poniedziałek, 12 grudnia 2016

Maria Ulatowska "Całkiem nowe życie"

 Od wydawcy: 
"To opowieść o uczuciach. O miłości. Tej trudnej, niszczącej, złej. Tej największej – matczynej. I tej na pozór dobrej, zwyczajnej, która jednak może doprowadzić do tragedii. O nienawiści, która pojawiła się zupełnie bez powodu, może jedynie z zazdrości. A także o przyjaźni między kobietą i mężczyzną. Tak bliskiej, że mogłaby stać się miłością, gdyby… on nie kochał innej.
Jest rok 1968. Franciszka Janusiak, niespełna dwudziestoletnia dziewczyna z małego miasteczka, pierwszy raz w życiu wyjeżdża na wczasy. Znajduje tam męża. Porzuca dotychczasowe życie i mozolnie buduje nowe. Musi wywalczyć sobie prawo do upragnionej pracy, bycia matką, do niezależności. Udaje jej się, bo zdobywa to, co najcenniejsze. Wiarę w siebie i przyjaciół, którzy pomagają jej przetrwać wszystkie przeciwności i zrealizować marzenia." 


"Całkiem nowe życie" to powieść obyczajowa z tej półki literatury tzw. "kobiecej", której bohaterkami są kobiety dojrzałe, co mi najbardziej odpowiada. Rzadko sięgam po książki tego rodzaju... są dla mnie czymś w rodzaju  historyjek z kolorowych pisemek, które wypełniają nam czas w kolejce do lekarza. Tyle, że są dłuższe i najczęściej w lepszym stylu. 
Czytając takie historie chcę chociaż częściowo móc się utożsamiać z bohaterką (przede wszystkim wiekowo). A jeśli nie, to chociaż odnaleźć się wraz z nią w minionych czasach. Nudzą mnie powieści o przebojowych, prężnych, samodzielnych  itd. współczesnych 30-latkach, bo to nie moje pokolenie i jakoś nie mam ochoty wczuwać się w psychikę sfrustrowanych singielek, których najpewniej nie rozumiem.

W trakcie lektury można aktywnie towarzyszyć Franciszce w tej podróży, bo autorka prowadzi bohaterkę przez całe jej dorosłe całkiem nowe życie, co jakiś czas rozpoczynając rozdział konkretnym rokiem (kończącym się lub rozpoczynającym). 
"Kończył się rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty dziewiąty, nadchodziło Boże Narodzenie".
A ja za każdym razem przerywałam lekturę, przywołując z pamięci "ile lat miałam wtedy, co robiłam ?" To dla mnie całkiem przyjemne doświadczenie czytelnicze - konkretne porównywanie losów bohaterki z własnym życiem w określonym precyzyjnie czasie.

Ale tu następuje porównywanie tylko pod tym względem, bo zarówno sama bohaterka jak i jej życie w niczym nie dają się porównać z moim. Po prostu - inny charakter... inne przeżycia... inne spojrzenie na świat itd. ... wszystko inne.
Jednak kalendarz służy tutaj tylko prywatnym celom... nie ma odniesień do wydarzeń w kraju czy na świecie. Frania, jej nowa rodzina, nowi znajomy, nowe miejsce życia (Karpacz) to w pewnym sensie samowystarczalny, zamknięty mikrokosmos.

Nie jest to cukierkowa opowieść, a wręcz przeciwnie... więcej tu goryczy, smutku, złych emocji  niż radości. Książkę dobrze się czyta, a treść potrafi zainteresować na dłużej. Jednak w pewnym momencie, gdy zbliżałam się do końca, coraz mocniej coś mi przeszkadzało. Po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że chodzi mi o sposób narracji. Mamy tutaj narrację zewnętrzną, którą określiłabym jako "gazetową". Taki rodzaj reporterskiego  stylu opowiadania (ale nie w pogoni za sensacją jak to w brukowcu) - chwilami zbyt oszczędny, za bardzo z dystansem, czasami suchy i beznamiętny, a nawet nudny.

Nie znam innych powieści autorki, ta jest pierwsza, którą czytałam. Przez to nie mam porównań poziomu  tej powieści w odniesieniu do innych.

Stron: 440
Wpis zgłaszam do wyzwania-konkursu "Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz