piątek, 6 maja 2016

Kalendarium: Stanisław Grzesiuk

98 urodziny obchodziłby dziś Stanisław Grzesiuk... śpiewak-amator i pisarz-amator, postać utrwalona w pamięci dzięki osobistym wspomnieniom oraz nagraniom piosenek z podwórkowego repertuaru przedwojennej Warszawy (chociaż nie był urodzonym warszawiakiem).

Ten rodzaj muzyki rozrywkowej nigdy mnie nie zachwycał (w pewnym sensie nawet drażnił charakterystycznym brzmieniem; szczególnie, że nie czuję żadnych związków z tym miastem chociaż to przecież stolica) i być może wcale nie przetrwałby próby czasu, gdyby nie tak ogromne zniszczenie Warszawy i układu społecznego miasta w czasie II wojny światowej. Bieg historii dosłownie zmiótł przedwojenny obraz biednych podwórek i to może było powodem wskrzeszania go przez pereelowską władzę chociażby poprzez promowanie "kultury andrusowskiej". Wiadomo, że oczywiście nie było miejsca na oficjalne wspominanie sanacyjnych wyzyskiwaczy z magnackich pałaców i salonów arystokracji (w pozytywnym sensie)... tworzono przecież nową kulturę ludu pracującego miast i wsi.
A w tym przedziale jakoś zmieściła się również (chociaż nie na pierwszej linii frontu walki ideologicznej) muzyka kapel podwórkowych jako część folkloru robotniczego. Co prawda repertuar niewiele miał wspólnego z nową socjalistyczną klasą robotniczą, bo przypominał  przedwojenne teksty o "czarnych Mańkach", andrusach i cwaniakach, balach na Gnojnej, ale to w jakiś sposób zaspokajało niewybredny gust prostych odbiorców. Dawało również namiastkę powrotu do dawnych czasów. 
Dlatego pamiętam z dzieciństwa piosenki Grzesiuka nadawane w radio, jego płyty w witrynie księgarni.

"Boso, ale w ostrogach", "Pięć lat kacetu", "Na marginesie życia" - przeczytałam wszystkie jego książki, znalezione w biblioteczce mojego Dziadka. Ale... Było to w moich nastoletnich czasach i chyba za wcześniej sięgnęłam po tę lekturę. Na pewno dzisiaj zupełnie inaczej odebrałabym tamte wspomnienia. Było to tak dawno, że pamiętam tylko ogólne wrażenia z lektury, jakieś strzępki bez szczegółów. Na pewno "Pięć lat kacetu" to najtrudniejsza z tych książek, to się pamięta długo, ale po wielu latach to bardziej pamięć tematu niż konkretnych treści.
I właśnie przy tej okazji po raz kolejny nasuwają się pytania: czy wracać do książek dawno przeczytanych, z których tak niewiele się pamięta? do jakich książek wracać?
To pytania z rodzaju szczególnie  indywidualnych - nie ma tu reguły, ani żadnych zasad. Każdy sam dobiera sobie lekturę, a podstawą tego doboru są nasze zainteresowania również innymi tematami niż tylko kolejna powieść ulubionej pisarki/pisarza...

Ja już dawno odstawiłam na bok wszelkie lektury obozowe (po prostu nie mam siły na czytanie tak tragicznych treści) - w pewnym okresie czasu przeczytałam dość dużo i dla mnie były  to wartościowsze pozycje niż te, które powstają teraz. Tamte były tworzone na świeżo, tuż po wojnie. Dlatego ich autentyzm i prostota spojrzenia, w połączeniu z pamięcią niedawnych przeżyć, są wartościami większymi niż chłodne oko historyka. Nawet jeśli w miarę obiektywnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz