzeniami. 
A już szczególną alergię mam na wszelkiego rodzaju poradniki tworzone przez "gwiazdy" - dieta taka, dieta siaka, jak schudnąć, mój ogródek, jak się ubierać, jak się nie malować, filozofia paznokcia itd.

Wiem... nie jestem już grupą docelową (czyli jakimś tak targetem), bo tylko wśród młodych i bardzo młodych osób szukają wydawcy odbiorców tego towaru.

Wracając do moich półek - jednak nowe książki pojawiają się na nich... jako prezenty, a nawet wyjątkowo jako mój własny zakup.

Tak było z książką o kuchni podlaskiej... kupioną (o zgrozo!) w supermarkecie (ale nie z kosza, gdzie książki leżą stosami upchnięte jak kartofle).


Kupiłam ją wyłącznie ze względów sentymentalnych (po uprzednim dokładnim przejrzeniu).
Odnalazłam tu wspomnienia dzieciństwa (wakacje na wsi), ale przede wszystkim smaki kuchni mojej Mamy, pochodzącej z tamtych stron.
Takie potrawy gotowała Mama, przenosząc podlaską kuchnię do zadymionej Łodzi.

Książka jest pięknie i starannie wydana... należy do tych, które się wielokrotnie przegląda nie po to nawet, żeby skorzystać z przepisów, ale żeby powrócić do tamtych krajobrazów i wspomnień.


Postanowiłam rozszerzyć tematykę bloga o książki związane z kuchnią (w szeroki znaczeniu). A kuchnię podlaską wybrałam jako uzupełnienie niedawnego wpisu o powieści "Bluszcz sentymentalny", w której autorka również  zamieszcza kilka przepisów do wypróbowania.

wtorek, 28 marca 2017

Pajęczynka w stylu retro



Od wydawcy
"Klarysa Hailsham-Brown, młoda żona wysokiego urzędnika Ministerstwa Spraw Zagranicznych uwielbia płatać gościom figle, nic więc dziwnego, że gdy pewnego dnia wpada w prawdziwe kłopoty, nikt nie traktuje jej poważnie. Ostatecznie udaje jej się przekonać do nich trzej dżentelmenów o nieskazitelnej reputacji. Ulegają argumentom swej pechowej gospodyni i przystają na ryzykowny plan, w którym stawką jest kariera jej męża."

"Pajęczyna" jest adaptacją sztuki napisanej przez Agathę Christie i teatralny klimat odczuwa się w trakcie czytania dość mocno. Początkowo opowieść wydaje się nudna, ale akcja szybko wciąga czytelnika. Tak naprawdę to nie wiedziałam, czy traktować ją całkowicie poważnie, czy trochę na wesoło (jak kryminalne historyjki u Joanny Chmielewskiej).

Nie mniej jednak czyta się lekko i z przyjemnością, a niezbyt duża zawartość daje lekturę na jedno posiedzenie. Na przykład w pociągu...

poniedziałek, 27 marca 2017

Blogowo technicznie, czyli znikający obserwatorzy

Miało być o książkach, ale czasami trzeba dać ujście złości na maszyny.
Blogger chyba lubi co jakiś czas powkurzać nieco blogerów, żeby im się nie wydawało!
Myślą, że jak raz poustawiają sobie, to już mają spokój?!
Nie mam zwyczaju ciągłego kontrolowania jak tam wyglądają statystyki, albo ilu obserwatorów mi przybyło/ubyło, ewentualnie ile odsłon wczorajszego posta, a ile wczoraj wejść na bloga itd...
Nie mam na to czasu, a też nie jest to moim najważniejszym celem. Owszem, miło jest co jakiś czas spojrzeć ile osób odwiedziło bloga, ale nie należy wpadać w uzależnienie.

W ogóle staram się nie obwieszać bloga wieloma gadżetowymi zabaweczkami  (na przykład zegar, kalendarz, prognoza pogody, światowa mapa wejść, galerie własnych zdjęć  itd)... przede wszystkim dla własnej wygody. Mój stary komputer już ledwo zipie i czasami muli niemiłosiernie usiłując wgrać grafiki na niektórych "bogatych" blogach. Nieraz taka próba kończy się  totalnym zawieszeniem i koniecznością resetowania, co trwa kolejne minuty w żółwim tempie. Dodatkowo komputer wydaje przy tym takie jęki i zgrzyty, że czasami boję się nagłego rozsypania w gruzy.

Po takich kilku akcjach zaczęłam (z żalem, ale to konieczność)  wykreślać kolejne blogi z listy odwiedzanych. I tak nie mam możliwości czytania tekstu, skoro mój komputer odmawia współpracy.

