poniedziałek, 17 października 2016

"Brzezina" (1970)

 źródło: Fototeka FN

Po wielu latach obejrzałam film ponownie (telewizyjny przegląd dorobku Andrzeja Wajdy trwa).
I tak jak wtedy, tak i dzisiaj nie mam odniesień do literatury, bo tego opowiadania nie czytałam (chyba nie czytałam... to było tak dawno, że może jednak...). Byłoby to o tyle dziwne, że przełom licealno-studencki to czas mojego wielkiego zainteresowania twórczością Iwaszkiewicza i właśnie opowiadaniami, chociaż za tą formą nie przepadam.
Nie mając pola do porównań i niezadowolenia - tak mam przy każdej wajdowskiej przeróbce treści literackiej, odebrałam film właściwie podobnie jak kiedyś. Zapisany na taśmie filmowej zbiór malarsko-filozoficznych odniesień i metafor w formie obrazków łatwych do odkodowania dla w miarę wykształconego widza.
I nawet tak samo jak wtedy nie podoba mi się bezwzględne wykorzystanie dziecka w scenach z Danielem Olbrychskim - można osiągnąć oczekiwany efekt na ekranie poza bezpośrednim kontaktem fizycznym dorosłego aktora i dziecka ... bez szarpania, potrząsania, wrzasków przy twarzy... i nikt mnie nie przekona, że na pewno scena przygotowana była starannie, łagodnie, a w ogóle bezstresowo iw przyjaznej atmosferze. Pewnie tak samo jak w przypadku "Kroniki wypadków miłosnych"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz