czwartek, 31 marca 2016

Odstraszanie okładką - celowe, czy przypadkowe?

Czasami zastanawiam się, czy okładka danej książki nie podoba się tylko mnie. Na przestrzeni swoich czytelniczych lat, co jakiś czas trafiam na książkę z paskudną okładką.
Taką jak ta


A może to jakiś sabotaż wydawniczy, osobista zemsta pracownika odpowiedzialnego za dobór okładki?
Wiem... o gustach nie dyskutujemy...ale ja jeszcze mam dziwne idealistyczne przeświadczenie, że okładka to integralna część całości... że obraz powinien współgrać z treścią... i takie tam inne..

środa, 30 marca 2016

Dzień z obrazem (66) - Tragiczny los pięknej modelki malarzy

Nie znając historii polskiego malarstwa zbyt dobrze i oglądając po raz pierwszy obrazy Piotra Stachiewicza wyświetlane jednocześnie na monitorze  w formie miniaturek  (jako wynik wyszukiwarki), bez trudu można zauważyć  pojawiającą się na nich wielokrotnie tę samą modelkę. Same obrazy - szczególnie te, na których kobieta jest w stroju ludowym , w niektórych przypadkach różnią się jedynie kolorami i szczegółami (stroju właśnie), dając wrażenie masówki i pójścia na łatwiznę ze strony malarza. Prawie identyczne ułożenie głowy, taka sama pozycja ciała.
Patrząc na piękne, zupełnie "nie chłopskie", rysy twarzy modelki odnosimy wrażenie, że to jakaś przebieranka "panienki" zachwyconej młodopolską chłopomanią, a nie autentycznie "prosta dziewczyna".

Zofia Frątczakówna  pozowała krakowskim malarzom w okresie Młodej Polski. Była modelką m.in. Wojciecha Kossaka, o czym chyba nawet wspomina Magdalena Samozwaniec w "Marii i Magdalenie" (ale nie jestem pewna, bo dawno już czytałam MiM ostatni raz).
Do środowiska malarzy wprowadziła ją matka i dziewczyna stała się w nim popularną modelką. Pozowała do różnego rodzaju obrazów z wyłączeniem aktów. Najczęściej możemy ją rozpoznać w tradycyjnym stroju krakowskim.


Piękna Zośka w stroju krakowskim na obrazie Piotra Stachiewicza

Mając 22 lata wyszła za mąż za szewca, Macieja Palucha i można powiedzieć, że wraz z tym zamążpójściem skończyła się jej przygoda ze światem artystycznym. A zaczęła prozaiczna rzeczywistość zakończona po kilku latach tragiczną śmiercią. Dla zarobku pozowała jeszcze sporadycznie, ale musiała tego zaprzestać ze względu na konflikty z mężem. Urodziła czworo dzieci (dwoje zmarło) i przeżywała domową przemoc (jak to się teraz nazywa). Jak ciężkie musiały to być przeżycia, skoro uciekła z dziećmi do swojej ciotki i wniosła do sądu pozew o przyznanie alimentów. Decyzja sądu, wraz z przyznaniem pozwolenia na osobne zamieszkanie z dziećmi (tu widać jak ograniczone prawa miały wtedy kobiety), nie uchroniła jej, ani krewnych  przed agresją męża - groźby, zastraszanie, pobicia.

Więcej szczegółów dotyczących tamtej historii można znaleźć w internecie. Ja tu ich nie przytaczam, bo nie chcę rozpisywać się zarówno o okolicznościach, jak i o detalach makabrycznego morderstwa.
Morderstwo bowiem zakończyło życie Zofii , która w chwili śmierci (w dniu imienin - 15 maja!), miała zaledwie 28 lat.

"Piękna Zośka" , jedna z tysięcy niewinnych ofiar domowego wynaturzenia i przestępczego zwyrodnienia, nie przepadła jak inne w mrokach niepamięci i zakurzonych aktach sądowych.
Przetrwała na płótnach malarzy...

wtorek, 29 marca 2016

Poli Negri pamiętnik bardzo subiektywny

To lektura przypadkowa - "niespodzianka z biblioteki", znaleziona na półce biograficzno-wspomnieniowej, od której zaczynam (i najczęściej kończę) swoje wizyty w Bibliotece.

"Pamiętnik gwiazdy" - już sam tytuł nieźle określa charakter tych wspomnień.
W moim odczuciu nie jest to pamiętnik (nie był pisany na bieżąco), a zlepek wspomnień, zmyśleń, przeinaczeń i wypaczeń oraz radosnej twórczości dialogowej.
Gwiazdy? - niewątpliwie Pola Negri zrobiła wielką karierę w Hollywood, wtedy była (chociaż dość krótko) jedną z gwiazd kina niemego, ale mówienie o sobie "to ja gwiazda" skromnością nie grzeszy. A tak jest w odniesieniu do tych fragmentów tekstu, w których sama mówi o swoich rolach scenicznych i filmowych. To jest jedno wielkie samouwielbienie - porażek zawodowych jakoś dziwnie nie było.
Ach!... i ta nieustająca  miłość tłumów!...

Całość tej dość obszernej opowieści (457 stron) jest typowo amerykańską bajeczką, w stylu powieścideł dla ówczesnych gospodyń domowych. Początkowo zastanawiałam się dlaczego książka, napisana w 1969 roku, nie powstała w języku polskim. Dlaczego autorka, której nie podejrzewam o wyżyny intelektu, nie podyktowała tekstu osobie znającej język polski. Czy już tak bardzo zapomniała swoją mowę ojczystą? Czy dlatego, że jej związki z Polską tak bardzo osłabły? Bo chyba nie dlatego, że liczyła się z brakiem zainteresowania ze strony polskiego czytelnika po tak długiej nieobecności w kraju - a podejrzewam, że nie liczyła się z tym, bo do głowy jej nie przyszło, że polscy widzowie mogliby jej nie kochać i uwielbiać jako tej wielkiej światowej gwiazdy. A tak mogło być - kompletne oderwanie od realiów powojennej Europy w otoczce ogromu jej miłości własnej.

Czytając książkę czuje się, że to marketingowy chwyt, produkt przeznaczony na amerykański rynek. Widać to we wszystkich momentach, gdy mówi o Polsce, tłumacząc czytelnikowi oczywistości znane polskiemu odbiorcy.
Czuje się to przede wszystkim  w języku, jakim jest napisana - do tłumacza nie mam pretensji. Przetłumaczył to, co dostał, czyli infantylny, naiwny, miejscami godny pióra Mniszkówny tekst bardzo przypominający pusty szczebiot dzisiejszych amerykańskich celebrytek. Coś w stylu Dżołany i jej psiapsiółek. Nie odmawiam autorce miejsca w historii kina jako aktorce (zwłaszcza w swoim czasie), ale literacko nie wspięła się zbyt wysoko. Nie miała chyba dobrego doradcy, który odradziłby jej zapchanie książki taką ilością "cytowanych" rozmów. Nikt nie pamięta po latach całych rozmów ze szczegółami - widać, że to właśnie jest owa wspomniana na początku fantazja i radosna twórczość literacka.

Lektura tych wynurzeń trochę mnie wymęczyła swoją monotonną narracją - czyta się, czyta i po pewnym czasie trzeba zrobić przerwę, żeby nie zasnąć. Nie ma w konstrukcji tych wspomnień żadnej dynamiki - całość to taka zupa w letniej temperaturze - ani zimna, ani gorąca. Może dlatego, że autorka skupia się zawsze na sobie, a to, co dzieje się obok to jakaś inna galaktyka. Niewola pod zaborem, jedna wojna, druga wojna, Hitler i jego ludzie (prawie jak obsługa planu filmowego!)... brak szczęścia w małżeństwach, utrata dziecka... - niby jest o tym mowa, ale jakoś tak ... nijak. Szukałam dość długo odpowiedniego słowa dla określenia stosunku Poli Negri do wojen, do tragicznych losów ludzi, a nawet do jej własnych przeżyć,  ale chyba "nijako" najbardziej tu pasuje.

Dosłownie parsknęłam śmiechem, gdy przeczytałam:
"Dużo napisano o moim związku z Chaplinem. Szkoda tylko, że większość z tego napisał sam Chaplin. A jeszcze większa szkoda, że to, co napisał, bardzo mija się z prawdą.Wolałabym nie mówić, że zachował się w sposób niegodny dżentelmena, i skłonna jestem raczej tłumaczyć tym, że wszyscy klowni żyją w świecie fantazji. (...) 
Tak czy owak czas, aby prawda wyszła na jaw. Powiem więc teraz a b s o l u t n ą  p r a w d ę, udokumentowaną relacjami prasy i świadectwem wiarygodnych osób." s.190

To pisze osoba, która sama tworzyła plotki o sobie (zupełnie nieźle sobie z tym radziła) i która w swojej książce mija się z prawdą w sposób bardzo naiwny, bo przeinaczając fakty możliwe do sprawdzenia.