To również dało mi wskazówkę do dalszego minimalizowania zawartości strony głównej tego bloga. Z tego powodu między innymi nie wstawiam swojej listy blogów, bo po prostu jest ich bardzo dużo. Już dawno założyłam sobie taki adresownik, w którym mam tematycznie pogrupowane listy około 300 blogów. Nie chcę zmuszać się do dokonywania wyboru i wstawiania tutaj tylko wybrane blogi. Skoro zapisałam sobie ich adresy, to znaczy, że mnie interesują i nie ma sensu dzielenie (może jeszcze na lepsze i gorsze?)

A dzisiaj nagle zauważyłam, że na moich blogach zniknął gadżet "Obserwatorzy". Wstawiłam go  ponownie, ale niestety... to teraz tylko pusta ramka. Bardzo mi szkoda... to jednak jest  pewnego rodzaju nitka porozumienia... nitka dwustronna, bo ja również mogłam zajrzeć do stron obserwatorów mojej. A teraz kicha!
Owszem , mam wybór! (hahaha) - albo wstawię przymusowo Obserwatorów z google+, albo nie będę miała tej funkcji w ogóle. A do google+ trzeba założyć konto, przed czym wzbraniam się od momentu jego pojawienia się, bo nie podoba mi się i nie chcę... Na razie jestem daleka od klasyka "nie chcem, ale muszem". A co dalej... zobaczymy...
Przy spadającej bardzo liczbie komentarzy (co wcale nie oznacza spadku odwiedzających), mam coraz mniej możliwości komunikowania się z czytelnikami bloga.

A 25 marca 2013 roku w ogrodzie kolejny świeży śnieg - zdjęcie zrobiłam zanim koty zostawiły na nim swoje ślady...






"Bluszcz prowincjonalny" - powrót...


W grudniowym poświątecznym czasie odpoczynku i wytchnienia (nie da się ukryć, że przygotowania świąteczne pozbawiają sił), chciałam lektury podbudowującej, ale nie będącej prymitywnym czytadłem. Te książki wywołują u mnie efekt odwrotny - zamiast poprawy nastroju pogarszają jak diabli.

W takich sytuacjach najlepiej sięgnąć po lekturę sprawdzoną... typu "kiedyś czytaliśmy, znamy, ale mało pamiętamy". Ja wybrałam swój podchoinkowy prezent, do którego obiecywałam sobie wrócić w tym poście. Kiedy spojrzałam na datę wydania książki, aż się zdziwiłam, że to już minęło kilka lat!

Teraz podeszłam do tej opowieści zupełnie inaczej... bez wspomnieniowego napięcia, bo to już zaliczyłam przy pierwszym czytaniu. 
Przyjęłam punkt widzenia matki głównej bohaterki, chociaż i z Anną mogłabym się utożsamić na płaszczyźnie rozumienia się kobiet, a nie na płaszczyźnie pokoleniowej. To daje zupełnie inny odbiór, bo nasze cierpienia z powodu śmierci, zdrady, inny traumatycznych doświadczeń wcale tak bardzo nie różnią się z powodu ilości lat, które przeżyłyśmy.

Dzięki takiemu nastawieniu udało mi się trochę powrócić do podlaskich klimatów, chociaż w dalszym ciągu pewne określenia są mi obce, a niektórych potraw nigdy u dziadków nie widziałam i nie jadłam. Przy okazji pojawiły się też pytania "czy i jak bardzo zmieniła się ta konkretna rodzinna wieś?"

A wracając do samej powieści... To ciekawie opowiedziana wcale nie łatwa historia głównej bohaterki, choć autorka nie skupia się tylko na niej. To powieść z niespodzianką, bo można było spodziewać się klasycznego schematu czytadeł (porzucona ucieka na wieś i tam znajduje nową miłość... albo jakoś tak), a tu wcale nie jest tak prosto... Do tego powieść napisana jest ładnym językiem... powiedziałabym, że to kulturalna narracja. Nie ma tu wulgaryzmów, które trafiają  się w innych współczesnych powieściach, a które mnie skutecznie do autorek zniechęcają. Bardzo nie lubię jak niby wykształcona bohaterka "na poziomie" (jak to się kiedyś mówiło) "rzuca mięsem" niczym prymityw z ulicy.

To także opowieść z przesłaniem - ciepła, nastrajająca optymizmem, z malowniczym tłem.
I tylko trochę smutna refleksja o relacjach międzyludzkich naszych czasów - łatwiej zrozumieć się dorosłym kobietom poprzez czytanie  blogowych wpisów, niż w szczerej rozmowie. A może właśnie lepiej i nie ma co się smucić? To tak, jakbyśmy przekazywały swoim córkom własne przemyślenia, nie narzucając im przymusu słuchania. A może wartość ma jedno i drugie? Bezpośrednia rozmowa, a czasami kontakt wirtualny...

To było moje pierwsze spotkanie z autorką, ale teraz nabrałam chęci na dalsze poznanie jej dorobku. Zobaczymy co się znajdzie w Bibliotece...


