piątek, 5 sierpnia 2016

"Dewajtis" (1889)

"Słońce zachodziło za gaj dębowy, wtulony w widły Dubissy i Ejni, w starym cichym kraju świętych dębów, węży i bursztynu.
   Za chmurę siwą się skryło, ostatnią wiązką złotych blasków żegnając stary żmujdzki zaścianek szlachecki, do brzegu potoku przyparty i otulony seciną lip niebotycznych, wiśni i jarzębiny.
   Był to sobotni wieczór, rozkoszny dla pracowitego ludu i dobytku.
   Z pól ściągały na nocleg starodawne sochy, robocze woły, wozy drabiniaste i niewielkie żwawe koniki; schodzili się smukli młodzieńcy z kosami na ramieniu, smagłe złotowłose dziewczęta ze śpiewką na ustach, dziatwa zapędzająca pod strzechy stada bydła i owiec.
   Aż wreszcie uciszył się zaścianek, skupiło życie po izbach i podwórzach, gdzieniegdzie ozwały się tony skrzypiec i fujarki, śmiechy młodzieży, gwar nawoływania, a bociany wstawały na gniazdach i jak kaznodzieje prawiły coś do tej rzeszy ludzkiej."

Maria Rodziewiczówna, "Dewajtis", Wydawnictwo Literckie Kraków-Wrocław 1985, wyd.VI

Tak rozpoczyna się nostalgiczna opowieść o dalekiej krainie... Ten kresowy obraz nakreślony przez pisarkę jest mocno wyidealizowany... główny bohater tak imponująco pozytywny, że aż ma się ochotę mocno nim potrząsnąć. Z drugiej jednak strony jest tu barwna galeria postaci wcale nie idealnych, z całym bagażem wad i grzeszków. Czas płynie tu powoli, zwroty akcji nie są częste (choć i dramatyczne chwile się zdarzają), co daje czytelnikowi możliwość zanurzenia się w spokoju w tamten daleki czas. 

To opowieść o miłości ... przede wszystkim do ziemi, do miejsca własnych ludzkich korzeni. Miłość kobiety i mężczyzny tym razem pisarka stawia na drugim planie, z czym nie zawsze czytelnik się zgodzi.
Marek Czertwan, zobowiązany przez umierającego ojca, do zachowania dziedzictwa przyjaciela-powstańca styczniowego, musi poświęcić szczęście osobiste dla wyższej idei. Do tego dochodzi walka z rodziną o rodzinne gniazdo właśnie... aż pewnego dnia okazuje się, że w dalekiej Ameryce odnaleźli się potomkowie powstańczych uchodźców...

"Dewajtis" to była pierwsza powieść Rodziewiczówny, którą przeczytałam. Był rok 1985  i to jest data początku mojego poznawania Marii Rodziewiczówny. Bez namysłu kupiłam książkę w księgarni (wtedy trzeba było łapać okazję, bo za chwilę już znikała z półki), znając tytuł jako jeden z dwóch powtarzających się w notkach encyklopedycznych (obok "Strasznego dziadunia").  I znając niezbyt pochlebną opinię o pisarce funkcjonującą w opracowaniach literackich.
Teraz, po przeczytaniu innych utworów Rodziewiczówny, nadal uważam, że jest to dobra pozycja na pierwszy kontakt z tą twórczością. Opisy przyrody nie są szczególnie męczące, a język nie tak archaiczny, żeby nie dał się zrozumieć. A pisarka stworzyła powieść mając 25 lat... był to dopiero początek jej drogi twórczej...

Oglądane właśnie powstańcze kroniki i zachowane sceny spotkania operatorów z wiekową już wtedy Marią Rodziewiczówną (znałam te ujęcia wcześniej, to oczywiste skoro interesuję się osobą pisarki), przypomniały mi o zaniedbanym własnym projekcie blogowym "Alfabet Rodziewiczówny". Zajmuję się notatkami z bieżących lektur, a projekt leży i czeka na zmiłowanie.


Przeczytałam prawie wszystko z twórczości Rodziewiczówny, co ukazało się drukiem... najwyższy czas uporządkować i zapisać swoje wrażenia. Żałuję tylko, że pozostałam sama na placu boju, że zainteresowanie projektem wygasło. A może jednak nie całkiem wygasło? Może ktoś się zainteresuje i dołączy? Jak widać po moim osobistym przykładzie (sięgnęłam po J.I.Kraszewskiego), zawsze jest dobry moment na zainteresowanie się twórczością pisarki lub pisarza, niezależnie od aktualnego stopnia ich popularności.

7 komentarzy:

  1. Wywołałaś u mnie wspomnienia Elu. "Dewajtis" to też była pierwsza książka Marii Rodziewiczówny jaką przeczytałam w liceum. To była książka cioci, u której mieszkałam. Były to lata 60-te. Później czytałam "Czachary", "Pożary i zgliszcza" i "Strasznego dziadunia". I te książki również pokochałam. "Oczywiście "Wrzos" i "Między ustami a brzegiem pucharu", którą jako jedyną dzisiaj odbieram jak kicz. Troszkę, jak "Trędowatą".
    Byłam zakochana w Marku i czytałam tę książkę wiele razy a zawsze, gdy byłam chora po nią sięgałam.

    Niestety i mnie się udało w Twoim wyzwaniu tylko jedną książkę przeczytać, ale dzięki niemu przeczytałam naprawdę interesującą, już bardziej rozbudowaną i społecznie powieść.
    Jest biografia Marii Rodziewiczówny...odszukam ją, bo chciałam koniecznie stworzyć post o niej. Może mi się uda.

    Pozdrawiam piątkowo ......

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać po okładce, książka należy do moich ulubionych :)
      Kilka innych również - "Czahary", "Macierz".

      Natomiast "Między ustami... odbieram może nie do końca jako kicz, ale tak mocno pompatyczną, z teatralnie sztucznym patriotyzmem, że aż ociera się o śmieszność.

      Usuń
  2. Ogromnie "wychłodziłaś" wizualnie swój blog...myślisz o jakiejś nowej skórce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może wychłodziłam, ale ja lubię wiatr, przewiew (a nienawidzę zaduchu - wszelkiego), dlatego takie tło na blogu. Nie planuję nigdy nic w tym zakresie - jak mi się znudzi, to przyjdzie czas na zmiany :)

      Usuń
    2. Zaczynam mieć omamy wzrokowe...ha,ha....czy faktycznie przywróciłaś te ładną skórkę...., bo gdy pisałam komentarze było tu pusto.....i dlatego tak napisałam...to tło jest śliczne.

      Usuń
    3. Wygląda na to, że to blogger tak mnie zrobił.

      Usuń
  3. A to rzeczywiście sprawka bloggera, ja nic nie ruszałam. Ale ostatnie dni to masakra - walka z ciągłymi komunikatami o blokadach, wadach w moich postach; jakieś podwójne publikowanie, odrzucanie poprawek... ogólnie myślałam, że mnie coś trafi.

    OdpowiedzUsuń