piątek, 29 kwietnia 2016

"Bei Mir Bistu Shein"

Serial "Bodo" rozwija się - oglądam... nie wypowiadam się w trakcie...
Chociaż nie mogę się powstrzymać... - jak zawsze mnie denerwuje rozmijanie się twórców serialu z rzeczywistym czasem pewnych wydarzeń... szczególnie, gdy widzę, że nie ma konieczności takich zmian.
A w przypadku serialu biograficznego większość widzów uzna chronologię wydarzeń podaną w filmie za pewnik, wystarczający informator o życiu bohatera..
W tym serialu zauważyłam już kilka takich "poprawek" rzeczywistości - najbardziej niepotrzebna to śmierć ojca Bodo wykorzystana do podkreślenia dynamiki scenicznego debiutu syna.
Podobnie jest z piosenką wykorzystaną w szóstym odcinku.
Bodo nie mógł jej wykonywać z Zulą Pogorzelską w latach dwudziestych, skoro piosenka powstała później.
Koniec mojego narzekania... 

Historię tej piosenki można znaleźć w anglojęzycznej wersji wikipedii
Nie podejmuję się tłumaczenia z braku znajomości języka - sama przeczytałam przy pomocy wujka guglowego. 


 Wykonanie zespołu "The Andrews Sisters", z 1937 roku, które przyniosło siostrom Złotą Płytę


Polska, "jednosobowa" - żartobliwa i bardziej taneczna wersja Mieczysława Fogga z roku 1938



I wreszcie najpopularniejsza z nowych wersji, będąca częścią składanki sławnych przebojów w chwytliwej aranżacji - mogę jej słuchać bez końca... (niech tam, że to amerykańska cukierkowa muzyczka).. ja lubię takie swingowe klimaty...



czwartek, 28 kwietnia 2016

Pisarze o pisarzach

"Pominąć w sprawozdaniu z wybitniejszych nowości naszych książkę, która niezwykłe wywołała wrażenie, wywołała nadzwyczajne oklaski, była przedmiotem publicznych odczytów, przyznających jej najwyższe znamiona i cechy arcydzieła, byłoby grzechem; mówić o niej, nam szczególniej, bardzo trudno, nie zadając gwałtu przekonaniu własnemu lub nie wchodząc w sprzeczkę z sądem ogółu. Wolelibyśmy stokroć zamilczeć o powieści Sienkiewicza przyznając jej w krótkich słowach, że jest dziełem znakomitym i niepospolitej miary.[...] Moglibyśmy w istocie, zapisawszy fakt ukazania się i przyjęcia powieści, na dziś się tym ograniczyć, zostawując krytykom przyszłości bliższe rozpatrzenie się w tej świetnej epopei, jaką ją głoszą sędziowie. [...]*


Aż łza się w oku kręci, że kiedyś można było pisać tak kulturalnie o "konkurencji". Oczywiście były i ostrzejsze, złośliwe, wbijające pisarzom ostre szpile recenzje i artykuły, krytykujące ich twórczość we własnym środowisku. Ale one również mieściły się na pewnym poziomie, do którego jakże daleko językowi współczesnej publicznej walki na każdym polu - kulturowym, politycznym, społecznym... można wyliczać w nieskończoność.

Co było tematem działalności krytyczno-literackiej Kraszewskiego i jak obszerny to dział jego myśli?
Dorobek krytyka i recenzenta to niezliczona korespondencja do gazet krajowych, częściowo zebrana w kilku wydaniach zbiorowych (głównie przez samego Kraszewskiego.
Ciekawy jest sam spis treści tej książki - co nam mówią poszczególne tytuły? co dziś potencjalny czytelnik wie o poruszanej tematyce, ile zna z wymienionych utworów , czy w ogóle słyszał kiedyś takie nazwiska?



A wracając do "Ogniem i mieczem" ( bo cytat o tej powieści zamieściłam na początku) - co dalej czytamy w recenzji?

Kraszewski przyznaje Sienkiewiczowi, że obraz historyczny epoki jest stworzony genialnie, że wybór treści dramatycznej i tragicznej jest pod względem artystycznym szczęśliwy; krytykuje budowę powieści nazywając ją ułomną... nie będę cytować, ani streszczać całości. Powiem tylko, że zgadzam się z tymi uwagami - dziwne to może się wydawać po tylu latach i w zupełnie innej epoce - prawda?

Szczególnie ten fragment  trafnie oddaje również i moje odczucia dotyczące "Ogniem i mieczem"

   "Kąpiemy się we krwi, poimy łzami, patrzym tak długo na mordy, słuchamy z ust Chmiela tak bolesnych prawd i  obelżywych pogróżek, iż radzi jesteśmy niemal, dobiegłszy do końca i oddychamy lżej, zamykając książkę, aby po tej torturze zwrócić oczy na coś więcej pocieszającego , choćby nie tak genialnie wyśpiewanego". **

"Kraszewski o powieściopisarzach i powieści", opracował Stanisław Burkot, wyd. "Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza", Warszawa 1962
* s.240
** s.241


środa, 27 kwietnia 2016

Szekspir... znany?

Nie będę udawać, że czytanie sztuk Szekspira jest u mnie na porządku dziennym, bo to przecież lektura łatwa i przyjemna... nie dołączę do snobistycznego kółka czytelników pozujących na znawców, którzy z Szekspirem są za pan brat... oczywiście znają jego teksty tak doskonale, że mogą sypać cytatami jak z rękawa  - no... prawie pod rękę z tym kolegą...
Denerwujące to... szczególnie ostatnio, przy okazji wielkiej rocznicy...

Nie czytałam tekstu żadnej ze sztuk, ale też znam najbardziej znane cytaty i potrafię skojarzyć z tytułem.
Oglądałam realizacje tych najbardziej znanych w naszym polskim, nie zawsze docenianym, Teatrze Telewizji... słuchałam w Teatrze Polskiego Radia... widziałam wersje filmowe...
Na przestrzeni lat trochę się zebrało, więc spokojnie mogę uznać swoją znajomość Szekspira za dobrze podstawową... (oby wszyscy chociaż taką posiadali!).


Dlaczego nie chciałam oglądać sztuk Szekspira w teatrze "na żywo" i nigdy nie wybrałam się na żadne przedstawienie?...  przecież mieszkam w dużym mieście, który dorobił się kilku dobrych teatrów...
Nie lubię "teatru w teatrze" z dwóch powodów - obu równie ważnych.
Pierwszy to niestałość wykonania, brak gwarancji, że każde kolejne przedstawienie będzie równie dobre jak premiera. W końcu aktorzy to tylko ludzie, a grając na żywo nie są w stanie zawsze być w najlepszej formie. Jeśli nawet nie przeszkadzają im względy zdrowotne/rodzinne/zawodowe, to mogą sobie odpuścić i chałturzyć na całego. A takiego lekceważenia widza nie uznaję. Ta moja awersja do chałtury w najgorszym wydaniu ma źródło w czasach licealnych, gdy zostaliśmy zapędzeni zbiorowo na popołudniówkę z "Antygoną" (gdy trup ścielący się gęsto na scenie nagle dostał głupawki i śmiech poszedł po sali).
Druga powód mojej niechęci do sali teatralnej to inni widzowie - podobnie jak w kinie nie chcę narażać się na nerwy z powodu chamskiego zachowania innych.

Dlatego wolę wersję "zamkniętą" - realizację wcześniejszą, dopracowaną, poprawioną...



A lekko celebrycki współcześnie "Zakochany Szekspir"
Podoba mi się ten film... pierwszy raz widziałam go dość szybko po polskiej premierze - w autobusie zmierzającym na prom w Bruggi, którym płynęliśmy... (nomen omen) do Szkocji.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Literackie miejsca (3) - Najstarsza księgarnia świata

Pozostając jeszcze w świątecznym klimacie Światowego Dnia Książki chcę zajrzeć wirtualnie do najstarszej księgarni świata. To historyczne miejsce znajduje się w Lizbonie - księgarnia, która nieprzerwanie działa od 1732 roku.
 Czytaj więcej: http://www.polskatimes.pl/artykul/3645598,najstarsza-ksiegarnia-swiata-lizbona-czy-krakow-zobacz-zdjecia,id,t.html


Takie miejsca działają (a przynajmniej powinny działać) na wyobraźnię prawdziwych miłośników książek - to przecież obok biblioteki/wypożyczalni oraz rodzinnych spadków, podstawowe źródło "zaopatrzenia".







Księgarnie - jeszcze tak niedawno uznawane za prawdziwe "świątynie sztuki", a dziś? - w Polsce odchodzą w zapomnienie... likwidowane... zamieniane w sklepiki typu "mydło i powidło"... aż żal, że tak upragniony wolny rynek wraz z podniesieniem poziomu edytorskiego nie idzie w parze z rozwojem rynku księgarskiego, a wręcz odwrotnie...

sobota, 23 kwietnia 2016

piątek, 22 kwietnia 2016

Pamiętniki Jane Austen(?)

   "Pierwsze promienie słońca wślizgnęły się przez zasłonę, gdy Cassandra poruszyła się na swoim łóżku i spojrzała na mnie zaspana:
- Jane? Czy coś się stało? Dlaczego nie jesteś w łóżku?
- Przez sześć dni - szepnęłam zbolała - otoczona byłam najdroższymi naszymi przyjaciółkami. Rozkoszowałam się cudowną okolicą, pięknymi, przestronnymi pokojami z boazerią... Oświadczyny Harrisa dopełniły czaru. Ale zgodziłam się tylko z wyrachowania, myśląc o naszych finansach. Nie kocham go! Nigdy nie będę zdolna go pokochać! Czuję się tak, jakbym właśnie zawarła pakt z samym diabłem ; życie w komforcie i dostatku za wieczną samotność i nieszczęście!
   - Jane, uspokój się. Wracaj do łóżka, śpij. Rano zobaczysz wszystko w innym świetle.
   - Już jest ranek! - jęknęłam. - I nie spocznę, póki nie naprawię tego, co zepsułam tak pochopnie. Och, siostrzyczko! Gdy pomyślę o strasznym bólu, jaki sprawię, o złych uczuciach, jakie wywołam... Ale nie mogę wyjść za Harrisa. Po prostu nie mogę.
   Nic, co kiedykolwiek powiedziałam czy zrobiłam, nie zraniło tylu osób, jak cofnięcie mojego słowa tamtego dnia.
   Harris siedział już w pokoju śniadaniowym. Zalewając się łzami, wymówiłam słowa, które musiały paść: przepraszałam za nierozwagę, przyznałam, że popełniłam wielki błąd, że wina leży po mojej stronie. Jego reakcja była w zupełności zgodna z jego charakterem. Spojrzał na mnie z nienawiścią i pomieszaniem, a potem odwrócił się na pięcie i wypadł z pokoju bez słowa"
Syrie James "Pamiętniki Jane Austen", tłumaczenie Maria Smulewska, Wydawnictwo "Otwarte" 2009, s.87-88

Podobnie jak wiele innych czytelniczek (panów raczej nie widzę w tym gronie) "dałam się podejść" i przyjęłam tytuł za pewnik.
Ale... po prostu... pewnego dnia zbyt długo błąkałam się po swojej Bibliotece Dzielnicowej nie mogąc na nic się zdecydować. To był jakiś wyjątkowo niedobry dzień, bo zamiast listy książek, o które mogłabym zapytać, miałam całkowitą pustkę w głowie. Zajrzałam więc do półki "kobiecej literatury" i tam znalazłam ten pamiętnik. Nie przejrzałam książki na miejscu, więc dopiero w domu zaczęłam oględziny.