Prawie taki sam był dom moich dziadków... jedyna różnica to prawdziwa strzecha ze słomy

niedziela, 26 marca 2017

Niedziela z obrazem (100)

Meyer von Bremen "Strickendes lesendes Mädchen" (1863)


W czasie własnego "robótkowania" nie lubię ciszy... wyjątkiem jest towarzystwo przyrody - w ogrodzie lub na werandzie Leśnego Domu. Wtedy jednak też nie ma absolutnej ciszy, za to jest kojący nerwy głos natury.
W domu zawsze słucham radia (oczywiście muzyki, a nie propagandowego ględzenia politycznego) lub oglądam wybrane programy telewizyjne (najczęściej historyczne).
Posiadana od kilkudziesięciu lat umiejętność robienia na drutach pozwala na podzielność uwagi, ale jednak nie do tego stopnia, żeby jednocześnie czytać. Byłam zaskoczona, gdy o tym przeczytałam na drucianym forum... są dziewiarki, które nie patrzą na druty i mogą sobie swobodnie czytać. Podziwiam!

Okazuje się jednak, że to nie jest wynalazek  naszych czasów, o czym świadczy ten obrazek czytającej przy drutach dziewczynki. Jak widać robi ona skarpetkę na pięciu drutach, a tej sztuki ja nigdy nie opanowałam, choćbym nie wiem jak pilnie wpatrywała się w te cienkie i krótkie druty. Zawsze któryś i tak wyskoczy z przerabianych oczek.

środa, 22 marca 2017

Historia w filmowych pigułkach

Są różne drogi poznawania Historii - celowo użyłam wielkiej litery, bo w obecnych czasach byle jaka celebrycka awantura i pyskówka pojawia się w brukowych mediach jako "historia".
Można wybrać drogę opracowań naukowych (najczęściej napisanych nudnym językiem, chociaż coraz częściej zdarzają się wyjątki)... można czytać hasła w encyklopedii (prawie jak Nikodem Dyzma)... można oglądać filmy dokumentalne, które kanały historyczne emitują obecnie w ilościach nie do ogarnięcia przez jednego człowieka ...

Szczególnymi źródłami (zawsze z bardzo dużym marginesem niepewności co do wiarygodności) jest beletrystyka i film fabularny. W przypadku tych ostatnich źródeł myślący czytelnik musi brać pod uwagę dominację fikcji literackiej nad prawdą historyczną. Mieć świadomość, że nie wszystko co ogląda i o czym właśnie przeczytał musi być prawdą w stu procentach... że to tylko wizja twórcy - w mniejszym lub większym stopniu zgodna z rzeczywistością.
Jednak nie mamy innego wyjścia jak poznawanie Historii w sposób pośredni, bo przecież jeszcze nie wsiądziemy do wehikułu czasu i nie zafundujemy sobie filmowego Powrotu do przeszłości.

Ostatnio tak się złożyło, że oglądałam równolegle dwa seriale o sławnych kobietach "trzymających władzę". Obie produkcje to opowieści o drogach dochodzenia do władzy młodych kobiet - carycy i królowej, czyli serial BBC "Wiktoria" i serial produkcji rosyjskiej "Katarzyna Wielka".

Każdy z tych seriali zrobiony jest w inny sposób, charakterystyczny dla danej kinematografii - można powiedzieć, że każdy to inna bajka.
Gdybym jednak miała dokonać wyboru biorąc pod uwagę aspekty czysto filmowe, to wybieram rosyjski. 


Opowieść o Katarzynie jest żywa i dynamiczna, aktorzy stworzyli pełnokrwiste postaci z całą gamą wad i zalet, a filmowe kadry to pełne koloru obrazy z epoki. 


Serial angielski odbieram jako mdłe nudziarstwo, często w szaro-burych tonacjach. Gra aktorów dobrze odzwierciedla angielską powściągliwość, przysłowiową flegmę i sztywność, ale ja akurat nie należę do grona bezkrytycznych fanek dawnej angielszczyzny w literaturze i filmie. 

Obie produkcje mają jedną wspólną zaletę... wielki rozmach w scenografii, dekoracjach, strojach... pietyzm i drobiazgowość w każdym z setek szczegółów i detali.
I właśnie dla możliwości przeniesienia się dzięki  sceneriom tego rodzaju w dawne czasy oglądam takie filmy i seriale.

W przypadku obu seriali oglądam nie jako uzupełnienie, ale zamiast.
Moja lista książek do przeczytania jest coraz dłuższa, czasu coraz mniej, a posiadana wiedza o obu władczyniach aktualnie mi wystarczy. Nie będę (przynajmniej na razie) rozszerzać jej poprzez studiowanie kolejnych materiałów źródłowych, ani czytanie lekkich form powieściowych... chociaż w obu przypadkach powody są różne. Nie interesuje mnie aż tak bardzo historia Anglii; natomiast do postaci Katarzyny mam, jak wielu Polaków, niechętny stosunek (mówiąc oględnie) - wiadomo... takie zaszłości wspólnej historii.
źródło zdjęć

wtorek, 21 marca 2017

Światowy Dzień Poezji

Światowy Dzień Poezji – obchodzony corocznie 21 marca od jesieni 1999 roku (ustanowiony przez UNESCO).  Celem tego dnia jest promocja czytania, pisania, publikowania i nauczania poezji na całym świecie.

Od czasu prowadzenia tego bloga zwracam większą uwagę na wszelkie tzw. "dni" (szczególnie związane z literaturą, językiem ojczystym, kulturą).
I co się okazuje po zastanowieniu? 
Przy każdej poetyckiej okazji widzę, że już wcale nie sięgam po wiersze bez okazji... tak jak to kiedyś bywało, szczególnie w czasach nastoletnich i studenckich. Pomijam tu cały okres pracy zawodowej, bo wtedy to były wiersze dla dzieci. Podobnie jak te czytane własnemu dziecku..

Czy może być pocieszeniem fakt, że zmieniające się oblicze literatury zepchnęło poezję na gorsze miejsce, które kiedyś zajmowała powieść? Jeszcze w końcu XIX wieku młode bohaterki Lucy Maud Montgomery miały zakaz czytania utworów innych niż wiersz... poezja królowała na salonach, w wieczorkach literackich i koncertach muzyczno-poetyckich dla publiczności...

W szkole poznawaliśmy dorobek wielkich poetów, a do znudzenia wałkowane na wszelkiej maści akademiach ku czci wiersze polityczne mocno obrzydziły poezję wielu młodym ludziom... 
a dziś?

Nie wiem, ile osób czyta wiersze w domowym zaciszu, a już kompletnie nie mam rozeznania jak wygląda współczesna poezja. W pewnym momencie przestałam się tym interesować, a na moich półkach kurzy się co niewielki zbiorek poetyckich tomików. A teraz jestem na etapie większego zainteresowania życiorysami poetów, pisarzy, malarzy, kompozytorów niż ich dorobkiem.  Szczególnie dotyczy to właśnie poetów.

Zastanawiałam się, czy wybrać do tego wpisu wiersz z dawnych czasów, czy poszukać czegoś zupełnie nowego, współczesnego.
Skoro jednak mój blog to Inny czas sięgam do poezji ulubionego poety Adama Asnyka.
I teraz dopiero skojarzyłam jak mój nick (wybrany przecież nie przy okazji poetyckiej) jest podobny do używanego przez Asnyka pseudonimu: El...y
Podświadomość jakaś?


Dzieje piosenki

Narodziła się w duszy poety
                     W łez mroku,
Wywołana miłością kobiety,
Jako tęcza na marzeń obłoku;
Śpiewnych dźwięków odziana sukienką,
Drgnieniem serca dobyta z nicości,
Przyszła na świat naiwną piosenką
                     Miłości.

Upajała melodyjnym tchnieniem
                     Pierś młodą
I nad starców rozwianym marzeniem
Słodkich wspomnień jaśniała pogodą;
Wzgórza brzmiały jej rozkosznym echem,
Przedrzeźniali ją faunowie leśni,
Płoche nimfy wtórzyły z uśmiechem
                     Tej pieśni.

Przeszły wieki świeżości młodzieńczej
                     I krasy -
Nikt się teraz różami nie wieńczy,
Wchodząc z troską codzienną w zapasy;
Nie słuchają już nimfy na łące
I nie wtórzą piosnkom w wieczór letni;
Zagłuszyły dziś burze huczące
                     Głos fletni.

Jednak pieśń ta, starodawna, grecka,
                     Wciąż wraca!
Nieśmiertelnym swym uśmiechem dziecka
Chmurne niebo nad ziemią wyzłaca,
Wraca z każdą serc i wieków wiosną,
Pełna dziwnej, niespożytej siły
I roztacza wkoło woń miłosną
                     Z mogiły.

20 listopad 1878 



Jacek Malczewski - Portret Adama Asnyka z Muzą (1895–97)  


poniedziałek, 20 marca 2017

Zakurzone emocje, czyli "Świadek oskarżenia" Agathy Christie

Parapsychologia, spirytyzm, duchy, zjawy, tajemnicze Cyganki... to klimaty zbioru opowiadań, które mnie tak znudziły, że nie doczytałam do końca. Nigdy nie należałam do miłośników historii o duchach i straszydłach, w gatunku tych z dawnej piosenki dla dzieci "bo my lubimy się bać".
Jeszcze pierwsze (tytułowe) opowiadanie przeczytałam z zainteresowaniem. Ale już z każdym następnym było coraz gorzej. Szczególnie mało ciekawe są dla mnie "wykłady specjalistów" związane z ich specjalnościami, wstawione w rozmowy bohaterów.

Ta lektura mnie rozczarowała..., tym bardziej, że nie spodziewałam się tego typu prozy  u królowej kryminału. Wypożyczam książki najczęściej "w ciemno" - staram się nie czytać wcześniej żadnych recenzji ani opinii. I stąd takie wpadki.

piątek, 17 marca 2017

Świat dawnych reklam (7)

Coś na aktualną pogodę... a reklama z 1910 roku



czasami, gdy na naszych byle jak sprzątanych ulicach nie można ominąć kałuż śniegowego błota i lodu, myślę "dlaczego takie kalosze zniknęły?"... Nie jestem aż tak wiekowa, że mogłam je używać, ale pamiętam z dawno oglądanego polskiego filmu "Kalosze szczęścia" (1958)


chociaż jest nadzieja, że wrócą - wystarczy, że pojawi się jedna seria (im bardziej zwariowane wzornictwo, tym lepiej) plus jakaś celebrycka reklama.


czwartek, 16 marca 2017

"Kaprysik" - dobry na kolejkowy czas

To mój pierwszy kontakt ze słowem pisanym Mariusza Szczygła. Dotychczas miałam okazję tylko słuchać jego wypowiedzi w radio i telewizji. Czytanie tego zbiorku trwało dość długo, bo etapowo - w kolejkach do lekarzy. 
Od czasu, gdy posiadam czytnik nie targam już ciężkich książek, ale lekką zabaweczkę. A na co dzień mało korzystam z tego mojego prezentu od rodziny, bo mąż zawłaszczył i ciągle muszę go szukać. 
Dzięki e-czytaniu ominęło mnie "szczęście" kontaktu z tymi okładkowymi różowościami w nadmiarze, chociaż kolor różowy bardzo lubię. Tutaj mi jednak nie pasował i nie dam się przekonać, że to taka kobieca książeczka, więc jak najbardziej... itd.



Zdjęcie okładki pochodzi z portalu Lubimy czytać

"Kaprysik" to zbiór mini-reportaży/ felietonów/powiastek (trudno mi wybrać odpowiedni gatunek) dający wbrew pozorom bardzo dużo do myślenia.
Każda z tych historii  to niezwykły materiał na wcale obszerną powieść lub film (albo jedno i drugie).

Najwięcej refleksji wywołała u mnie pierwsza w tym zbiorku historia kobiety, która zapisała codzienność swojego życia na kartkach kilkuset szkolnych zeszytów. Być może dlatego, że pamiętam telewizyjną informację o odnalezieniu tych zeszytów po śmierci autorki zapisków.
A dlatego również, że niedawno sama doszłam do podobnego wniosku, ale ... poniewczasie. Moja pamięć wyrzuciła wiele wydarzeń z naszego wspólnego życia... tak bardzo żałuję, że nie zapisywałam ich w formie krótkich notek... teraz już za późno... 

środa, 15 marca 2017

Wojciech Młynarski nie żyje...

 foto: PAP

Ta wiadomość bardzo mnie poruszyła...

Odszedł Mistrz słowa, ciętej riposty, piosenki politycznej, poezji felietonu... 
można wyliczać jeszcze dalej...

Nie potrafię zebrać myśli, by napisać (nawet krótko) o tym, jak wielkie znaczenie miała Jego obecność w życiu naszego pokolenia... w kształtowaniu się naszego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość... 

W mojej pamięci dziecka pierwszym obrazem jest piosenka "Jesteśmy na wczasach"... nie rozumiałam znaczenia tego pastiszu, który stał się tak wielkim przebojem - wtedy żywo odczuwałam muzykę i instrumentację piosenki... ale od tego momentu w latach 60-tych Wojciech Młynarski już zawsze był obecny w moim życiu.

To bardzo ważna dla mnie osobiście część polskiej kultury... a teraz powstała wyrwa, której nie da się niczym zastąpić...

środa, 1 marca 2017

Niedziela na wsi w wersji Agathy Christie


Pewna dziwaczna lady zaprasza do siebie na wieś znające się wzajemnie małe grono osób, w którym nie wszyscy są tym faktem jednakowo zachwyceni.
Na obiad zostaje również zaproszony cudzoziemski sąsiad - Herkules Poirot.
Korzysta z zaproszenia, a wchodząc na teren posiadłości trafia wprost na umierającego człowiek, którego krew kapie do niebieskiej wody basenu.  Poirot jest obrażony z powodu takiej prymitywnej inscenizacji, ale szybko przekonuje się, że to prawdziwa zbrodnia. W dodatku nad ofiarą stoi jego żona z rewolwerem w ręce, a umierający wymawia imię innej kobiety. Później pojawia się jeszcze dawniejsza bliska mu kobieta...  W ogóle kobiety w tym towarzystwie wysuwają się na pierwszy plan (łącznie z panią domu nagminnie spalającą czajniki), a mężczyźni to raczej nudne tło.
Która z nich zabiła? - to zagadka do rozwiązania.

