sobota, 19 listopada 2016

Wcale nie salonowe refleksje po ...

Co roku wybieram się na książkowe imprezy typu targi, które u nas ktoś z nadmiarem wyobraźni nazwał Salonem. Wcześniej nie udawało mi się zobaczyć tego salonowego wydarzenia... w tym roku jednak uparłam się i pojechałam - pierwszego dnia (czyli w piątek) przed południem.


Totalna porażka - fatalny wybór czasu...

Miałam nadzieję, że piątek będzie trochę luźniejszy, bo jednak ludzie w pracy... a ci spoza Łodzi dojadą w sobotę i niedzielę.
Niestety... wypadłam już z zawodowego myślenia i zapomniałam o hordach swawolnej młodzieży (starszej i młodszej).

I tak oto po wejściu do Muzeum Włókiennictwa, gdzie odbywa się impreza, nagle znalazłam się na dużej przerwie w mocno zaludnionej szkole. Tłum wrzeszczących, biegających, przepychających się na oślep osobników w wieku szkolnym... 
Nie trzeba było dłuższej obserwacji, żeby zauważyć, że ICH WCALE NIE INTERESOWAŁY KSIĄŻKI.
Moje nerwy nie były przygotowane na kontakt z tym żywiołem, więc w pewnym momencie miałam ochotę również kopnąć pewnego osobnika, który stał na półpiętrze schodów i skopywał zebrane na stoiskach zakładki (uprzednio je rzuciwszy na podłogę) na głowy ludzi na dole. Ale się powstrzymałam! W ochronie własnego systemu nerwowego... i nie tylko. 
Kiedy zmęczyli się aktywnością ruchową obsiadali wszelkie wolne leżaki i krzesełka, wyciągali telefony i każdy wgapiał się w ekran. Zainteresowanie książkami było od nich oddalone o całe lata świetlne.

Błąkałam się w tym tłoku, nie mogąc się skupić na odczytywanych tytułach książek - nazwy wydawnictw i tytuły książek zlewały się w jedną kolorową masę.
W końcu dobrnęłam do stoiska, które było głównym celem mojej wyprawy. 
Chciałam kupić książkę, której premiera była dość mocno zapowiadana w lokalnych mediach.
Nie widząc książki zapytałam o nią... otrzymałam beztroską odpowiedź, że "będzie po piętnastej".
Kurza twarz! To tak się traktuje klienta na tak niby prestiżowej imprezie! Mam się drugi raz tłuc przez miasto, tracić czas, żeby ewentualnie kupić książkę?!
Wszystko powinno być w zębach przyniesione i ułożone PRZED otwarciem drzwi!
Ale kogo to obchodzi, gdy jest zwykłym pracownikiem? Tylko prywatny właściciel wydawnictwa potrafi osobiście pilnować interesu i być na miejscu.

Po tym kolejnym zgrzycie miałam dość i ewakuowałam się z tego miejsca.
I tylko było mi żal najmłodszych uczestników tego zbiorowego spędu, na których natknęłam się przy wyjściu. Ubierało się to towarzystwo - I lub II klasa podstawówki dość nieporadnie (jeszcze z pomocą  nauczycielek) i było widać, że ta wycieczka to dla nich przeżycie. Ale niestety... za kilka lat będą tacy jak ci ze starszych klas... szkoda słów.

To moja całkiem subiektywna opinia... oczywiście w internecie już znalazłam same ochy i achy na temat imprezy. Ale wiadomo... nie da się zadowolić wszystkich.
I to by było na tyle... kolejne Salony, Targi lub inne takie odpuszczę sobie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz