czwartek, 29 grudnia 2016

środa, 28 grudnia 2016

Regenerująca zmiana repertuaru, czyli grudzień czytadeł i planów porządkowych

Ostatnie pół roku to był u mnie czas zupełnie nie sprzyjający pracy intelektualnej... czytałam bez namysłu (bo nie miałam siły myśleć), to co mi przypadkowo wpadło w ręce. Aż w pewnym momencie... tak jakoś w końcu listopada, zorientowałam się, że czytam same przygnębiające i dołujące książki... 
Wpadłam w jakiś zaklęty krąg męczeńsko-tragiczno-pesymistycznych lektur... nawet Kraszewskiego  trafiały się same tragiczne historie i smutne zakończenia.
W pewnym momencie jednak miałam dosyć i przerzuciłam się na lekturę lekką, łatwą i przyjemną. Przynajmniej taką miałam nadzieję wypożyczając książki nazywane beznadziejnie "literaturą kobiecą" (chyba zawsze będę krytykować to określenie).  I nawet nie zawiodłam się zbytnio... przeczytałam kilka tych opowieści odpowiednio podchodząc do lektury, co dało mi komfort wypoczynku i relaksu, bez zbędnego w tej sytuacji analizowania tekstu.

Przedświąteczny czas i koniec roku sprzyja porządkom wszelakim i różnego rodzaju podsumowaniom.
Ja nie zrobiłam ani jednego, ani drugiego. Pobieżnie tylko przejrzałam bloga "od kuchni", co tylko zwiększyło moją irytację na bałagan, który zrobił się sam z siebie. Trzeba poświęcić trochę czasu na techniczne sprawy. 

Czytać to ja czytałam dużo, ale z pisaniem o książkach było naprawdę kiepsko.
W wersjach roboczych jest prawie 200 postów (nie licząc grudniowych, bo ich nawet nie zaczęłam).
Plany na 2016 rok (wyszczególnione w zakładce na górze) nawet nieźle się zrealizowały, ale zaległości w pisaniu j/w.

Ciekawa jestem, czy w ogóle pojawią się nowe akcje/wyzwania blogowe. Coraz ich mniej.. blogosfera książkowa pustoszeje, a większość pędzi na fb szukając przede wszystkim popularności.

A ja czuję ogromne rozczarowanie dwoistością postaw niektórych blogerów... na blogu ktoś taki  pisze w sposób kulturalny - a na fb agresja, nienawiść, wulgarny język...  
Naprawdę... często mam chwile zwątpienia w sens tej całej wirtualnej zabawy słowami tu na blogu... bo w tamtych miejscach nie mam już zamiaru niczego czytać.

wtorek, 27 grudnia 2016

Żal kartek świątecznych...

Wiadomo nie od dziś, że wraz z powstaniem i rozwojem nowych technologii, powoli zanikają pewne zwyczaje... Rola poczty jest coraz mniejsza, a oferowane usługi rzeczywiście znikają i to całkowicie. Pierwszą ofiarą nowych czasów stały się telegramy, a listy, widokówki i kartki pocztowe coraz bardziej stają się rzadkością... Kto dziś pisze listy? W dodatku ręcznie? Ile osób wkłada serce w wypisanie kilkudziesięciu (różnych w treści) życzeń świątecznych i noworocznych?

Ja bardzo lubiłam wszelkie formy korespondencji i nie uległam esemesowej modzie współczesnego mechanicznego "odwalania" (wiem, to brzydkie słowo) składania życzeń. Jednak dzisiejsza oferta producentów kartek nie sprzyja osobistemu zaangażowaniu w pisaniu życzeń. Kiedyś puste miejsce przeznaczone na wpisywanie własnej treści jest obecnie wypełnione ogólnikowym gotowcem i niewiele pozostaje na odręczny wpis. Na szczęście teraz panuje moda kartek robionych ręcznie, gdzie każdy może się wykazać dowolną techniką. Chyba w poprzednich latach takie kartki domowego wyrobu byłyby źle odbierane... po prostu musiała nadejść moda na rękodzieło.

Przejrzałam trochę zasoby internetu szukając kartek, które wysyłałam. Bo oczywiście ich nie mam - jakoś nie pomyślałam, żeby sobie zostawić na pamiątkę po jednym egzemplarzu. Wtedy wydawało się, że zawsze będą dostępne w sprzedaży. Wybierałam szczególne rodzaje, takie które są mi bliskie, czyli w większości reprodukcje malarstwa - Antoniego Uniechowskiego, Zofii Stryjeńskiej i inne.

Wzornictwo PRL-u było oczywiście cenzurowane, więc elementów religijnych starano się umieszczać jak najmniej. Kartki na święta zawierały głównie rysunki oraz czarno-białe a później kolorowe zdjęcia bombek i  choinek, czasami jakiś wiejski kościółek w śniegu lub szopka krakowska.  Była spora grupa kartek "na wesoło" projektowanych przez plastyków - samochód załadowany prezentami z choinką na dachu, wesoły Mikołaj z workiem itp. Trafiały się też kartki z kolędami i taką między innymi ja również wysyłałam.


Inny rodzaj kartek, podobny w stylu do przedwojennych, był produkowany w małych prywatnych drukarniach. Technicznie i pod względem estetycznym były to kartki innego rodzaju - można nawet zaryzykować ocenę, że gorszego gatunku. Ale właśnie one zawierały prawdziwie religijne treści.

A teraz?... nie wysyłam już kartek świątecznych.
Więzy rodzinne nie są już takie jak kiedyś, gdy odchodzi starsze pokolenie... znajomi również odchodzą... z najbliższymi jesteśmy razem w święta, a kartkę do przyjaciół zastępuje telefon...
Takie czasy...

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Święta z obrazem (94)

Poznaję niektóre obrazy trochę okrężną drogą, tzn. poprzez wzornictwo haftu krzyżykowego.
Już kiedyś pisałam co o tym sądzę... TU przy okazji prezentowania obrazu Władysława Czachórskiego. Nie wszystkie przeróbki są koszmarkami, są na dobrym poziomie wzory pewnej znanej firmy, która specjalizuje się w tzw. "kolosach".

Ten obrazek również znalazłam wśród wzorów do haftu, zaraz na początku mojego krzyżykowania. Nie jest to najwyższa półka malarstwa... trochę kiczowaty, przeładowany szczegółami, ale czasami lubię sobie oglądać takie bajkowe ilustracje, szczególnie w świątecznych klimatach.

 

niedziela, 25 grudnia 2016

Święta z obrazem (93)

Jak w starej przedszkolnej piosence "Wkoło choinki"...


W pajęczynie internetu często trafiam na obrazy, których zdjęcia chciałabym tu umieścić, ale nie mam o nich żadnych informacji. Szukam dalej i większość udaje się jakoś umiejscowić. 
Dzisiejszego obrazka nie opiszę, bo nic o nim nie wiem (trochę mało czasu na szukanie przed samymi świętami).

piątek, 23 grudnia 2016

Wesołych Świąt!

Wszystkim miłym znajomym odwiedzającym mnie tutaj 
życzę 
prawdziwie rodzinnych Świąt
w zdrowiu i szczęściu...

 źródło

Dla zainteresowanych:
Na tej świątecznej kartce oglądamy świat już miniony.
Obraz namalowany przez Stanisława Tondosa, a więc powstały przed 1917 rokiem, przedstawia kościół św. Andrzeja we Lwowie. Piękny zabytek, o którym czytamy teraz  "były (od 1945 roku)  kościół rzymsko-katolicki".

piątek, 16 grudnia 2016

"Love story" - melodramat wszechczasów?

Może nie wszechczasów, ale na pewno numer jeden powojennego kina amerykańskiego lub jak kto woli prekursor przecierający szlak następnym produkcjom tego gatunku.
46 lat temu - 16 grudnia 1970 roku, miał ten film swoją światową premierę... do Polski dotarł bardzo szybko jak na tamte czasy.

W tym krótkim czasie sporo się o filmie pisało w polskiej prasie, no i muzyka!... ta trafiła bardzo szybko do radia. Tak więc idąc do kina z moją odzawszeprzyjaciółką znałyśmy już treść filmu wraz z muzyką.
Oglądając go wtedy znalazłyśmy się w innym świecie - to był prawdziwy kapitalistyczny Zachód, z zupełnie inną rzeczywistością niż wtedy u nas w siermiężnej Polsce Ludowej. A problemy ludzkie wszędzie takie same...

Bardzo szybko stały się modne czapki noszone w filmie przez Ali MacCraw. Tym bardziej, że to rękodzieło łatwe do zrobienia samodzielnie. Oczywiście ja też zrobiłam sobie taki czapko-kapelusik


Była również dostępna wersja papierowa tej historii,  autorstwa Ericha Segala. Nie żeby zaraz wydrukowana!... na takie romansidła, w dodatku ze zgniłego Zachodu szkoda było władzom ponosić koszty. Powieść? opowiadanie?  ukazywało się w odcinkach w jednej z naszych łódzkich codziennych gazet. Kupowałam i wycinałam, ale nie miałam początkowych odcinków, bo dowiedziałam się o tym przypadkiem. Chyba już nie mam tych wycinków i nie mogę zajrzeć do treści, ale pamiętam, że wtedy oceniłam je jako słabe językowo i stylistycznie. Taki surowy materiał na scenariusz. Być może to wina tłumaczenia - pewnie było robione "na kolanie", ale za to przez jakiegoś pewnego politycznie tłumacza. Nie wiem, może to krzywdząca opinia, ale tak sobie gdybam po latach...

środa, 14 grudnia 2016

Dawniej i dziś, czyli magia refotografii

Od autora: 
"Zapewne wielu z nas obserwując jakieś miejsce, myśli czasem: ciekawe, jak wyglądało ono kiedyś? Gdybyśmy na chwilę mogli przenieść się w czasie..."


Ta książka to idealna odpowiedź na moje osobiste zapotrzebowanie.
Urodziłam się i mieszkam całe życie w tym samym mieście... w tej samej dzielnicy...
Chodzę po tych samych ulicach... mijam te same domy, które pamiętam z dzieciństwa... widzę, jak powoli znika stara zabudowa (szczególnie w ostatnich latach).
Nie jest ważne, o jaki miasto chodzi - analogiczne odczucia może mieć każdy, kto jest związany ze swoim miastem "od zawsze". I raczej nie zapowiada się u  mnie zmiana miejsca zamieszkania.

Ma to swoje dobre i złe strony. 
Dobre, bo ja jestem u siebie... nikt mnie nie obrazi jak niejednego imigranta, że nie ma tu dla mnie miejsca... Znam nie tylko ulice, budynki, zabytki i byle jakie chałupiny,  ale także wielu ludzi - sąsiadów, koleżanki ze szkoły, znajomych z pracy, panie ze sklepiku naprzeciwko, koleżanki mojej córki, rodziców tych koleżanek, panie z biblioteki, lekarzy z przychodni... Mogłabym  tak długo wymieniać...
Złe strony to oszukańczy upływ czasu - żyjąc w jednym miejscu, patrząc na to samo otoczenie, jesteśmy jakby cały czas tamtym dzieckiem z podstawówki (którą mijam za każdym razem idąc do lekarza). I tylko zmiany tego otoczenia przypominają nam, że czas nie czeka, a tamto dziecko jest już dzisiaj kimś zupełnie innym.

W pewnym momencie (już chyba w dorosłym życiu) zaczęłam myśleć o przeszłości mojej okolicy.
Mieszkam w sercu starych Bałut... chodzę ulicami Litzmannstadt Ghetto... mijam kamienice pamiętające świat przedwojennej nędzy i występku.

"Jak wyglądały te ulice, zanim powstały tu powojenne bloki?" - takie pytanie nasuwało się coraz częściej, pozostając wtedy bez odpowiedzi.
Pierwsza taką możliwość podróży w czasie zobaczyłam we Włoszech, gdy byliśmy tam w 1978 roku. W Pompejach widziałam na straganie z turystycznymi pamiątkami album ze zdjęciami Pompejów, a każde strona ze zdjęciem miała przezroczystą nakładkę z naniesionymi brakującymi fragmentami. Nie pamiętam techniki wykonania, ale efekt był kapitalny. Nagle widziało się "zdjęcia" Pompejów przed zniszczeniem.

Aż przyszedł czas internetu i odkryłam bloga ReFotografie
Mogę powiedzieć, że zostałam dosłownie  oczarowana obrazkami odsłaniającymi wspólną przeszłość i teraźniejszość. Aktualnie autor bloga niestety zawiesił jego prowadzenie, przenosząc się na fb. 
A sam blog powstał  w 2009 roku jako kontynuacja tej właśnie książeczki. zawierającej ponad 100 starych fotografii wraz z ich współczesnymi odpowiednikami.  Chociaż przeglądając teraz po raz kolejny ten albumik (to mi się nigdy nie znudzi),  znalazłam kolejne zmiany, powstałe już po wydaniu książki - na przykład okolice dworca Łódź Fabryczna.

Obecnie można już znaleźć w internecie wiele stron publikujących stare zdjęcia, więc przybywa osób amatorsko  bawiących się w takie składanki (z lepszym lub gorszym skutkiem). Ja też coś robię, ale na razie z braku czasu mam fazę początkową. Chociaż moje współczesne zdjęcia są takie sobie i  oczywiście nie zamierzam nawet próbować dorównać technicznemu mistrzostwu i precyzji ustawienia zdjęć przez autora.

Mam jedną, ale za to wielką pretensję do wydawnictwa - format książeczki.
Tak, bo to jest książeczka...  zaprojektowana w nietypowym rozmiarze. Nie znam technicznych numerków - ja widzę kwadratową okładkę (15x15cm). A biorąc pod uwagę, że zdjęcia w środku  są jeszcze mniejsze, to wystarczy do złego humoru czytelnika oglądającego takie maleństwa. Tak wiele szczegółów ucieka, są nieczytelne... a fotografia potrzebuje przestrzeni, żeby mogła oddać jak najwięcej. Pewnie zagrały tu względy ekonomiczne, ale tego rodzaju oszczędzanie - w domyśle "większy format, większa cena, więc mniej osób kupi książkę", mnie nie przekonują. Nie w przypadku tego rodzaju wydawnictw.

wtorek, 13 grudnia 2016

Świat dawnych reklam (5) - Gotujcie tylko na gazie

Przed świętami jak znalazł...


Niestety nie znam szczegółów dotyczących źródła pochodzenia, daty oryginału itd. - znalezione w internecie.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Maria Ulatowska "Całkiem nowe życie"

 Od wydawcy: 
"To opowieść o uczuciach. O miłości. Tej trudnej, niszczącej, złej. Tej największej – matczynej. I tej na pozór dobrej, zwyczajnej, która jednak może doprowadzić do tragedii. O nienawiści, która pojawiła się zupełnie bez powodu, może jedynie z zazdrości. A także o przyjaźni między kobietą i mężczyzną. Tak bliskiej, że mogłaby stać się miłością, gdyby… on nie kochał innej.
Jest rok 1968. Franciszka Janusiak, niespełna dwudziestoletnia dziewczyna z małego miasteczka, pierwszy raz w życiu wyjeżdża na wczasy. Znajduje tam męża. Porzuca dotychczasowe życie i mozolnie buduje nowe. Musi wywalczyć sobie prawo do upragnionej pracy, bycia matką, do niezależności. Udaje jej się, bo zdobywa to, co najcenniejsze. Wiarę w siebie i przyjaciół, którzy pomagają jej przetrwać wszystkie przeciwności i zrealizować marzenia." 


"Całkiem nowe życie" to powieść obyczajowa z tej półki literatury tzw. "kobiecej", której bohaterkami są kobiety dojrzałe, co mi najbardziej odpowiada. Rzadko sięgam po książki tego rodzaju... są dla mnie czymś w rodzaju  historyjek z kolorowych pisemek, które wypełniają nam czas w kolejce do lekarza. Tyle, że są dłuższe i najczęściej w lepszym stylu. 
Czytając takie historie chcę chociaż częściowo móc się utożsamiać z bohaterką (przede wszystkim wiekowo). A jeśli nie, to chociaż odnaleźć się wraz z nią w minionych czasach. Nudzą mnie powieści o przebojowych, prężnych, samodzielnych  itd. współczesnych 30-latkach, bo to nie moje pokolenie i jakoś nie mam ochoty wczuwać się w psychikę sfrustrowanych singielek, których najpewniej nie rozumiem.

W trakcie lektury można aktywnie towarzyszyć Franciszce w tej podróży, bo autorka prowadzi bohaterkę przez całe jej dorosłe całkiem nowe życie, co jakiś czas rozpoczynając rozdział konkretnym rokiem (kończącym się lub rozpoczynającym). 
"Kończył się rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty dziewiąty, nadchodziło Boże Narodzenie".
A ja za każdym razem przerywałam lekturę, przywołując z pamięci "ile lat miałam wtedy, co robiłam ?" To dla mnie całkiem przyjemne doświadczenie czytelnicze - konkretne porównywanie losów bohaterki z własnym życiem w określonym precyzyjnie czasie.

Ale tu następuje porównywanie tylko pod tym względem, bo zarówno sama bohaterka jak i jej życie w niczym nie dają się porównać z moim. Po prostu - inny charakter... inne przeżycia... inne spojrzenie na świat itd. ... wszystko inne.
Jednak kalendarz służy tutaj tylko prywatnym celom... nie ma odniesień do wydarzeń w kraju czy na świecie. Frania, jej nowa rodzina, nowi znajomy, nowe miejsce życia (Karpacz) to w pewnym sensie samowystarczalny, zamknięty mikrokosmos.

Nie jest to cukierkowa opowieść, a wręcz przeciwnie... więcej tu goryczy, smutku, złych emocji  niż radości. Książkę dobrze się czyta, a treść potrafi zainteresować na dłużej. Jednak w pewnym momencie, gdy zbliżałam się do końca, coraz mocniej coś mi przeszkadzało. Po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że chodzi mi o sposób narracji. Mamy tutaj narrację zewnętrzną, którą określiłabym jako "gazetową". Taki rodzaj reporterskiego  stylu opowiadania (ale nie w pogoni za sensacją jak to w brukowcu) - chwilami zbyt oszczędny, za bardzo z dystansem, czasami suchy i beznamiętny, a nawet nudny.

Nie znam innych powieści autorki, ta jest pierwsza, którą czytałam. Przez to nie mam porównań poziomu  tej powieści w odniesieniu do innych.

Stron: 440
Wpis zgłaszam do wyzwania-konkursu "Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!

niedziela, 11 grudnia 2016

Niedziela z obrazem (92)

 Widok Dworca Łódź-Fabryczna, fot. Włodzimierz Pfeiffer, 1930, Archiwum Państwowe w Łodzi, licencja PD, Wikimedia Commons - źródło

Tym razem to inne obrazy - nie są to dzieła malarzy, ale wytwory aparatu fotograficznego.
Ale też okazja jest szczególna... historyczna chwila i nasze uczestniczenie w tworzeniu się historii miasta.
Dzisiaj rano - o godz. 5.30 wjechał pierwszy pociąg z pasażerami na dworzec Łódź Fabryczna.
Na nowy dworzec... podobno najnowocześniejszy w Polsce - już nazywany Płaszczką... po pięciu latach całkowitej przebudowy tego miejsca.
Przez pięć lat była to wielka dziura... najpierw powstająca z usuwanego systematycznie starego dworca... stopniowo zapełniana elementami nowego.
Jeszcze nie widziałam dzisiaj dworca "na żywo", bo mocno padało cały dzień, więc chwilowo wykorzystam zdjęcie z internetu.

Dworzec w czasach minionych... 
spokojnie sobie egzystuje, nie przeczuwając przyszłości... podobnie jak hotel "Centrum", z którego prawdopodobnie zdjęcie zostało zrobione - obu już nie ma...

 
14 października 2011 roku - Byliśmy na starym dworcu, czekając na przyjazd rodziny i był to właśnie wjazd ostatniego pociągu z pasażerami... 


Po niewczasie pomyślałam, że mogliśmy zabrać sobie tę tablicę na pamiątkę, bo jak się później okazało ludzie swobodnie zabierali z dworca przeróżne przedmioty. Ale tego dnia nie wiedzieliśmy, że tak można.

Nie robiłam zdjęć placu budowy w ciągu tych pięciu lat, chociaż często przejeżdżałam obok.  Zapisałam sobie te obrazy w pamięci, a na szczęście wielu innych miłośników Łodzi utrwalało wszystkie fazy powstawania nowego dworca.

Maj 2012 rok - najdelikatniejsze (podobno) prace przy rozbiórce historycznych fasad budynku, wokół którego już nie ma torów, bocznic, parkingów i reszty współczesnej zabudowy


Tylko raz zabrałam ze sobą aparat, wiedząc, że będę pokonywać tor przeszkód tuż obok ogrodzenia placu budowy. Nie mogłam zmarnować takiej okazji i zrobiłam kilka zdjęć przez dziurę w ogrodzeniu. 
Marzec 2015


I wreszcie... po przedłużanych  terminach zakończenia budowy ... 
początek nowego rozdziału w historii Łodzi


źródło