Fakt, że uznałam książkę za rzeczywisty pamiętnik oznacza nie moją naiwność w tym względzie, ale moją całkowitą nieznajomość dorobku Jane Austen. Jedyną jej powieścią jaką znam jest "Rozważna i romantyczna" (kupiłam tanie wydanie z jakąś gazetką po obejrzeniu w telewizji ekranizacji). Dlatego nie jestem tak zorientowana w temacie, jak zagorzałe wielbicielki tej pisarki, które znają na pamięć nie tylko całą listę jej powieści, ale całe ich fragmenty. Stąd ich irytacja i złość, gdy w tym rzekomym pamiętniku znajdują zapożyczenia, pomysły i cytaty z innych książek.
Coś mi zaczęło nie pasować już w trakcie czytania wstępu od autorki - Syrie James, więc czym prędzej zajrzałam na koniec... a tam rozwiązanie zagadki.
Przyznaję, że to w dużym stopniu ostudziło moje zainteresowanie książką, ale jednak zaczęłam czytać.
Niestety... czytałam i męczyłam się zmuszając do czytania... robiłam przerwę na kilka dni... wracałam do książki... W ten sposób nie dojechałam nawet do połowy, kiedy stwierdziłam, że kompletnie mnie nie interesuje - tak mnie nudzi, że nie jestem w stanie nawet zapamiętać imion i nazwisk pojawiających się w niemrawej akcji osób.I definitywnie książkę odłożyłam .

Nie wiem, na ile udało się autorce naśladować styl Jane Austin. Mnie "Rozważna i romantyczna" nijak nie zachwyciła (pozostanę przy wersji filmowej)... a na pewno nie do tego stopnia, żeby czytać inne powieści i w ogóle ulegać tej anglomanii w dawnym stylu. Na pewno przeczytam jeszcze jedną z powieści Austin, którą znalazłam w Starej Szafie, ale to prawdopodobnie będzie koniec moich spotkań z tą literaturą.

czwartek, 21 kwietnia 2016

"Dom dusz"


"Adaptacja powieści chilijskiej pisarki Isabel Allende z gwiazdorską obsadą. Pełna namiętności, pokoleniowych oraz politycznych konfliktów epicka saga rodziny plantatorów, ukazana na tle skomplikowanej historii Ameryki Południowej."
czytaj wiecej: ale kino+
Po obejrzeniu tego filmu zainteresowała mnie powieść, na podstawie której film powstał. Ze względu na nazwisko autorki - Isabel Allende, a przede wszystkim na tematykę. Może czas zainteresować się bliżej literaturą tamtej strony świata, bo prawdę mówiąc mam o niej niewielkie pojęcie.
Docierały do nas informacje o wydarzeniach w Chile, nazwiska Allende i Pinochet powtarzały się często w kontekście krwawych wydarzeń, ale to strona polityczna (z odpowiednią wtedy propagandą). Prawdziwej rzeczywistości nie znaliśmy i nie znamy - za daleko od naszych europejskich spraw.

Sam film jest ciekawym obrazem, chociaż jak zawsze jestem zwolenniczką tworzenia kina danego kraju przez jego artystów. Tak jak uważam, że tylko Rosjanie potrafią oddać prawdziwą duszę rosyjskiej literatury, tak i w tym przypadku być może "miejscowa" obsada aktorska byłaby lepszym rozwiązaniem. Chociaż podkreślana w zapowiedziach obsada jest rzeczywiście gwiazdorska, to nie odnalazłam tam klimatu południowoamerykańskiego. Raczej hollywoodzkie dobre kino. Owszem, przekaz filmu odnosi się do wartości uniwersalnych, ale sceneria mogłaby być równie dobrze meksykańska, albo każda inna.  Nie wnikam głębiej w to, czy film powinien pokazać więcej wątków  rodzinnych, czy politycznych, bo nie wiem na ile wykorzystano powieść. 
Odcinając więc film od powieści można ocenić samą grę aktorską. I tu numerem jeden jest dla mnie Jeremy Irons - wspaniała kreacja... można by nawet powiedzieć lekko złośliwie, że dlatego jest najbardziej prawdziwy jako "pan", bo niewiele mówi. Obok niego - piękna rola Meryl Streep. Najbardziej rozczarowuje w tym towarzystwie Antonio Banderas, ale może dlatego, że nie miał możliwości bardziej się pokazać.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Czytanie we właściwym czasie, czyli moje odkurzanie Kraszewskiego

Będąc na etapie gruntownego porządkowania Starej Szafy (czyli rzeczywistego obcowania z książkowym kurzem), dałam się na całego wciągnąć/sama się wciągnęłam, w czytanie naszego pisarza o chyba największym dorobku.

Józef Ignacy Kraszewski - to nazwisko już dawno odsunięte w kąt zainteresowań współczesnych młodych czytelników... bo nudziarz... bo pisał zbyt obszerne tomiska... bo język archaiczny i niezrozumiały... bo dawne czasy nieciekawe... i takie tam inne przeszkody...
Nie zamierzam nikogo zachęcać i namawiać do lektury JIK... inni już to zrobili wcześniej i lepiej... - "Projekt Kraszewski", a przede wszystkim do samego czytania Kraszewskiego dla przyjemności trzeba naprawdę "dojrzeć".

Ja dojrzewałam bardzo długo... aż sama nie mogę uwierzyć, że przez tyle lat nie sięgnęłam po którąkolwiek powieść JIK, mając do wyboru pokaźny ich zbiór w naszej Starej Szafie. Już nie mówić o tym, że jakoś przemknęłam na studiach bez tej lektury (nie pamiętam, czy coś było w czasach licealnych do przeczytania, bo to całkiem zamierzchła przeszłość).

Pamiętam natomiast bardzo dobrze okoliczności zniechęcenia, chociaż chronologicznie nastąpiły jeszcze wcześniej.  Po obejrzeniu w telewizji filmu "Hrabina Cosel", zachwycona rzuciłam się do Szafy w poszukiwaniu książki. Wtedy jej nie znalazłam, chociaż okazało się, że jest tam kilka różnych wydań. Natrafiłam za to na "Brühla", coś mi kołatało, że to te same czasy i w ogóle tematycznie związane.... Zaczęłam czytać i poległam... nie byłam w stanie skupić się, tekst mnie nudził, nie rozumiałam treści... ogólna porażka. Jeszcze dobiło mnie paskudne wydanie z lat 60-tych - na jakimś fatalnym papierze gazetowym, gdzie kartki były ordynarnie złączone za pomocą zszywacza (więc książka nie dawała się w pełni otworzyć). I w ten oto sposób historia zdolnego królewskiego ministra odstraszyła mnie od Kraszewskiego na naprawdę długie lata. Czy byłam za młoda i za głupia? chyba tak.

Dopiero gdy pojawił się blog kresowy, powróciłam do Kraszewskiego. Było to sięgnięcie do "Powieści ludowych", które od lat stały u mnie na półce (na samym froncie, można rzec), jako ten wyrzut sumienia i dowód zaniechania.


I odnalazłam się w tym pozytywistycznym świecie, którego język i styl najbardziej lubię w powieści... szkoda mi straconego czasu lektury, ale jeszcze mogę to nadrobić i poczytać to i owo...



poniedziałek, 18 kwietnia 2016

"Gniazdo" (1974)


"Gniazdo" to opowieść o księciu Mieszku I. Dzień przed wielką bitwą pod Cedynią władca wspomina swoją drogę do władzy i zmagania towarzyszące rządzeniu krajem. - ale kino+



Dobry film... z jeszcze lepiej oceniany kreacjami aktorskimi... zrealizowany w czasach zgrzebności technicznej polskiego kina...
jaka szkoda, że dzisiejsza technika nie idzie w parze z dobrym poziomem artystycznym filmów, gdy schlebia się prymitywnym gustom i skleja migające obrazki w stylu reklam na wzdęcia...

niedziela, 17 kwietnia 2016

Niedziela z obrazem (69)


Najczęściej w swoich wpisach nie dołączam do obrazu szczegółowych analiz i wyjaśnień, ale to nie jest jakaś żelazna zasada od której nie ma odstępstwa. Owszem, lubię oglądać obraz bez zewnętrznej interpretacji, bo nie jest moim celem studiowanie malarstwa od tej strony. A dodatkowo taka cudza opinia przeszkadza mi w prywatnym (jak najbardziej amatorskim) delektowaniu się po prostu sztuką - bez jej oceniania, kwalifikowania, klasyfikowania. O czym już wcześniej wspominałam.

W tym przypadku jednak chciałam zdobyć więcej informacji o obrazie, a przy okazji (jak to zwykle bywa) odkryłam nowe strony poświęcone malarstwu.
Szersze opracowanie dotyczące obrazu można znaleźć m.in.TU

Jan Matejko "Zaprowadzenie chrześcijaństwa R.P. 965" (1889)

sobota, 16 kwietnia 2016

"Tysiąc szkół na tysiąclecie"...

... takie hasło, obok "Obchody Millenium" pamiętam z dzieciństwa... brzęczały wtedy ciągle z radiowego pudełka informacje mało interesujące nas - pokolenie wyżu demograficznego, dla którego owe szkoły budowano: Szkoła-pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego.

Przypomniały mi się teraz Tysiąclatki, gdy w innej formie i pod innymi hasłami obchodzona jest 1050 rocznica chrztu Polski. W latach socjalistycznej Polski było to Millenium, Tysiąclecie państwa polskiego - w oficjalnej terminologii i kalendarzu o stronie religijnej nie mówiono zbyt wiele - obchody państwowe były całkowicie rozdzielone z kościelnymi. Dziś - w Polsce - no właśnie, w jakiej Polsce? - dominuje religijny, kościelny charakter obchodów, z głównym akcentem na chrzest.

"W związku z potrzebami szkolnictwa, wynikającymi z wchodzenia w wiek szkolny wyżu demograficznego lat 50. XX w., masowo budowano w Polsce w latach 60. budynki oświatowe, głównie szkoły podstawowe. W sytuacji ogromnego przeludnienia izb lekcyjnych (w 1961 r. na 1 izbę lekcyjną przypadało prawie 74 uczniów) wybudowanie nowych placówek oświatowych stało się koniecznością.
Nazwę szkół „tysiąclecia” powiązano z obchodzonymi oficjalnie uroczystościami 1000-lecia Państwa Polskiego, przypadającymi na 1966 rok. Hasło budowy „tysiąca szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego" rzucił Władysław Gomułka, 24 września 1958 roku.
Pierwszą szkołą-pomnikiem została Szkoła Podstawowa nr 7 im. gen. Karola Świerczewskiego w Czeladzi, której uroczyste otwarcie miało miejsce 26 lipca 1959 roku.
[...]  W związku z zimną wojną, trwającą wówczas pomiędzy krajami bloku wschodniego a krajami zachodnimi, część szkół posiadała schrony przeciwlotnicze. Przeznaczeniem tych budynków, uwzględnianym podczas projektowania, było również użycie ich w razie wojny w charakterze szpitali polowych. W pracach związanych z budową uczestniczyli także ochotnicy a część środków finansowych pochodziła ze społecznych składek wpłacanych przez zakłady pracy, kopalnie i osoby prywatne. Do końca 1965 r. na specjalnym koncie zebrano 8,5 mld zł; wpłat dokonywała też Polonia – z jej składek zebrano 210 tys. dolarów" - wikipedia

Kiedyś uwieczniane na pocztówkach z widokami miast, a teraz? ...
Teraz zastanawiam się, jaki los spotkał te szkoły po zmianach ustrojowych w Polsce. Czy zmieniono im tylko patronów, czy także przeznaczenie? Może nie stawiałbym sobie takich pytań, gdyby nie zmiany, którym uległy dwie Tysiąclatki mijane przez nas wielokrotnie.

Pierwsza to szkoła w Grotnikach, miejscowości letniskowej blisko Łodzi. Mijamy szkołę ponad 30 lat, jadąc na działkę w lesie. Długo budynek pozostawał w niezmienionym stanie, aż pewnego dnia zauważyliśmy tablicę z nowym patronem szkoły. Już nie Władysław Broniewski, a Jan Paweł II.

Drugą sztandarową budowlą jest, a właściwie już była szkoła na ulicy Pojezierskiej 45 - pierwsza łódzka tysiąclatka, którą w 1960 roku. otwierał sam Władysław Gomułka. W starej szkole teraz powstanie hospicjum...

Jakże to wymowny znak czasów...


piątek, 15 kwietnia 2016

"Tajemnice początków Polski. Krzyż i korona" (2016)

Od dawna interesujemy się (ja i mój mąż) naszą najdawniejszą historią i cieszy fakt, że pojawia się coraz więcej publikacji na ten temat.
Wśród programów, dyskusji i emitowanych filmów, związanych z tematyką chrztu Polski - ten film jest jedną z najnowszych produkcji. 
Emisja w TVP Historia w sobotę, 16 kwietnia, godz. 21. 
Powtórki: poniedziałek 18 i wtorek 19 - w  TVP1



"Historia długiej drogi chrystianizacji państwa pierwszych Piastów. Dokumentaliści, w oparciu o najnowsze ustalenia naukowców, przedstawiają przemianę państwa, które porzuciło wierzenia pogańskie, by dołączyć do wspólnoty krajów chrześcijańskich. Prezentowane są m.in. szczegóły chrztu Mieszka I i jego najbliższego otoczenia nad Jeziorem Lednickim, a także koronacji Bolesława Chrobrego w katedrze gnieźnieńskiej w 1025 roku. Obok wiadomości funkcjonujących w powszechnym obiegu pojawią się nowe, nieznane jeszcze szerzej hipotezy i interpretacje związane z okolicznościami narodzin polskiej państwowości". - źródło

czwartek, 14 kwietnia 2016

U świtu dziejów

   "Książę nowego Boga, co Go z Czech księżna przywiozła, wywyższy, a naszych starych, dobrych panów bogów - pokłonił się z czcią ogniowi - poniży. Poniży, powiada, precz wyżmie.
   - Nie gadajcie po próżnicy -  zgromił go gospodarz i z lękiem spojrzał na płomień. Strzelał raźno skrami, swarzył się z polanami niefrasobliwie i Dobek poczuł się uspokojony.
   - Przywiodła Dobrawa swojego Boga i swoich żerców - rzekł pojednawczo - niech ta będą. Nasze prawe bogi ostaną, jak były. Miejsca jest dość.
   - Nie chce ten nowy, bo chciwy. Sam jeden ma ostać, a innych nie lza. Przyjechały już z Czech jego sprawcy. Księdzami ich zowię, jakby z książęcej krwi były! Powiadają, że będą gnać starych bogów, a ludzi chrzcić...
   - Co to znaczy chrzcić? - zapytał gospodarz drżąc.
   - Do rzeki zagonią, woda poleją, imię stare zabiorą, nowe dadzą...
   - Imię zabiorą?! Krzyknęli wszyscy przerażeni.
   Nic gorszego nie mogli sobie wyobrazić. Zabrać imię to prawie tyle co zabrać życie. Bo w imieniu tkwi zaklęcie chroniące zdrowie i siły, rękojmia opieki dawno zmarłych dziadów.
   Zabrać imię!...

[...] książę Mieszko zjechał do grodu z żoną Dobrawą, drużynnikami i kupą obcych księży. Niektórzy pochodzili z Czech, wielu z dalekich, nieznanych tu krajów, Italii i Francji, gdzie nowy Bóg od wieków był zasiedziały [...]

[...] - ...Nie lękajcie się, ale weselcie. Radosny jest dzisiejszy dzień. Pójdźcie wszyscy przyjąć łaskę chrztu świętego. Otrzymacie godność chrześcijan, synów Bożych. Nie sług, ani niewolników, lecz synów... Niełacno wam dzisiaj to pojąć, ale niedługo zrozumiecie i będziecie się radować... Kto chrześcijaninem się zowie, nic mu nie może zaszkodzić. Imię boga prawdziwego będzie wam odtąd tarczą i ostoją... Pójdźcie..."
Zofia Kossak "U świtu dziejów", ze zbioru "Bursztyny"

 

wtorek, 12 kwietnia 2016

"Młody las" (1934)

Film w reżyserii Józefa Lejtesa na podstawie sztuki Adolfa Hertza.


"Rok 1905. Na lekcji historii Janek Walczak przeciwstawia się profesorowi, który twierdzi, że największym wodzem był Suworow. Grozi mu usunięcie ze szkoły. Godzi się na przeprosiny ze względu na ubogą, ciężko pracującą matkę, lecz w czasie ceremonii załamuje się i mdleje...

Stefan Kiernicki, syn znienawidzonego inspektora szkolnego, przechodzi znamienną ewolucję. Od postawy asekuranckiej, poprzez próbę samobójstwa, kiedy zostaje zbojkotowany przez kolegów i opuszczony przez ukochaną Wandę, aż po włączenie się do akcji strajkowej. Działania polskich uczniów popierane są przez ich rosyjskich kolegów. Młodzi wychodzą na ulicę. Już nie tylko spiskują potajemnie, lecz rozpoczynają otwartą walkę. Razem idą też Stefan i Wanda, którzy po pokonaniu wielu przeszkód znaleźli drogę do swoich serc."
- akademiapolskiegofilmu.pl 

W 1935roku  film zajął pierwsze miejsce w ankiecie czytelników tygodnika "Kino".
Był wyświetlany w 1935 roku na I Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Moskwie. Zachwycali się nim uznani reżyserzy kina radzieckiego, a film nie otrzymał nagrody głównej prawdopodobnie z powodów politycznych.
W obsadzie tego filmu znajdziemy znane aktorskie nazwiska tamtych czasów: Stefan Jaracz, Kazimierz Junosza Stępowski, Adam Brodzisz, Maria Bogda, Tekla Trapszo, Tadeusz Fijewski. Są tu "młodzi" i "starzy", co dobrze wykorzystał reżyser - młodzieńczy patriotyczny entuzjazm przeciwstawiony belferskiej zatwardziałej skorupie.
Jednak najbardziej wzruszający jest Michał Znicz, w przejmującej roli starego profesora.


poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Dzień z obrazem (68)

11 kwietnia 1852 roku urodził się  Leon Jan Wyczółkowski - jeden z czołowych przedstawicieli Młodej Polski (nurt realistyczny).

 Nie mogłam się oprzeć... tylko ten obraz malarza pasuje do dzisiejszego dnia...

Leon Wyczółkowski "Wiosna w Gosieradzu" (1931)


sobota, 9 kwietnia 2016

Literackie miejsca (2) - Oblęgorek

W zapomnianym pudełku z różnymi swoimi starociami znalazłam niedawno czarno-białe zdjęcie ze szkolnej wycieczki. Nie zostało opisane, więc potrzebowałam trochę czasu na umiejscowienie roześmianej grupki dzieciaków z podstawówki. I z trudem rozpoznałam siebie wśród nich. Do dziś nic już nie zostało w pamięci z tej wycieczki, ale na pewno wtedy przyniosła jakieś korzyści poznawcze, skoro po latach chciałam tam wrócić. W czasie wakacyjnych podróży w latach 90-tych (wtedy byliśmy w Górach Świętokrzyskich), wybraliśmy się na rodzinną wycieczkę do muzeum. Niestety, pechowo trafiliśmy z terminem, bo zastaliśmy bramę zamkniętą i mogliśmy tylko podziwiać widoki ogólne.


A skoro ten wycieczkowy etap w moim życiu chyba powoli odchodzi do przeszłości, przerzucę się na wirtualne zwiedzanie dzięki możliwościom internetu (co najbardziej w tym wynalazku doceniam).

 Gabinet pisarza
"Wyposażenie gabinetu: meble, obrazy, książki oraz dary jubileuszowe Sienkiewicz przywiózł do Oblęgorka w 1902 r. z warszawskiego mieszkania. Stojące na pierwszym planie solidne dębowe biurko pisarz zakupił specjalnie do tego pomieszczenia i przy nim tworzył m. in. fragmenty W pustyni i w puszczy. Natomiast mahoniowe biureczko należało do pierwszej żony Sienkiewicza - Marii z Szetkiewiczów. Na tym biurku w owalnej, czarnej ramce stoi jej zdjęcie. Była to ukochana żona Sienkiewicza.
W całym muzeum jest bardzo dużo darów jubileuszowych, które Sienkiewicz otrzymał od osób prywatnych, instytucji, a nawet miast. Na biblioteczce obrotowej stoi miniaturka pomnika Unii Lubelskiej - dar od mieszkańców Lublina, obok na biurku, srebrna statuetka dwóch pierwszych władców Polski: Mieszka I i Bolesława Chrobrego - dar miasta Poznania. Na regale kaseta z herbem Litwy Pogonią i nazwami miejscowości opisanych w Potopie. Wewnątrz znajdują się fotografie tych miejsc. W wykuszu stoi bogato zdobiony fotoplastykon z fotografiami - dar od mieszkańców Witebska.

Kolejne dary ustawiono na biurku mahoniowym. Jest to zegar alabastrowy z dedykacją: Henrykowi Sienkiewiczowi, pamiątka z Dzikich Pól"; ozdobiony srebrną statuetką Polonii, na kuli spod Beresteczka i na kurhanie stepowym. Obok leżą trzy kule, największa to kula szwedzka wydobyta z murów klasztoru Jasnogórskiego - dar od Paulinów, mniejsza to kula kozacka spod Zbaraża, trzecia najmniejsza pochodzi z bitwy pod Szczekocinami. Obok małe działko, zwane wiwatówką dworską", które jest darem od zaprzyjaźnionej rodziny Firlejów.

W gabinecie umieszczono także kolekcję broni bliskowschodniej oraz trofea myśliwskie: rogi antylop afrykańskich oraz łeb łosia upolowanego w Dubnikach na Litwie. Przedmioty te świadczą o zamiłowaniu Sienkiewicza do podróży, podkreślają także myśliwską pasję pisarza.

W Pałacyku znajdują się piękne piece, które są przykładem kunsztu XIX - wiecznych kaflarzy i zdunów."
Muzeum Henryka Sienkiewicza w Oblęgorku

piątek, 8 kwietnia 2016

"Sprawa do załatwienia" (1953)

Z okazji wczorajszych urodzin Adolfa Dymszy (ur. 7 kwietnia 1900 roku) wybrałam z ogromnego dorobku aktora film powojenny, w którym Dymsza wcale nie grał roli głównej. Pojawia się na ekranie w różnych postaciach, ale za to jakich! 




"Zainspirowana jednym z programów rewiowego teatru "Syrena" komedia satyryczna o codziennych bolączkach warszawian, wymierzona przeciwko spekulantom, bumelantom i biurokratom. Dziennikarz telewizyjny Stefan Wiśniewski przyjeżdża do prowincjonalnej fabryki obuwia, aby tam nakręcić reportaż o przodownicy pracy, Zosi Lipińskiej. Przy okazji obiecuje jej pomóc w załatwieniu pianina dla zespołu świetlicowego. Kiedy jednak Zosia przyjeżdża do stolicy po instrument, okazuje się, że Stefan zapomniał o złożonej wcześniej obietnicy. Chcąc się zrehabilitować, natychmiast przystępuje do działania, ale oboje natrafiają na liczne przeszkody. W staraniach przeszkadza im opryskliwy taksówkarz, gburowaty kelner, referent-biurokrata, chuligański kibic, kumoterski ekspedient. Wszystko jednak kończy się pomyślnie - zespół otrzymuje pianino, a między młodymi rodzi się uczucie. W filmie tym Adolf Dymsza wystąpił w ośmiu rolach - pasażera wagonu sypialnego, szofera taksówki, prelegenta, kelnera, referenta, sprzedawcy, bikiniarza i boksera. Jego znakomite epizody stanowią największą wartość filmu". - film.polski.pl


Sam film to czysta klasyka socrealizmu (ze wszystkimi propagandowymi chwytami i wadami), ale jednocześnie jest historycznym już dziś dokumentem zachowującym realia i codzienność lat 50-tych.
 źródło zdjęć

czwartek, 7 kwietnia 2016

Miłość i śmierć

 
   "Namiętności są silniejsze od uczuć rodzinnych. Aby zachować Małgorzatę, gotów byłem walczyć nawet z ojcem.
   - No więc, nadeszła pora, aby zacząć żyć inaczej.
   - Dlaczego to, drogi ojcze?
   - Dlatego, że twoje postępowanie podrywa szacunek, który rzekomo żywisz dla swojej rodziny.
   - Nie umiem sobie wytłumaczyć tych słów.
   - No, to ja ci je wytłumaczę. Że masz kochankę - to jest w porządku. Że płacisz jej jak przyzwoity pan powinien opłacać miłość dziewczyny lekkich obyczajów - to też jest w najlepszym porządku. Ale że dla niej zapominasz o sprawach najświętszych, że pozwalasz na to, aby pogłoski o twoim skandalicznym zachowaniu docierały aż do mnie na prowincję i rzucały cień na szacowne nazwisko, jakie ci dałem, oto czego być nie powinno i czego nie będzie."

Aleksander Dumas "Dama kameliowa", Wydawnictwo łódzkie, Łódź 1979,  s.164 
Sięgnęłam po książkę zaledwie dwa lata temu, chociaż stoi na półce od roku tego wydania (nie wiem dlaczego tak długo musiała czekać w kolejce). A  wraz z upływem czasu wszystkie mądrości, które wtedy miałam do napisania świeżo po lekturze już dawno wyparowały. Być może należałoby po prostu przeczytać książkę jeszcze raz, ale na to nie mam już ochoty (przynajmniej w najbliższym czasie). Słynny melodramat okazał się mdły i chwilami nużący - chyba nie do końca wytrzymał próbę czasu.

Gdy czytam powieść mającą już tyle lat (pierwsze wydanie w 1848 roku) najczęściej zwracam uwagę na zapis rzeczywistości. W tym przypadku bardziej skierowałam się na uczucia.
Utrwalone w powieści układy społeczne niby już odeszły w przeszłość, chociaż tak naprawdę nie do końca. Zmieniła się tylko scenografia, rekwizyty i język, jakim mówimy o pra-wnuczkach dawnych kameliowych dam...

środa, 6 kwietnia 2016

"O północy w Paryżu" (2011)



"Nie zadowala nas teraźniejszość, bo nie zadowala nas życie" - mówi główny bohater


Lubię filmowe chwyty z przeniesieniem w czasie... a szczególnie w takim wydaniu...
... oglądamy pięknie zrealizowane klimaty lat 20-tych... Paryż... stroje...muzyka.. urocze bibeloty... a wśród tych dekoracji sławni ludzie w paryskiej codzienności...
więcej o filmie

wtorek, 5 kwietnia 2016

"Rodzina" Antoniego Słonimskiego

 Rodzina. Komedia w 3 aktach, (prapremiera: Warszawa, Teatr Nowa Komedia 1933, druk: "Wiadomości Literackie" 1934 nr 13)

" Najlepsza ze sztuk Słonimskiego, grana do dziś Rodzina (1933), daje satyryczną wizję Polski rozpiętej między dwoma totalitaryzmami i wyszydza hitlerowski rasizm".CULTURE.PL


" Głową rodziny jest Tomasz Lekcicki, zbankrutowany hrabia (acz tytułu nie używa), niepoprawny uwodziciel ("co drugie" dziecko w miasteczku ma taki sam krzywy nos), niewydarzony wynalazca (m.in. wymyślił żniwiarki z anteną i radioodbiornikiem, żeby się chłopom lepiej pracowało, niestety, w radiu dawali akurat muzykę organową i baby w polu poklękały). Siostra pana Tomasza, Lucysia, stale pociągająca z podręcznej buteleczki, od ośmiu lat pisze jeden wiersz i wciąż poszukuje jednego rymu. Jedyną praktyczną osobą w rodzinie jest córka pana domu, Marysia. Aby chronić najbliższych przed zupełnym bankructwem postanawia urządzić w rodowej siedzibie pensjonat. Przybywają pierwsi goście "z ogłoszenia", państwo Kaczulscy, właściciele pralni. Dziewczyna przedstawia ich ojcu jako rodziców koleżanki, lecz i tak zderzenie dwóch światów - dbającej o wykwintne formy arystokracji i prymitywnych "strasznych mieszczan" - jest wstrząsem (dla widzów przekomicznym). Z kolei starosta prosi o gościnę dla "grubej ryby" z zagranicy. Sowiecki komisarz Lebenson wybiera się w odwiedziny do matki w miasteczku, a tam bieda i brud, więc tylko w pałacu można zakwaterować dygnitarza. Pan Tomasz, który całe życie kierował się zasadą "wolnoć Tomku w swoim domku", nie ma zamiaru podporządkować się zaleceniom przedstawiciela władzy państwowej. W lekcickim salonie zjawia się też niespodziewanie gość z Bawarii, w wojskowym uniformie, z partyjnym znaczkiem wpiętym w krawat, z wąsikiem a la Hitler. Młody człowiek pochodzi z tych stron. Wychował go i dał mu swoje nazwisko dzielny niemiecki oficer. Jednak Hans von Stuck musi odnaleźć swojego prawdziwego ojca, by dowieść swego aryjskiego pochodzenia i oczyścić się z oskarżeń pewnego pismaka, że spłodził go tutejszy Żyd. Pan Tomasz, z niesmakiem przyjmujący hitlerowską ideologię i retorykę, jest gotów dać Hansowi zaświadczenie na piśmie, że z jego matką łączyły go pewne stosunki. Jednak Michał, arogancki lokaj pokrzykujący na wszystkich domowników (ma prawo, on też jest z nimi blisko spokrewniony) przypomina sobie, że śliczną Rózię "od dzieci" odprawiono, bo łaził do niej chłopak od młynarza. Hans nawet cieszy się, że jego ojcem może być zdrowy polski chłop, nie zdegenerowany arystokrata". Nalega, by sprowadzić go do dworu, ale Michał nie chce jechać "po tego parcha". - FilmPolski.pl

Świetna obsada (głównie krakowskich aktorów) i tekst do dziś aktualny



poniedziałek, 4 kwietnia 2016

"Pod jednym dachem, pod jednym niebiem"


"Babka Izabelka wróciła znów do modlitwy, ale nie czytała już litanii z książeczki, zaczęła odmawiać swój codzienny pacierz - "Ojcze Nasz", "Zdrowaś Mario", "Aniele Boży, stróżu mój", "Kto się w opiekę"... aż przy wyznaniu wiary zatrzymała się przy słowach: świętych obcowanie. Jak ciepły powiew ogarnęło ją błogie marzenie - dlaczego to tylko święci mieli dostępować łaski obcowania ze sobą , dlaczego zwykli ludzie, jeśli tylko poczciwie przeżyli życie, nie mogliby w niebie spotkać się ze swymi bliskimi? Nie po raz pierwszy chciało jej się - na pociechę - myśleć o tym, że to powinno być możliwe. Niechby dobry Pan Bóg dał ludziom tę nadzieję. Niechby obdarzył ich szczęściem większym, niż samotna wieczność dusz, które dostąpiły zbawienia.
   Jak lekko , jak radośnie by się umierało wiedząc, że zobaczy się wszystkich kochanych za życia, że znowu będzie się z nimi! Tyle miałoby się im do powiedzenia..." 

Stanisława Fleszarowa-Muskat "Pod jednym dachem pod jednym niebem", Wydawnictwo "Glob", Szczecin 1988, s.241

To powieść o kobietach i o ich miłości w różnych odsłonach. Mężczyźni, owszem są, ale wraz z całą swoją męskością, siłą i bohaterstwem pozostają na drugim planie. Są jakoś mniej ważni od tych kobiet, zmuszonych do bycia silnymi przez czasy, w jakich żyją. Począwszy od obu babek, a skończywszy na najmłodszej nastolatce.
Trudno określić tutaj pierwszoplanowych bohaterów. Być może są nimi Karolina i Wiktor, być może babka Izabelka. Każda z pojawiających się postaci to inny charakter, inny światopogląd.

Akcja obejmuje krótki czas współczesności - kilkadziesiąt godzin rodzinnego spotkania i długi czas przeszłości powracający w odcinkach. Współczesność to Polska lat 80-tych XX wieku i jak zawsze u Fleszarowej to Polska socjalistyczna, z całą złożonością ludzkich losów. Tych z pałaców... i tych z chłopskiej chałupy... żołnierzy idących do Berlina z Ludowym Wojskiem Polskim... powojennych karier związanych z wyjazdem z wyjazdem "na placówkę".
Czas przeszłości to przede wszystkim II wojna światowa - obecna chyba w każdej powieści tej autorki.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Niedziela z obrazem (67)

Wincenty Kasprzycki "Wystawa Sztuk Pięknych w Warszawie w 1828 roku"

piątek, 1 kwietnia 2016

W Prima Aprilis nie komentuję

Tego dnia jestem podczytywaczem... takim,  jakich jest wielu, bo nie chce im się myśleć i stworzyć w miarę sensowny komentarz... albo z innych powodów są osobnikami z gatunku zawsze milczących...
Ja natomiast zakładam, że 90 % wpisów to bardziej lub mniej finezyjne żarciki, więc na wszelki wypadek wolę nie wychylać się z komentarzem "na poważnie"... wiadomo... że nigdy nic nie wiadomo...
Sama nie podjęłam radosnej twórczości w tym kierunku, z powodu kompletnego braku czasu i weny, ale doceniam trud i wartość niektórych znalezionych w sieci literackich żartów.

Wybrałam te dwa:


Drugi dotyczy mojej ukochanej "Lalki" -  Powstanie serial na podstawie „Lalki" Bolesława Prusa

 " Producenci popularnego serialu „Downtown Abbey“ nie mieli za dużo odpoczynku. Po zakończeniu kręcenia przygód mieszkańców dworu Downtown Abbey wzięli na warsztat powieść polskiego pisarza i postanowili przenieść na mały ekran przygody Wokulskiego i Łęckiej. Na podobieństwo serialu „Sherlock“ zdecydowano się przenieść akcję do XXI wieku. Wokulski, mieszkający na Pradze przyjezdny z innego miasta, ma prowadzić z sukcesem sklep internetowy zajmujący się pośrednictwem sprzedaży używanej odzieży. Jednakże jego największym marzeniem jest ulepszenie grafenu. W tę rolę wcieli się charyzmatyczny Benedict Cumberbatch. Izabela Łęcka zaś to mieszkanka Wilanowa, rdzenna warszawianka, której rodzina wpada w kłopoty finansowe spowodowane sporym kredytem we frankach - w tej roli wystąpi znana z Harry'ego Pottera Emma Watson."

Podchodząc do sprawy już bez prima-aprilisowego podtekstu mogę uznać za dobry pomysł takiej współczesnej realizacji wielu innych powieści z kręgu klasyki, ale NIE "Lalka"! O wartości tej historii w takim a nie innym wymiarze decyduje czas rzeczywisty, w którym mieszczą się wszystkie wydarzenia... wraz z całą otoczką stosunków społecznych, realiów, podtekstów i domysłów... odebranie powieści tego wszystkiego pozbawiłoby ją całego uroku...

Uwspółcześnianiu "Lalki" mówimy NIE!