Nie znam jeszcze tak dobrze dorobku Agathy Christie, żeby móc porównywać poszczególne utwory. Jednak po przeczytaniu tej powieści mam spore uczucie niedosytu - szczególnie brakuje mi rozwinięcia wątku Poirota. Pisarka nie dała mu zbyt wielkiego pola do popisu.
Również inne wątki są dla mnie zbyt słabo zarysowane, a ma to znaczenie dla późniejszych wydarzeń. Bo bardziej chodzi o motywy niż wskazanie zabójcy.

Ogólnie - powieść przeciętna.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Może to bestseller, ale nie z mojej bajki... (przynajmniej na wstępie)

Nie gonię za nowościami... tym bardziej ich nie kupuję, ale jak się trafi w bibliotece to czasami wypożyczam. W tym przypadku znałam tytuł... w swoim czasie rzucał się w oczy dość często w blogowych wpisach.

"Złodziejka książek"... nic o tej powieści  nie wiedziałam i nie chciałam wiedzieć przed lekturą. Staram się trzymać tej zasady, żeby wcześniejsze streszczenia i opinie nie psuły mi własnego czytania.


Zaczęłam czytać w odpowiednich warunkach, tzn. bez żadnego działającego samograja i bez towarzystwa innych domowników. Takie optymalne warunki do skupienia.
Przeczytałam pierwszą stronę, drugą, trzecią i jeszcze kilka... aż się sama złapałam za głowę...
chyba nigdy nie zdarzyło mi się (a przynajmniej nie pamiętam takiego faktu), żeby czytana powieść była dla mnie do tego stopnia niezrozumiała.
Słowa nie przemawiały do mnie... odbijały się jak piłki od ściany... wzrok prześlizgiwał się coraz szybciej i coraz bardziej powierzchownie po czytanym tekście, bo nijak nie mogłam się na nim skupić i zrozumieć o co w tym chodzi...
Coś takiego przeżywałam ostatnio czytając tytuły rodzinnych prac doktorskich  - rozumiałam każde słowo z osobna (laser, studnia itd), a całość to czarna magia...

Odłożyłam książkę na kilka dni... zaczęłam od początku - ściana... otworzyłam kilka razy książkę metodą na chybił-trafił z nadzieją, że może mnie jakoś wciągnie... niestety.

Już od pierwszej próby wiedziałam dlaczego tak mi idzie jak po grudzie - to przede wszystkim konstrukcja powieści oraz styl - inny od tego jaki lubię i do jakiego jestem przyzwyczajona. Mogłabym te cechy określić jako "XXI-wieczne"... trochę esemesowe, trochę mailowe... - takie są moje prywatne odczucia.

Dzisiaj jednak poszukałam w internecie opinii o tej książce - a tam... 
jak można się spodziewać same zachwyty - "genialna, przepiękna, fantastyczna, przejmująca". Poczytałam sobie te opinie zachwalające i jednocześnie wyjaśniające "o co właściwie tam chodzi" i może dzięki temu swoistemu brykowi zrobię kolejne, czyli trzecie podejście do tej książki.

Bardzo jestem ciekawa, czy to tylko ja okazałam się za mało inteligentna, żeby docenić to tak zachwalane dzieło? Trafiłam tylko na jedną sceptyczną wypowiedź.

I oczywiście chciałabym zobaczyć film - niezależnie od tego, czy uda mi się pokonać całość ze zrozumieniem, czy nie.

niedziela, 26 lutego 2017

Niedziela z obrazem (96)

Mroźna i śnieżna zima już chyba na dłużej nie powróci - trzeba szykować się na przyjście wiosny...
Ale jeszcze zima w kalendarzu, więc na zimowe obrazki jeszcze można popatrzeć.

Józef Chełmoński "Czwórka w zaspach" (1873)

wtorek, 21 lutego 2017

Krótka forma kryminalna, czy powieść?


Sięgnęłam po książeczkę "Poirot prowadzi śledztwo" nie wiedząc, że to nie jest powieść, a zbiór opowiadań. Dało mi to po raz kolejny możliwość zastanowienia się, czy wolę czytać powieść - niecierpliwie wyglądając rozwiązania zagadki, kosztem delektowania się opisami tła wydarzeń... czy też wolę krótkie formy, dające szansę szybkiego zaspokojenia ciekawości.
Oczywiście nadal nie wiem co wybrać, chociaż raczej skłaniam się w stronę powieści... szczególnie, że opowiadanie nigdy nie było moją ulubioną formą w myśl zasady "im więcej stron, tym lepiej"...

Zbiór zawiera 11 opowiadań (już same tytuły są intrygujące):
"Gwiazda Zachodu", "Tragedia w Marsdon Manor", "Perypetie z tanim mieszkaniem", Tajemnica Hunter`s Lodge", "Kradzież obligacji za milion dolarów", "Tajemnica egipskiego grobowca", "Kradzież w hotelu Grand Metropolitan", "Porwanie premiera", "Zniknięcie pana Davenheima", "Sprawa włoskiego arystokraty", "Zaginiony testament".

