wtorek, 29 listopada 2016

Świat dawnych reklam (4) - Obiad bez deseru jest niedokończony!

Jeszcze jedna reklama z książki kucharskiej Idy Plucińskiej


niedziela, 27 listopada 2016

Niedziela z obrazem (91)

Henryk Rodakowski "Portret Leonii Blühdorn" (1871)


środa, 23 listopada 2016

J.I.Kraszewski "Dziecię Starego Miasta"




"Dziecię Starego Miasta..." to dziwna, nierówna i trochę uciążliwa w czytaniu powieść.
Z jednej strony pokazuje to, co dla mnie zawsze jest najciekawsze w dawnych powieściach - zapis codzienności, realiów życia. 
Tutaj jest to przedpowstaniowa atmosfera Warszawy. Przejmujące są opisy dramatycznych wydarzeń na warszawskiej ulicy... to jest zdecydowany plus tej powieści


Z drugiej jednak strony mamy do czynienia z mocno niedopracowaną fabułą, papierowymi postaciami, dość nieudanym manifestem patriotycznym. Wiadomo... pisarz chciał dobrze... ale cóż z tego skoro wyszło jak najgorzej. To, co miało być wzniosłe i szlachetne zostało praktycznie ośmieszone. Zbyt dużo patosu, nadmierne nadęcie, przerost treści - to doprawdy niestrawna mieszanka. Prosty chłopak wygłasza tyrady godne podręcznika agitatora, a rozmowy dwojga zakochanych! Są po prostu straszne - tego nie da się czytać. I nie chodzi wcale o to, że zakochani rozmawiają o wzniosłych ideach, zamiast obściskiwać się po kątach. Chodzi  o to JAK rozmawiają...
(w tym przypadku cytatu nie dołączam).

wtorek, 22 listopada 2016

Świat dawnych reklam (3) - Przymieszka - a co to takiego?



Ta reklama, zamieszczona w przedwojennej książce kucharskiej (pamiątka po babci), wzbudza u mnie zainteresowanie historyczno-leksykalne. Bo cóż to jest ta "przymieszka"? Słowo dziś całkowicie nieobecne w języku polskim.
W internecie znalazłam różne próby wyjaśnienia (niektóre dość śmieszne). Wybrałam wyjaśnienie wydające się być zgodne z prawdą:
"Dziś powiedzielibyśmy domieszka, czy przyprawa do kawy. Firma Henryka Francka założona w Skawinie w roku 1910 znana była z produkcji kawy zbożowej i różnych dodatków polepszających smak, głównie na bazie cykorii. "Przymieszki" sprzedawane były w formie proszku lub w kostkach w kształcie przypominającym tabletkę lub ośmiobok. Rysunek młynka był znakiem firmowym, widniał nie tylko na opakowaniach, ale był też wybijany na tabletkach." - cytat stąd
Zamieszczanie takich reklam w książkach wydawanych "nakładem własnym autora" było i jest dzisiaj dla nas całkowicie zrozumiałe. Przynosiło dodatkowy dochód, a może reperowało trochę skromny budżet wydawcy.
Książce przeznaczę osobny post, bo moja droga do poznania autorki dostarczyła mi niespodziewanych wiadomości.


niedziela, 20 listopada 2016

Niedziela z obrazem (90)

George Dunlop Leslie "Apple Dumplings" (1880)

sobota, 19 listopada 2016

Wcale nie salonowe refleksje po ...

Co roku wybieram się na książkowe imprezy typu targi, które u nas ktoś z nadmiarem wyobraźni nazwał Salonem. Wcześniej nie udawało mi się zobaczyć tego salonowego wydarzenia... w tym roku jednak uparłam się i pojechałam - pierwszego dnia (czyli w piątek) przed południem.


Totalna porażka - fatalny wybór czasu...

Miałam nadzieję, że piątek będzie trochę luźniejszy, bo jednak ludzie w pracy... a ci spoza Łodzi dojadą w sobotę i niedzielę.
Niestety... wypadłam już z zawodowego myślenia i zapomniałam o hordach swawolnej młodzieży (starszej i młodszej).

I tak oto po wejściu do Muzeum Włókiennictwa, gdzie odbywa się impreza, nagle znalazłam się na dużej przerwie w mocno zaludnionej szkole. Tłum wrzeszczących, biegających, przepychających się na oślep osobników w wieku szkolnym... 
Nie trzeba było dłuższej obserwacji, żeby zauważyć, że ICH WCALE NIE INTERESOWAŁY KSIĄŻKI.
Moje nerwy nie były przygotowane na kontakt z tym żywiołem, więc w pewnym momencie miałam ochotę również kopnąć pewnego osobnika, który stał na półpiętrze schodów i skopywał zebrane na stoiskach zakładki (uprzednio je rzuciwszy na podłogę) na głowy ludzi na dole. Ale się powstrzymałam! W ochronie własnego systemu nerwowego... i nie tylko. 
Kiedy zmęczyli się aktywnością ruchową obsiadali wszelkie wolne leżaki i krzesełka, wyciągali telefony i każdy wgapiał się w ekran. Zainteresowanie książkami było od nich oddalone o całe lata świetlne.

Błąkałam się w tym tłoku, nie mogąc się skupić na odczytywanych tytułach książek - nazwy wydawnictw i tytuły książek zlewały się w jedną kolorową masę.
W końcu dobrnęłam do stoiska, które było głównym celem mojej wyprawy. 
Chciałam kupić książkę, której premiera była dość mocno zapowiadana w lokalnych mediach.
Nie widząc książki zapytałam o nią... otrzymałam beztroską odpowiedź, że "będzie po piętnastej".
Kurza twarz! To tak się traktuje klienta na tak niby prestiżowej imprezie! Mam się drugi raz tłuc przez miasto, tracić czas, żeby ewentualnie kupić książkę?!
Wszystko powinno być w zębach przyniesione i ułożone PRZED otwarciem drzwi!
Ale kogo to obchodzi, gdy jest zwykłym pracownikiem? Tylko prywatny właściciel wydawnictwa potrafi osobiście pilnować interesu i być na miejscu.

Po tym kolejnym zgrzycie miałam dość i ewakuowałam się z tego miejsca.
I tylko było mi żal najmłodszych uczestników tego zbiorowego spędu, na których natknęłam się przy wyjściu. Ubierało się to towarzystwo - I lub II klasa podstawówki dość nieporadnie (jeszcze z pomocą  nauczycielek) i było widać, że ta wycieczka to dla nich przeżycie. Ale niestety... za kilka lat będą tacy jak ci ze starszych klas... szkoda słów.

To moja całkiem subiektywna opinia... oczywiście w internecie już znalazłam same ochy i achy na temat imprezy. Ale wiadomo... nie da się zadowolić wszystkich.
I to by było na tyle... kolejne Salony, Targi lub inne takie odpuszczę sobie.


wtorek, 15 listopada 2016

Świat dawnych reklam (2) - E.Wedel

Praca nadesłana na konkurs plakatu organizowany przez E.Wedel. 1903r.

poniedziałek, 14 listopada 2016

List z jesieni...

Dawno nie zaglądałam do literackiego kalendarium, a dziś przypada 138 rocznica urodzin Leopolda Staffa. Kiedyś bardzo lubiłam Jego wiersze, więc tym chętniej wróciłam do tej poezji. A na dzisiejszą pogodę wybrałam ten wiersz...

"List z jesieni"

Czekam listu od ciebie... Tam Południa słońce
I morze mówi z tobą... U mnie długa słota,
Samotność, jesień, chmury i drzewa więdnące...
Dziś pogoda... lecz słońce chore - jak tęsknota...

Nim wyślesz, włóż list w trawę wonną albo w kwiaty,
Bo tu żadne nie kwitną już... Niech go przepoi
Spokój, woń słońca, szczęście twej bliży i szaty -
Albo go noś godzinę w fałdach sukni swojej...

A papier niechaj będzie niebieski... Bo może
Znów przyjdą chmury szare, smutne, znów na dworze
Słota łkać będzie, kiedy list przyjdzie od ciebie;

Skarżyć się będą drzewa, co więdną i mokną,
A ja, samotny, może znów będę przez okno
Patrzał za małym skrawkiem błękitu na niebie...

Józef Chełmoński "Jesień" (1875)



niedziela, 13 listopada 2016

"O mnie się nie martw" (2014)

Początkowo strasznie irytowała mnie skrzecząca maniera młodocianej wykonawczyni tego wielkiego przeboju sprzed lat, będąca wręcz obrazą dla pierwotnego wykonania, ale teraz staram się po prostu nie słyszeć.


Trochę naciągana wielka miłość  bogatego synusia z kręgów adwokackich (na drodze do własnej kariery), do przeciętnej z urody i z jeszcze bardziej przeciętnym życiem samotnej matki-rozwódki (o koszmarnych szmato-fartuchach, w jakie jest ubierana aktorka na planie już nie wspominam).
Chyba, że o te najlepsze cechy charakteru chodzi, w których prawdziwy mężczyzna powinien się zakochać, nie zważając na całą otoczkę... czyli taka współczesna Trędowata na wesoło (prawdopodobnie z happy endem).

Oglądam, bo w ogólnej mizerii propozycji telewizyjnej ten serial jeszcze jakoś daje się obejrzeć, a przy robótkach ciszę akceptuję tylko w lesie lub w ogrodzie. W blokach ciszy nigdy nie ma - są natomiast niechciane odgłosy otoczenia.

sobota, 12 listopada 2016

Morderstwo odbędzie się...

Kto zagląda do mnie regularnie wie, że lubię najbardziej stare filmy, stare książki, stare fotografie, stare przedmioty... ogólnie stare czasy. Ta skłonność jest tak silna, że nawet blog samowolnie ewoluował w tym kierunku.
To dotyczy również tego gatunku, jakim są kryminały.  Kiedyś (jakieś 30 lat temu),  czytałam ich sporo, ale nie kupowałam do swoich zbiorów. Bazowałam na wypożyczeniach i tu były największe schody, bo różnie z tym bywało (najczęściej kolejka do książki). W sumie najłatwiej było je dostać w bibliotekach małych miejscowości, gdzie jeździliśmy na wakacje.
Mam z tymi książkami pewien problem, o czym pisałam już kiedyś -  Nie sięgać po kryminał, gdy znamy już  film. A przynajmniej nie sięgać zbyt szybko po obejrzeniu filmu.Po obejrzeniu adaptacji filmowej traci się główny dreszczyk emocji... "bo wiadomo kto zabił i jak do tego doszło"...
A ponieważ bardzo lubię filmy zrobione w starym stylu, gdzie nie ma przemocy i litrów czerwonej farby na ekranie, więc naoglądałam się tych ekranowych wersji ile się dało - tych starszych i tych zrealizowanych w ostatnich latach (jak tylko trafiło się w telewizji). Dlatego w pewnym momencie zrobiłam sobie dość dużą przerwę w oglądaniu..., musiałam odczekać sporo czasu "żeby zapomnieć to i owo" i móc delektować się czytaniem starych, dobrych kryminałów z najwyższej półki. I właściwie nie zależy mi aż tak bardzo na toku rozwiązywania zagadki... bardziej interesuje mnie tło wydarzeń - ludzie i miejsca oraz czas. 

Nie stosuję celowego wyboru książek według jakiejś listy, bo muszę zdać się na przypadek, czyli co będzie do wypożyczenia w Bibliotece. Tym razem trafiła się panna Murple i zapowiedziane w lokalnej gazetce morderstwo.



Szczególnie ciekawe, chociaż nie pod kątem kryminalnym a politycznym,  było dla mnie pewne porównanie... W tym przypadku czas akcji daje sporo do przemyślenia - październik 1945 roku. Jakże inaczej wyglądało wtedy życie u nas -  w powojennej Polsce i tam w Anglii... ale angielskie wywyższanie się pozostaje niezmienne przez wieki.



Książkę czytałoby się naprawdę miło, gdyby nie te nazwiska! Ja nie wiem... czy autorka celowo nadała swoim bohaterom tak dziwaczne i mylące się w czytaniu nazwiska, czy to efekt wyczerpania pomysłowości...  Skutek był taki, że w niektórych przypadkach do końca nie mogłam dopasować nazwiska do osoby. To bardzo duży minus.

A po zakończeniu lektury takie refleksje - to jednak powieść swoich czasów... przy dzisiejszym poziomie techniki i medycyny (badanie kodu DNA) tamta intryga wydaje się przestarzała, zbyt prosta, naiwna.

środa, 9 listopada 2016

Świat dawnych reklam (1) - Puder Antiba

W moim podejściu do reklam i ogłoszeń panuje niezwykle kontrastowa dwoistość - uwielbiam stare, nienawidzę nowych. Tak właśnie... celowo użyłam czasowników idealnie oddających moje emocje w tym zakresie: "uwielbiam" i  "nienawidzę".

Dlaczego tak lubię stare reklamy i ogłoszenia?... bo przywołują świat miniony bezpowrotnie... bo dają wiedzę o tamtej rzeczywistości, zwyczajach, kulturze życia codziennego, innym rodzaju myślenia... 

Dlaczego tak bardzo nie lubię nowych? ... bo są wszystkie takie same, jak z jednej matrycy... bo traktują potencjalnego klienta jak niedorozwiniętego umysłowo... a przede wszystkim dlatego, że jesteśmy zmuszani do ich oglądania/czytania/słuchania. Nie mamy wyboru, nikt nas nie pyta, czy chcemy się zapoznać z treścią reklam. Atakują nas niespodziewanie i wszędzie: na ulicy, w tramwaju, w czasie oglądania filmu, w trakcie słuchania radia. Wiek XXI to wiek wszechobecnych agresywnych reklam.
Co prawda jeszcze można uciec wzrokiem w innym kierunku, przestawić pilotem inny kanał w telewizji, zmienić stację w radio. Ale to niewiele daje... za chwilę w tej innej stacji też będzie porcja reklam... na ulicy kolejne wielkie banery reklamowe pchają się w oczy itd.

A w przypadku dawnych reklam?... - były zamieszczane dyskretnie, w odpowiednim dziale gazety lub na wewnętrznych okładkach książek. Co prawda wiek XX w Polsce (szczególnie przed II wojną światową) to także "żywe reklamy" chodzące na ulicach wielkich miast, także reklamy kinowe... , ale nie było to aż tak masowe zjawisko jak dziś. Wtedy krąg odbiorców był dużo mniejszy, bo obejmował ludzi zamożnych... takich, których było stać na kupno gazety, książki, biletu do kina.

Mam trochę reklamowych ciekawostek w swoich zbiorach bibliotecznych (w książkach i gazetach), ale na początek tego cyklu wybrałam coś znalezionego w internecie

poniedziałek, 7 listopada 2016

Łódź jak z bajki w grze komputerowej

Chociaż nie bawię się grami komputerowymi, te obrazki mnie zainteresowały - projekt Soni Jach

niedziela, 6 listopada 2016

Niedziela z obrazem (88)

Claude Monet  "The Tea Set" (1872)


sobota, 5 listopada 2016

Było... minęło...(24) - Spotkania z Pat



"Pat po raz pierwszy w życiu wybierała się na przyjęcie, prawdziwe wieczorne przyjęcie. Do ciotki Azalki przyjechały dwie bratanice jej męża i przyjęcie to stryj Tom nazwał "strzałem z dwururki", zaproszono bowiem zarówno chłopców i dziewczynki w wieku Winnie I Józka, jak i dziesięcioletnią dzieciarnię ze względu na młodszą bratanicę, Kasię. Sid długo utrzymywał, że gardzi przyjęciami i nie zamierza tracić czasu, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie, gdy Winnie zaczęła mu dokuczać, iż zniechęca go nieobecność Mai Binnie" 
   - No pewnie, że jej nie zaproszono - skomentowała Judysia dość wyniosłym tonem. - Binnie`owie to nie towarzystwo dla Madisonów, a co dopiero dla Gardinerów.  s.141



Kolejny "Piknik z klasyką" wywołał z mojej półki dwie powieści o Pat ze Srebrnego Gaju.
Dołączyłam w komentarzach do Pikniku, chociaż czytałam "Pat..." dość dawno. Teraz, po przeczytaniu całej dyskusji na blogu Pyzy oraz wpisu o książce u Tarniny, dostrzegłam pewne strony tej powieści, na które wcześniej nie zwracałam uwagi. Chociażby zmiany realiów i obyczajowości, bo akcja toczy się nie w XIX wieku, czy na przełomie wieków, gdy świat był jeszcze bardzo XIX-wieczny, ale w latach międzywojennych.

Przeczytałam obie części ("Pat ze Srebrnego Gaju" i "Pani na Srebrnym Gaju") w roku ich wydania - 1993.
Byłam wtedy już mocno dorosłą osobą, po lekturze większości utworów L.M.Montgomery dostępnych w języku polskim, więc w grę nie wchodziło dziecięce zauroczenie światem Srebrnego Gaju.

Wręcz przeciwnie - to powieści, które nie znalazły u mnie uznania, a sama główna bohaterka wywołuje tylko irytację, złość. Po prostu nie lubię jej; tak jak nie lubię gadaniny Judysi, która mnie nudzi (jako że nie jestem fanką elfów i podobnych baśniowych stworów); nudzi mnie cała rodzina Gardinerów i wkurza rodzina Binnie`ch.
Po pierwszej lekturze wróciłam jeszcze do książek chyba dwa razy, ale z coraz większą niechęcią.

Dlaczego nie lubię powieści o Pat?
Głównym powodem jest chyba rodzaj narracji - niby taki sam, jak w innych utworach L.M.M., a jednak mniej ciekawy. Powiedziałabym, że wręcz nudny. Odbieram opowieść jako przegadaną i powierzchowną, nic w tym gadaniu nie przyciąga uwagi na dłużej, nie zaciekawia. I chyba za bardzo oczekiwałam podobnego stylu, jaki znajduję u Ani i Emilki.
Teraz, gdy wiem w jakim momencie życia pisarki obie powieści powstały, jestem dla nich bardziej wyrozumiała. I może jeszcze raz wrócę do lektury, żeby spojrzeć na nie pod innym kątem.

piątek, 4 listopada 2016

Dlaczego omijam szerokim łukiem niektóre blogi?

Kiedy trafiam na nowy blog tematycznie mnie interesujący, oczywiście sposób jego prowadzenia ma duże znaczenie, czy dopiszę go do swojej listy. Ważny jest poziom kulturalny jaki reprezentuje sobą autor/autorka i w dużym stopniu wiek osoby blogującej. Jednak blogasek nastolatki, czy też blog młodocianej odkrywczyni Ameryki, która dopiero złapała w łapki "Lalkę" i coś tam bredzi na ten temat nie jest w kręgu moich zainteresowań. Ani nie mam chęci czytać wypracowań, ani umartwiać się lekturą nieporadnych tekstów (nie obrażając nikogo z młodocianych piszących... w końcu oni też muszą jakoś zacząć i wybić się na samodzielność).

Obok tych warunków pojawiają się szczegóły, szczególiki równie ważne.
Pierwsze co mnie odrzuca to atakująca "po oczach" tabliczka zapraszająca do polubienia na wiadomej stronie. Taka tabliczka zasłania praktycznie cały tekst blogowy i tu następuje u mnie duże wkurzenie - nie lubię takiego namolnego niby-zapraszania, które przeszkadza w czytaniu bloga. A że bardzo nie lubię wiadomej strony - blog skreślony. Bo niestety, przy każdej kolejnej wizycie ten atak z polubieniem mamy zapewniony.

Drugi to strona czysto techniczna.
Jeśli blog jest obwieszony gadżetami jak choinka (tu zegarek, tam prognoza pogody, kalendarz, dużo różnorodnych zdjęć na paskach bocznych, listy linków, listy blogów, galerie prac autorki, candy, wyzwania, zabawy itd itp) to mój stareńki komputer ledwie dyszy i często po prostu zawiesza się zanim wgra całą grafikę danego bloga.

Trzecia sprawa to nazewnictwo - ale..., choćby blog był cudem intelektu, super aktrakcyjną propozycją - jeśli w tytule lub w nicku osoby piszącej są pewne słowa, które na mnie osobiście negatywnie oddziałują, to niestety, sorry Winnetou...
Takich słów jest sporo i nie będę już ich przytaczać, w końcu to moja osobista fobia.
Ale  dwóch nie lubię szczególnie - nie odwiedzam blogów z nazwami pewnych pospolitych gryzoni w tytule lub w nicku. Tak bardzo brzydzę się ich w realu, że samo słowo wywołuje u mnie obrzydzenie.
Podobnie, chociaż już bez fobii, ale równie mocno odrzucają mnie pewne słowa o perojatywnym znaczeniu. Czasami mam wrażenie, że autorki blogów nie do końca przemyślały ten wybór.
Między innymi to słowo: "złodziej, złodziejka" - nie wypowiadam się na temat blogów mających to słowo w tytule, bo ich nie znam, nie czytam, nie zaglądam. Być może tytuł  powieści Markusa Zusaka  "Złodziejka książek" należy traktować w innych kategoriach - nie wiem. 
Ale wiem, że prawdziwy złodziej książki to dla mnie bardzo niesympatyczna postać. 
Ten post powstał właściwie z tego powodu, pod wpływem mojej złości na osobników kradnących książki w bibliotekach.

O Ślepym Maksie, łódzkim żydowskim Al Capone z czasów przedwojennych, czytałam dość dużo. Kiedy jednak pojawiła się nowa pozycja na ten temat chciałam również ją przeczytać. Widziałam książkę jakiś czas temu na półce w mojej Bibliotece, ale wtedy wybrałam coś innego. I tu błąd! - na przyszłość należy "łapać okazję jak jest". Ostatnio pytam o tę książę i co słyszę? "a... już nie mamy... ktoś sobie "pożyczył" na wieczne nieoddanie". To teraz tylko mogę sobie popatrzeć na okładkę, bo aż tak bardzo nie pragnę posiadać na własność, żeby kupić.