czwartek, 10 marca 2016

Wspomnienie telenoweli wszechczasów

Odnotowuję na tym blogu daty z kalendarium związane z urodzinami pisarzy, ale czasami jednak robię wyjątek... tak jak dzisiaj...

Bernardo Joaquim da Silva Guimarães - brazylijski pisarz epoki romantyzmu, która w Ameryce Łacińskiej jest okresem późniejszym niż w Europie.
Zmarł 132 lata temu... to było tak dawno, że wydaje się dziś niemożliwe, aby jego twórczość mogła dziś zainteresować potencjalnego czytelnika.

A jednak... fakt, że to nazwisko jest dziś znane i pamiętane na całym świecie zawdzięcza filmowi (a właściwie telewizji).

Serial stworzony na podstawie jego powieści "Niewolnica Isaura" to niezwykłe zjawisko medialne. Było wiele telenowel, powstaną pewnie kolejne, ale popularność tego właśnie serialu jest czymś zaskakującym.


Znalazłam w internecie  między innymi ten artykuł o fenomenie serialu, przybliżający również  sylwetkę odtwórczyni roli głównej - Lucelli Santos.

Oglądałam wtedy ten serial tak jak większość polskich widzów. Był w tamtych czasach wyjątkiem pod względem gatunkowym, nie znaliśmy w socjalistycznej telewizji mydlanych oper, nie kojarzyliśmy jeszcze wtedy określenia "telenowela południowoamerykańska" z produkcją niskich lotów w tandetnym wydaniu.
Byłam wtedy na urlopie wychowawczym, więc dysponując czasem w środku dnia chodziłam ze swoim  dzieckiem do mamy mojej przyjaciółki, która posiadała kolorowy telewizor (chyba to był "Rubin", oczywiście produkcji radzieckiej). Kolory w nim był przeróżne, nie zawsze zgodne z rzeczywistością, ale jednak obraz był lepszy od tego mojego czarno-biało-szarego.
Właściwie do dziś nie wiem, dlaczego dotrwałam do końca serialu. Dość szybko znudził mnie swoją naiwnością, schematyzmem, latynoskimi emocjami - tym wszystkim, co jest charakterystyczne w telenoweli (prawie jak w "Trędowatej").  W dodatku szczególnie mocno wkurzała mnie właśnie wspomniana Lucellia Santos, z całą swoją amatorszczyzną, zezem i okropną wymową... - tu moje oceny rozmijają się z powszechnym zachwytem.
Chyba chciałam popatrzeć po prostu na egzotyczne wnętrza i krajobrazy, bo sama treść filmu i jego abolicyjne przesłanie zupełnie do mnie nie przemawiały.

Prawdopodobnie na fali popularności filmu wydano w Polsce książkę - w serii KiK.
Widziałam ją wtedy w księgarniach, ale nie kupiłam i nie czytałam. Być może, jeśli teraz się trafi, sięgnę po nią z ciekawości.

4 komentarze:

  1. W tym czasie, gdy ja leżałam w łóżku i do komputera nie zaglądałam u Ciebie Elu pojawiło się sporo postów do czytania.
    Cieszy mnie to ogromnie, że piszesz. Do wszystkich zajrzę, jak się tylko ogarnę.

    A "Isaura"...ależ nas karmiono kiczem...ja też oglądałam jak inni,ale nie pamiętam czy wszystkie odcinki...To było coś dla nas nowego w tamtym czasie więc może dlatego tak naród siedział przed telewizorem i żył losami Isaury...do tego stopnia, że nadawano to imię dziewczynkom rodzącym się w tym czasie.

    Pozdrawiam Cię ciepło i serdecznie z Małopolski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu :) - staram się pisać codziennie, nawet krótko, w ramach swojej własnej terapii, którą sobie narzuciłam.
      Natomiast ograniczam coraz bardziej listę odwiedzanych blogów, bo znowu dopada mnie (i to coraz większy) kompleks niższości. Wiem, że to głupie, ale co poradzić.
      Oczywiście pozostają blogi najbardziej znajome, którym pozostanę wierna, chociaż też nie zawsze odzywam się w komentarzach.

      Usuń
    2. Elu daj odpór temu kompleksowi i to koniecznie, gdyż nie masz powodów innym zazdrościć.
      Ja już się go pozbyłam, bo stwierdziłam, że inaczej muszę przestać ten swój - jaki jest taki jest - blog prowadzić. Chodzę podobnie, jak Ty, tylko po zaprzyjaźnionych blogach omijając długim łukiem te wyłącznie recenzyjne. Ale zaglądam również tam gdzie mój kompleks najbardziej odżywa.
      Pisz, bo piszesz ciekawie...a właśnie takich blogów mi więcej tu brakuje. Mało znane książki, obrazy i swoje własne myśli.

      Ale zastanawiam się, gdzie podziały się osoby, które tu komentowały...może z czasem powrócą. Tylko pisz.

      Usuń
    3. Aniu, wiem, że zupełnie niepotrzebnie stresuję się... przecież nie raz już o tym rozmawiałyśmy.
      Ale co jakiś czas mam takiego "blogowego doła".

      A komentujący? rzeczywiście nagle zniknęli, jesteś jedyną osobą, która się ostatnio odzywa. Nie wiem dlaczego tak jest, rozmawiałam o tym z córką (przecież licznik pokazuje liczby odwiedzin) - chyba głównie powodem jest lenistwo, większość czyta, ale nie odzywa się. Z drugiej strony być może moje pisanie staje się coraz mniej atrakcyjne. Tylko, że ja nie będę walczyć sposobami fejsbukowymi, ani specjalnymi technikami zdobywania popularności.
      Nie o to tutaj chodzi.

      Usuń