Odkładając na bok niewątpliwy plus szybkiego dotarcia czytelnika do rozwiązania kolejnych tajemnic, można odczuwać niedosyt... że to jakby szkice, zarysy powieści, z których mogły powstać większe formy, pozwalające dłużej delektować się dawnymi klimatami.

A główna detektywistyczna para?
Obaj panowie są mocno wkurzający - Poirot ze swoim nadmiernym samozadowoleniem, dający na każdym kroku przyjacielowi do zrozumienia, że jest od niego głupszy...
i Hastings - naiwny, dający się oszukiwać pozorom, podatny na wpływ urody kobiecej.
Oczywiście Hastings musi być takim tłem dla Poirota, bo jak inaczej miałby on możliwość wyjaśniania kolejnych rozwiązań.


Stron: 200
 "Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!

niedziela, 19 lutego 2017

niedziela, 12 lutego 2017

Nie żyje Krystyna Sienkiewicz

Miał być inny post... niedzielny... malarski... ale życie pisze swoje smutne scenariusze...

W wieku 81 lat odeszła kobieta znana widzom jako optymistyczna artystka.. zawsze wesoła... uśmiechnięta...


a przecież w ciągu całego życia była bardzo doświadczana przez los okrucieństwem wojny, złych ludzi, chorób...

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Pierwszy retro kryminał zaliczony

Od dłuższego już czasu nie wybieram świadomie książek w bibliotece... nie idę z gotową listą tytułów (co mam zamiar zrobić od dawna)... można powiedzieć, że "idę nie przygotowana" i dlatego w pewnym sensie to książki wybierają mnie.
Wyjątkiem są powieści Agathy Christie, których czytanie mam zaplanowane od ubiegłego roku.

O modzie na kryminały retro oczywiście wiem, ale jakoś szczególnie ich nie szukałam. Na pewno takim wyjątkiem są powieści z akcją osadzoną w realiach dawnej Łodzi i takie wciągnęłam na listę.

Jednak pierwszym tego typu kryminałem, który trafił się w Bibliotece jest "Poszukiwana" Małgorzaty Kochanowicz.


Przeczytałam szybko (czcionka duża i ładnie staromodna), chociaż nie mogę powiedzieć, że akcja jakoś szczególnie wciąga.
Rzeczywiście jest to powieść mroczna, ale dla mnie w jakiś sposób sztuczna. To się czuje, że została napisana współcześnie.
Oddzielam tu tło historyczno-topograficzne, o które autorka niewątpliwie zadbała.
I być może jest to miłe przeniesienie się w czasie dla osób dobrze znających Kraków. Ja byłam tam ostatnio ponad 30 lat temu - krótko, bo turystycznie, więc oczywiście nie mogę docenić wszystkich szczególików.

Chyba pechowo dla powieści wypadła ta lektura u mnie w tym samym czasie  z mistrzynią kryminału, bo porównania dają minusowy wynik.

Pomijam już nazwanie detektywa Witoldem Korczyńskim - dla mnie za mocne skojarzenie z bohaterem Elizy Orzeszkowej ("Nad Niemnem", jakby ktoś nie wiedział).
Całość wydaje się (mimo stylizacji) jakoś dziwnie  esemesowa: wątki powierzchowne i niedokończone; dominuje akcja, brakuje natomiast charakterystyki chociażby głównych postaci dramatu; nie mamy możliwości śledzić, czy może towarzyszyć tokowi myślenia detektywa, który przecież nie korzysta z żadnych wynalazków pomagających w pracy jego XXI-wiecznym kolegom. 

Ogólnie mam wrażenia podobne to tych, kiedy czytałam (z braku ciekawszej lektury) różne Pitavale, znalezione w biblioteczce domku rodzinnej działki. Takie sprawozdania sądowe - suche i beznamiętne. 

Pomysł ciekawy, ale realizacja pozostawia duży niedosyt.

niedziela, 29 stycznia 2017

Niedziela z obrazem (95)

Chodziłam dzisiaj sobie wirtualnie po Muzeum Narodowym szukając obrazu pasującego do aktualnej śnieżnej i jeszcze mroźnej aury. Wybrałam obraz Juliana Fałata ilustrujący miniony już świat prawdziwej chłopskiej biedy... coś co znajdziemy w "Chłopach", gdy Hanka musi dźwigać na plecach tobół lichego opału, zbieranego z trudem w dworskim lesie...

"Po 1900 roku w twórczości Juliana Fałata wielokrotnie powraca temat ujętego panoramicznie zimowego pejzażu. W tym przypadku artysta namalował kobiety niosące chrust na tle okolic Bystrej, gdzie mieszkał od 1910 roku aż do śmierci"
Muzeum Narodowe w Warszawie
 Julian Fałat „Z chrustem” (1913)


wtorek, 24 stycznia 2017

Rok 2017 nie ogłoszono rokiem...

Wyłącznie z powodów politycznych/dewocyjnych/antysemickich i pewnie jeszcze kilku innych - nie tylko moim zdaniem - rok 2017 nie będzie rokiem ... ani Bolesława Leśmiana (ur. 22 stycznia 1877 - zm. 5 listopada 1937) ... ani Ludwika Zamenhofa (zm. 14 kwietnia 1917 r.).

Dlaczego mnie to szczególnie oburza?
Dlatego, że lubię wiersze Leśmiana... dlatego, że interesuje mnie i popieram ideę międzynarodowego języka... ale przede wszystkim dlatego, że nie akceptuję politykierstwa i populizmu narzucanego nam na siłę i wbrew naszej woli. Od początku blogowania postawiłam zaporę - żadnej współczesnej polityki w tym miejscu... ale czasami się nie da...

Rok 2017 ogłoszono - (cytat z wikipedii)


Sięgnęłam po tomik wierszy (wydany w pięknej serii Ossolineum) i nie namyślałam się długo, jaki wiersz wybrać do tego wpisu. 


Książeczka sama się otworzyła na wierszu "Śnieg"... ten wiersz to wyraz także moich odczuć i wspomnień, gdy jestem zimą w rodzinnym ogrodzie...

Pamiętam ów ruchliwie rozbłyskany szron
I śniegu ociężałe w gałęziach  nawiesie,
I jego nieustanny z drzew na ziemię zron,
I uczucie, że w słońcu razem z śniegiem skrzę się.

A on ciągle narastał, tu w kopiec, tam - w stos,
I drzewom białych czupryn coraz to dokładał,
Ślepił oczy i łechtał podbródek i nos,
I fruwał - i tkwił w próżni - i bujał i padał.

I pamiętam ów niski, wpół zapadły dom, 
I za szybami włóczek różnobarwne wzory.
Kto tam mieszkał? Pytanie - czy człowiek, czy gnom?
Byłem dzieckiem. Śnieg bielą zasnuwał przestwory.

Dotknąłem dłonią szyby, mimo strachu mąk,
I uczułem ślad hojny, niby czarów zbytek.
Tą dłonią dotykałem mych sprzętów i ksiąg
I niańki, by ją oddać na baśni użytek...

Serce marło, gdym w dłoni unosił ten ślad
W ciszę śniegu, co prósząc, weselił się w niebie.
Śnieg ustał - minęło odtąd tyle lat,
Ile trzeba, by ślady zatracić do siebie.

Jakże pragnąłbym dzisiaj, gdy swe bóle znam,
Stać, jak wówczas, przed domu wpół zapadłą bramą
I widzieć, jak śnieg ziemię obiela ten sam,
Śnieg, co fruwa i buja i pada tak samo.

Z jakimż płaczem bym zajrzał - niepoprawny śniarz - 
Do szyby, by swą młodość odgrzebać w jej szronie - 
Z jakąż mocą bym tulił uznojoną twarz
W te dawne, com je stracił, w te dziecięce dłonie!

 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Lubię muzykę, ale nie każdą

Muzyka to ważna dziedzina w moim życiu ... pisałam o tym już przy różnych okazjach, więc nie będę wracać do źródeł.
Ale to nie jest tak, że uwielbiam wszystko "jak leci"... nie rozumiem i być może z tego powodu nie lubię muzyki współczesnej, ani nawet awangardowej sprzed stu lat.
Owszem, byłam na koncercie muzyki Krzysztofa Pendereckiego, ale głównie dlatego, że sam kompozytor dyrygował orkiestrą (dostaliśmy zaproszenia i koncert był w naszej Łódzkiej Filharmonii), więc chciałam to przeżyć. Jakoś się udało, ale nadal nie zostaję fanką tego gatunku. Przy okazji zaliczyłam wtedy pierwszą bytność w odnowionym budynku filharmonii - bardzo mi się nie podoba szklana wersja wszystkiego.

Wczoraj obejrzałam film z 2009 roku "Chanel i Strawiński" (tytuł oryginału: COCO CHANEL & IGOR STRAVINSKY - swoją drogą po co zmieniać taki tytuł?).


I może nie dotrwałabym do końca filmu, gdyby nie scenografia i kostiumy, za które film dostał nominacje do nagród Cezara i Satelity, a które są piękne i dają miłe wrażenia estetyczne (co dla mnie jest szczególnie ważne w filmie).

Jak napisano w którymś programie tv:
"W skrócie: Historia związku dwóch wielkich osobowości".
Moje odczuwa w skrócie:
film jest nudny, emocji miłosnych (erotycznych czy seksualnych - jak zwał tak zwał) nie widać, zarówno Coco Chanel jak i Strawiński są niesympatyczni i tylko postać żony kompozytora wyróżnia się na plus.

Przy okazji zajrzałam do notki biograficznej Strawińskiego, bo nie interesowałam się wcześniej jego życiorysem. I tu można znaleźć bardzo ciekawy materiał na film biograficzno-historyczny z polskimi korzeniami w tle - o wiele ciekawszy niż jakieś łóżkowe epizody na wygnaniu.