niedziela, 31 lipca 2016

Niedziela z obrazem (77)

Wojciech Gerson "Gdańsk w XVII wieku" (1865)


Muzeum Narodowe, Poznań.

Przy okazji rozpoczęcia Jarmarku Dominikańskiego (to już 756 raz), moja podróż w przeszłość.

Byłam na kilku Jarmarkach w latach 70-tych i 80-tych, gdy były dla nas rzeczywiście wielką atrakcją - przede wszystkim pod względem kolekcjonerskim. Taki komercyjny pchli targ z cenami zaporowymi dla zwykłych ludzi (najmilej widziane płatności w markach). Przedmioty na straganach bardziej do oglądania niż do kupowania, bo oczywiście pożądanymi klientami byli turyści zza zachodniej granicy. Jeszcze wtedy było to pokolenie szukające śladów i pamiątek po ich zburzonym przedwojennym świecie.

Zawsze będąc nad morzem zaglądaliśmy do Gdańska, bo zawsze byłam spragniona widoków dawnej architektury... innych od zadymionej bardzo, szarej wtedy Łodzi.

czwartek, 28 lipca 2016

"Kronika wypadków miłosnych" (1985)

W ciągu tych lat od powstania filmu trafiam na niego w telewizji co jakiś czas... oglądam jakiś fragment...
Teraz, po raz kolejny już jednak obejrzałam w całości. Trudno w czasach tak ogólnego zalewu plotek, wymyślonych historyjek, przeinaczeń, szukania taniej sensacji, oglądać teraz filmy sprzed lat z czystą kartą. Ten film też dostał swoją porcję dziwnych zwierzeń po latach... ale o to mniejsza.


To piękna kompozycja (jak to u Wajdy)... lubię takie nostalgiczne, nieśpieszne ujęcia.
Na ile film oddaje klimat  książki (bo przecież to tylko ilustracja obrazem), zobaczę po przeczytaniu prozy Tadeusza Konwickiego. Dopisuję do listy...

środa, 27 lipca 2016

"Pałac i folwark"


  Miłe w lekturze XIX-wieczne czytadło... 
Jak więc z czytadłami bywa jest książka trochę schematyczna i przewidywalna w wątkach miłosnych, choć jak to często u Kraszewskiego nie brakuje moralizatorstwa, złośliwości oraz zaskakujących czytelnika rozwiązań.

Trochę przeszkadza typowa dla pisarza stronniczość - od początku wiemy, jak odbierać poszczególnych bohaterów, po czyjej stronie jest sympatia autora.

Pałac to hrabiowski zbiór kosmopolitycznych cyników, snobów i nierobów nie kalających się nawet myślą o pracy, a przepuszczających swoje majątki na luksusowe życie (oczywiście za granicą) oraz plączący się przy pańskiej  klamce karierowicze i dorobkiewicze...

Folwark (wraz z mieszkańcami ubogiej plebanii) to prosta szlachta, zachowująca wartości wiary, patriotyzmu, a przede wszystkim zwykłej moralności, uczciwości, mądrości i przyzwoitości życiowej.

"Nie mógł się nie podobać hrabia, tak  był miły, grzeczny, dowcipny, tak umiał rozmawiać, tak się potrafił z najwyższym zawsze znaleźć taktem. Istny gentelmen angielski, obrał sobie za wzór lordów izby wyższej i na nich się z wielkim powodzeniem wymodelował. Co do przekonań i barwy politycznej był torysem najczystszej wody, a polskiego nie miał w sobie nic i przyznawał  się otwarcie, że się o to najpilniej starał, by się odpolonizować.  Na naród, do którego miał nieszczęście, jak powiadał, należeć zapatrywał się ze znanego bardzo stanowiska najwyższej pogardy i wstrętu. Dosyć, ażeby co było polskim, by dlań stało się niemiłym. Obyczaje, cnoty, wady potępiał, znajdując zawsze ironiczną stronę we wszystkim, z której się prześmiewać lubił." (s.89)

Kolejny dobry materiał na scenariusz filmowy filmu kostiumowego... ale i tak nie ma co liczyć na taką produkcję.. mamy się przecież zachwycać adaptacjami powieści angielskich...

Józef Ignacy Kraszewski, "Pałac i folwark", Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987

wtorek, 26 lipca 2016

"Doktor Esperanto"

 26 lipca 1887 roku ukazała się książka Ludwika Zamenhofa (pod pseudonimem Doktoro Esperanto), będąca pierwszym podręcznikiem do nauki nowego języka.

Ja podchodziłam do tej nauki dwa razy - pierwszy raz wiele lat temu w czasach jeszcze podstawówki (samodzielnie, bo mieliśmy w domu podręcznik-samouczek). Ale jakoś nic z tego nie wyszło, bo nie miałam do tej nauki towarzystwa. Drugi raz, już z córką licealistką, zaliczyłyśmy kurs podstawowy. Ja niestety na tym etapie się zatrzymałam. 

Żałuję, bo mogłam już kilkanaście lat temu dzięki esperanto nawiązać nowe kontakty - takie po prostu do poznawania świata, których nie przeskoczę bez znajomości języków obcych. A wtedy jeszcze o internecie mało wiedziałam.

Jednocześnie obserwuję wielki upadek zainteresowania esperanto w Polsce po zmianach ustrojowych. W czasach peerelu było to jedno z nielicznych legalnych okienek na świat i stąd pewnie tak duży ruch esperancki w latach 60-tych. A teraz świat stoi otworem, tylko jeszcze trzeba zmusić się do tego wszechobecnego angielskiego. A co, jeśli komuś nie wchodzą do głowy trudne języki?
Bo esperanto ma ten potencjał, że jest językiem łatwym i szkoda, że nie daje mu się szansy chociażby na poziomie prostego komunikatora.

Dostałam tę książkę od rodzinnego esperantysty w czasie drugiego podejścia do nauki


na stronie tytułowej, obok osobistej dedykacji, znalazłam przyklejony jeden z wielu znaczków pocztowych z wizerunkiem Zamenhofa

A sama książka to powieść biograficzna, której bohaterem jest Ludwik Zamenhof. 


Powieść dwujęzyczna - w esperanto i w języku polskim ten sam tekst na sąsiednich stronach.


Nie jest to literatura wielkiego lotu, ale też nie może taka być, jeśli ta lektura przyda się w szlifowaniu języka. Książka zawiera także kilkanaście fotografii przybliżających ludzi, wydarzenia dokumenty, które w czasie jej wydania były na pewno niedostępną z innych źródeł ciekawostką.


Ostatnio dopiero skojarzyłam nazwisko autorki, której dwie "młodzieżowe" powieści mam na półce od dawna. Powinnam już wcześniej zastanowić się, skąd w młodzieżowej opowiastce  z lat 70-tych "Kocha, lubi, szanuje" takie propagowanie esperanto. Teraz, gdy poszukałam informacji o autorce w internecie, wszystko jasne. Prawdziwy esperantysta nie przepuszcza żadnej okazji...

Maria Ziókowska, "Doktor Esperanto", Wiedza Powszechna, Warszawa 1959, wydanie I

poniedziałek, 25 lipca 2016

"Tam i z powrotem" (2001)


Rok 1965. Ceniony chirurg Andrzej Hoffman (Janusz Gajos) marzy o wyjeździe na Zachód, by po wielu latach zobaczyć nareszcie swoją żonę i córkę. Niestety - ciąży na nim akowska przeszłość i szanse na dostanie paszportu są zerowe.
Któregoś dnia Andrzej spotyka chorującego na serce dawnego znajomego Piotra (Jan Frycz). Ten także marzy o wyjeździe - lekarze dają mu najwyżej dwa lata życia, jeśli nie podda się skomplikowanej operacji. Jednocześnie Piotr nie ma złudzeń, że dla byłych akowców drzwi urzędu paszportowego będą zawsze zamknięte. Trzeba więc kupić paszporty na czarnym rynku. Koszty są spore, dlatego nie ma innego wyjścia, jak tylko napaść na przewożący pieniądze konwój. Kiedy Piotrowi udaje się przekonać do swojego pomysłu Andrzeja, wszystko staje się realne. Pieniędzy wystarczy na dwa paszporty, dwie wizy i dwa nowe, bezpieczne "życia" na emigracji. Plan jest niezwykle ryzykowny, ale ma spore szanse powodzenia. Jednak sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy podczas akcji ranny zostaje jeden z konwojentów. Pogotowie zabiera go do najbliższego szpitala. Lekarzem, który będzie go operował, jest Andrzej Hoffman."
czytaj więcej: http://www.alekinoplus.pl/program/film/tam-i-z-powrotem_2673#ixzz4FRvfgZhA


Widziałam ten film już kilka razy, ale nigdy od początku. Ciągle brakuje czasu na systematyczne śledzenie programu telewizyjnego z wyprzedzeniem i tak mi umyka ten filmowy początek. I gdy trafiam na emisję przypadkiem, oglądam ponownie.
Dlaczego?
Bo to naprawdę dobry film - oszczędny w stosowanych środkach wyrazu, ale skutecznie przemawiający. Oparty na dobrym tekście i na grze aktorów - Janusz Gajos jak zawsze nie zawodzi; film bez widowiskowych pokazówek i jakichś wydumanych efektów specjalnych. Kiedyś mówiło się o takich filmach "psychologiczne" - teraz już nie wiem jaką stosować terminologię.
Ten film przypomina stare dobre czasy polskiego kina... teraz już coraz trudniej o takie...

Oprócz wymienionych wcześniej zalet filmu jest jeszcze jedna - wiarygodne odtworzenie rzeczywistości ustrojowej i codzienności życiowej lat 60-tych (szczególnie przygnębiające, ale całkiem prawdziwe szpitalne wnętrza). To ciągłe trzymanie ludzi w strachu i niepewności... wszechwładza bylejakości - miernej ale wiernej... donosicielstwo i podlizywanie się władzy - chyba nawet tzw. " wiecznie pijany element na melinie" pokazany jest tutaj w lepszym świetle niż wykształceni karierowicze dążący bez skrupułów do celu.

Oglądając film szukam zachowanego w nim obrazu mojego miasta, który jeszcze miejscami pozostaje taki sam - obskurne podwórka kamienic, charakterystyczne frontony zabytkowych budynków (siedziba Akademii Muzycznej, bank), kościółek naprzeciwko fabryki Poznańskiego. W kilku ujęciach zachował się widok charakterystycznych zniszczonych ścian fabryki (grały również u Wajdy w "Ziemi obiecanej"). Dziś już są pięknie przebudowaną Manufakturą. Podobnie jak nieistniejący już stary budynek dworca Łódź-Fabryczna (teraz w wielkiej przebudowie) wraz z parkingiem dworca PKS, z którego odjeżdżał autokar "Orbisu".

niedziela, 24 lipca 2016

Niedziela z obrazem (76)

Upalny lipiec w mieście XXI wieku... wokół panuje wyjątkowa cisza... chyba pozostali w domach tylko ci, którzy musieli... nie mogli nigdzie wyjechać. Wrzeszcząca dzieciarnia i podpite nastolatki jeszcze nie wracają do domów na noc.

W takie dni wakacyjne łatwo się rozczulić wspomnieniami dzieciństwa, a w obecnym czasie powracają nieodparcie żniwne obrazki z dalekiej zapadłej podlaskiej wsi. Ciągle wracam pamięcią do tych sielskich dla mnie wtedy miejsc (chociaż widziałam ich prymitywizm przez porównanie z fabrycznym miastem). Nie ma tamtych ludzi, tamtym zabudowań, wieś jakby zamarła w ciszy... gdzie tamten gwar, sznur wyładowanych snopkami wozów, biegnąca obok nich dzieciarnia ze szczekającymi psiakami. Największą atrakcją było móc wdrapać się tam wysoko i przynajmniej wjechać na wozie do stodoły.

Szukałam dziś obrazu oddającego klimat tamtych żniw i spośród kilku wybrałam ten, bo pamiętam mojego Dziadka z kosą rozpoczynającego koszenie, chociaż nowoczesność w postaci snopowiązałki  (konnej) jechała tuż za nim. A my trochę odpoczywając w cieniu (na polach rosły pojedyncze drzewa), czekaliśmy z niecierpliwością na przerwę i skromne jedzenie z podobnych wiklinowych koszyków. W końcu też pomagaliśmy, a wiązanie snopków zapamiętałam do dziś...

Włodzimierz Tetmajer "Żniwa" (1902)


piątek, 22 lipca 2016

Święto chyba skutecznie wymazane z pamięci

... a na pewno z pamięci młodszych pokoleń, które nawet o nim nie wiedzą.
My wiedzieliśmy, bo nam to wkładali w szkole, jak wiele innych propagandowych wiadomości - teraz też taką propagandę serwuje każda władza, tylko oczywiście to są inne treści. Jedne się wymazuje, drugie się przeinacza, inne się nagina... tylko biedne te dzieciaki, którym nikt w domu nie wytłumaczy, jak było naprawdę. Jak widać zawsze rodzina powinna być czujnym wychowawcą patriotyczno-politycznym, żeby nowe pokolenia nie były przejeżdżane walcem kłamliwej propagandy - w żadnym wydaniu i z żadnej strony polityki.

22 lipca - Narodowe Święto Odrodzenia Polski – najważniejsze polskie święto państwowe w okresie Polski Ludowej, obchodzone co roku 22 lipca (do 1989), na pamiątkę rocznicy ogłoszenia Manifestu PKWN w 1944 roku (tak czytamy w wikipedii).


Dla mnie ten dzień przemijał jakoś obok, bo zawsze w tym czasie miałam wolne (wakacje przecież), zarówno w szkole jak i w czasie pracy zawodowej (też wakacje urlopowe). Siedzieliśmy sobie w ogrodzie na leżaku, nie biegając ze szturmówką. Patrząc jednak na te zdjęcia zastanawiam się, jak wielu ludzi dawało się wciągnąć/sami byli chętni/ilu zmuszano to tych "radosnych" manifestacji.. ilu ludziom odpowiadał ten niski poziom festynu z watą cukrową, kiełbasą i grochówką z wojskowej kuchni...

Dzisiaj nie słyszałam w żadnym serwisie informacyjnym chociażby wzmianki, że takie święto kiedyś było... to też forma nauki hisotrii - po prostu o czymś nie mówić.
A ja nie dlatego o tym piszę, że mi żal tego czasu - po prostu tak się przypomniało, jak w tym dowcipie krążącym wtedy i zmodyfikowanym po latach:
"Święto 22 lipca?  - a... to dawniej E.Wedel"
"E.Wedel? - a... to dawniej 22 lipca" 

wtorek, 12 lipca 2016

Przeminęło z Bondem

Z kilku powodów nie oglądam niczego z aktualnej oferty TVP, ale kilka dni temu przy zmianie kanałów trafiłam na "lecący właśnie" jakiś starutki film, a tam na ekranie Roger Moore. Kilkuminutowe oglądanie wystarczyło do umiejscowienia filmu w rodzaju gatunku - to był jakiś przedpotopowy Bond.
A ponieważ nie fascynowały mnie te produkcje i nie obejrzałam ich teraz puszczanych w telewizorze z wieeeloletnim poślizgiem (mam na myśli te najwcześniejsze), więc musiałam poszukać tytułu w internetowej telewizyjnej gazetce.

Okazało się, że to film "Człowiek ze złotym pistoletem" (1974). Tytuł oczywiście dalej mi nic nie mówił, więc oglądałam dalej, mimo, że wpadłam w rozpoczętą już emisję. Oglądałam przede wszystkim dla aktora, którego lubię, ale mimo tej sympatii po pewnym czasie dałam sobie spokój.

Film mnie po prostu znudził... a chwilami wręcz śmieszył. Niestety, wcale nie z powodu komediowej akcji. Wydał mi się przestarzały i śmieszny właśnie z tego powodu. Z archaicznym podtekstem politycznym... z przebrzmiałymi sensacyjnymi wątkami.
Dla mnie ten film nie przetrwał próby zmian w politycznej układance - zaliczam go do grupy tych, które miały znaczenie tylko w swoim czasie. Przy dzisiejszych światowych problemach wydaje się być opowiastką dla małolatów...


poniedziałek, 4 lipca 2016

Wróćmy na jeziora...


"Wróćmy na jeziora..." , piosenka wspomnienie, z niezapomnianym głosem Krzysztofa Klenczona.


Zdjęcia z mojego pierwszego pobytu na Mazurach, jeszcze w czasach studenckich, to czarno-białe prywatne fotki. Z powodu trudności w zdobywaniu klisz fotograficznych (dla młodych to jakieś legendy niezrozumiałe), zdjęcia robiło się z namysłem i bardzo oszczędnie. Dlatego "nie marnowało się" kliszy - poprawki były niemożliwe (pstryk i przepadło), na zdjęcia przyrody, bo nie było na nich koloru. Uwieczniało się ludzi, dlatego nie upubliczniam ich na blogu, chociaż jesteśmy na nich piękni i młodzi...
Z całkiem odwrotnego powodu teraz po latach również tego nie robię, ale mam za to kolorową przyrodę.






"Lato, lato wszędzie" jak w słowach innej piosenki, ale nie zawsze możemy cieszyć się letnimi wyjazdami. Trzeba czasami poddać się życiowym obowiązkom i zrezygnować z przyjemności - to taki moralny przymus, który powinnyśmy przyjąć pozytywni jak tylko się da (robimy coś dobrego dla innych), bo inaczej wpadniemy w straszny depresyjny dół...

I tak... zamiast niemożliwych do spełnienia wyjazdów (przynajmniej teraz), pocieszam się namiastką wizualną jaką jest polski serial "Przystań" - dostępny na platformie vod.tvp.pl. Serial na zupełnie dobrym poziomie, nie jest z gatunku mydlanych oper. Oczywiście nie podniecam się perypetiami młodych ludzi, ale teraz oglądam go powtórnie dla urokliwych, kiczowatych ujęć kamery. Zachody słońca, karmienie łabądków, tłok w porcie jachtowym ... te mazurskie klimaty.  


Nie porównuję serialu z amerykańską produkcją "Słoneczny patrol" - tak był reklamowany w zapowiedziach, bo już od bardzo dawna nie oglądam amerykańskich płatków mydlanych. Chyba zatrzymałam się na etapie "Kojaka", "Porucznika Colombo" i "Aniołów Charliego" oraz serialu "Północ-Południe" z niezapomnianym Patrickiem Swayze.