poniedziałek, 16 maja 2016

Coroczne święto obciachu

Podobno wszyscy narzekają i krytykują... i podobno wszyscy po kryjomu oglądają...
Nie wiem jak inni... ja od kilku lat, od kiedy festiwal Eurowizji zamienił się w całkowicie anglojęzyczne jęki, wycia, tudzież inne paralityczne drgawki (nie zawsze rytmiczne), oglądam tylko końcówkę ze skrótami piosenek i głosowaniem.
Nudzi mnie słuchanie identycznej sieczki w języku, którego nie znam, więc nie rozumiem żadnego z tych  (w różnym stopniu) "zaangażowanych" tekstów. A do kompletu dobija mnie marudzący monotonnie pod nosem ten sam od lat polski komentator.
Pamiętam z jakim zainteresowaniem oglądałam pierwsze transmisje konkursów, które pojawiły się w naszej telewizji. To miał być powiew z innego świata... w domyśle na lepszym poziomie niż festiwale niby konkurencyjnej Interwizji z czasów bloku socjalistycznego.

A tu kicha, nic z tych rzeczy... na scenie pojawiają się wykonawcy jak z jednej formy - bez żadnego indywidualnego charakteru, który mógłby ujawnić się w klimacie piosenki śpiewanej w ojczystym języku. Przecież dla takiego widza jak ja nie ma znaczenia, czy słucham piosenki śpiewanej po angielsku, czy po turecku... ale w połączeniu z muzyką dałoby lepszy efekt niż wysilanie się w obcym języku.

Jak jeszcze dodamy do tego kicz scenograficzny lejący się na każdym kroku, prowokacje w stylu fińskich potworów, czy niedawnej męsko-damsko-nijakiej kiełbasy oraz polityczną odsłonę głosowania - mamy ten oto medialny produkt XXI wieku.

Czy coś, poza prowokacjami, pamiętamy po latach? Raczej niewiele... i chyba głównie głośne, rytmiczne sceny zbiorowe z trąbami, bębnami i półnagimi ciałami

do wyboru - niewolnica z haremu


lub dziki mięśniak


a może słowiański biust? ... którego satyrę zrozumieli chyba tylko polscy widzowie, bo dla jurorów to zbyt inteligentne aluzje


Dlaczego więc oglądam, skoro tak wszystko krytykuję?
Zastanawiam się, jaką nową głupotę jeszcze wymyślą ci, którzy pchają się, żeby zaistnieć na tej estradzie... za wszelką cenę

3 komentarze:

  1. Od lat nie oglądam całego festiwalu... i też zawsze byłam ciekawa głosowania końcowego. Tak było i tym razem. Ale po tego rocznych występach muszę stwierdzić, że wiele tu się zmieniło na korzyść.
    Coraz więcej ludzi doskonale śpiewających i obłędna scenografia. Ta do występu Rosjanina mnie powaliła .... To były niesamowite widowiska.
    Trzy pierwsze piosenki były świetne, chociaż oboje z mężem uważamy, że była tu polityka, bo Ukrainka wyśpiewała raczej protest song czyli piosenka nadawała się bardziej na festiwal piosenki zaangażowanej / nie wiem czy dzisiaj takie bywają /, ale zrobiła to znakomicie.
    A mnie się podobał Szwed ze swą typowo festiwalową piosenką a nie monumentalnym widowiskiem. Urocza, lekka ....jak on sam. Gdybym ja miała głos oddałabym na niego. Słuchałaś?

    Pozdrowionka przesyłam do Łodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i rzeczywiście coś nieśmiało drgnęło, ale nie sądzę, żeby to zapowiadało jakieś znaczące zmiany. Raczej obawiam się dalszego upolityczniania, zarówno w samych piosenkach jak i w głosowaniu.

      Szwed nie przebił się właśnie dlatego, że za bardzo był w dawnym eurowizyjnym stylu. Gdzie te czasy z ABBĄ i irlandzką piosenką przy gitarze... :)

      Usuń
    2. Może to my Elu jesteśmy sentymentalnie związane z tamtymi czasami.....a tu po nowemu we wszystkim prawie.....świat pędzi jak ćma ku lampie....i wielu się rozbija wpadając we frustrację.....
      A pieniądze i to ogromne nie tam gdzie są prawdziwie potrzebne są wydawane.....taka myśl przychodzi, gdy się ogląda takie wystawne widowiska.

      Usuń