Wybrałam tylko kilka z nich:
Data urodzenia - Uznajmy tę słabostkę wielu gwiazd - tu sobie odjęły, tam dodały. Tutaj taka drobna zmiana służyła do podkreślenia szczególności urodzin "Na Nowy Rok przypadał dzień moich dwudziestych trzecich urodzin" s.207
Gloryfikowanie postaci ojca - Też można to zrozumieć i trudno dziś ocenić tamte wydarzenia, wiedząc jak carski zaborca traktował wszelkich buntowników
"Namiętnością mego ojca była praca konspiracyjna, udział w ruchach rewolucyjnych w latach 1904-1905. W owym czasie istniało wiele różnych organizacji podziemnych walczących z caratem; ojciec mój należał do organizacji niepodległościowej" s. 17
A we współczesnych źródłach czytamy, że ojciec został  zesłany na Syberię za  przestępstwa kryminalne.

Śmierć Rudolfa Valentino była kolejną dobrą okazją do lansowania się, co Ameryka przyjęła z niesmakiem. Nawet tam, w tym mateczniku blichtru, pozorów, wiecznie trwającego show, jej powtórka z atakiem histerii "bo kamerzyści nie zdążyli" uznano za przesadę. W jej wspomnieniach oczywiście nie ma o tym mowy - jest za to sporo o złych dziennikarzach, łowcach sensacji, których relacje miały tak dwuznaczna formę " jakby mścili się za to, że nie chciałam z nimi rozmawiać". s.282

Pola Negri podkreśla swoją niezależność w przemyśle filmowym, tłumacząc się z różnych sytuacji i swoich różnych decyzji, zrzucając winę zawsze na kogoś innego lub na okoliczności. Między innymi to dotyczy również jej pracy w Berlinie w czasie władzy Hitlera, gdy wcale nie przeszkadzały jej względy polityczne, a zachęciły korzyści finansowe.

Najbardziej jednak denerwujące (dla mnie) jest całkowite przeinaczenie jej porażki związanej z nadejściem kina dźwiękowego.
"Na próbę, która miała wykazać, czy mam jakąś przyszłość w filmie mówionym, przybyłam do studia "RKO-Pathe" po bezsennej nocy, w stanie silnego nerwowego napięcia.To Hollywood, do którego powróciłam, aż huczało od opowiadań o karierach zniszczonych z dnia na dzień przez te wstrętne i fatalne mikrofony. Wiele gwiazd nie zdołało przejść od filmu niemego do dźwiękowego. (...) 
Ale kiedy rano wraz ze śniadaniem podano mi gazety, skończyło się moje zdenerwowanie. Jak większość ówczesnych filmowców przede wszystkim odszukałam kronikę Louelli  Parson i z szaloną radością przeczytałam, że moja próba wypadła doskonale i zapewnia mi to wieloletni kontrakt" s.361,363 itd...itd...  

Ani słowa o tym, że jej głos (wraz ze wschodnim akcentem) od początku nie nadawał się do filmu dźwiękowego... brak kolejnych ról to wyłącznie wina wyrostka robaczkowego i konieczności odpoczynku gwiazdy. Za to podkreślone entuzjastyczne recenzje jej roli w tym filmie ("Z rozkazu kobiety"), wraz z opisem zachwytów tłumu, gdy zajechała na premierę.

Daruję sobie dalsze pastwienie się nad tą książką, bo ktoś mi zarzuci, że skoro  tak strasznie się czepiam,
to odradzam lekturę? Wcale nie mam takiego zamiaru, po prostu uprzedzam - nie należy traktować książki jako wiarygodnego źródła informacji. I lepiej zacząć ją czytać znając choć trochę życiorys Poli Negri. A jak potraktuje się te wspomnienia jako powieść obyczajową/romans to już całkiem dobrze można to dzieło strawić.
Biorąc pod uwagę czas wydania tej książki w Polsce - rok 1976, ma ona także pewną wartość poznawczą.
Pola Negri opisuje nieznany wtedy w socjalistycznej Polsce, a jakże dziś wciskający się nam ze wszystkich stron, mechanizm tworzenia  sensacyjek ze świata celebrytów; owej zgodnej współpracy przy tworzeniu plotek, powstawaniu "ekskluzywnych"  (ależ mnie wkurza! ) wywiadów i  zdjęć, organizacji ustawek.

To wydanie zawiera posłowie Jacka Fuksiewicza, które przeczytałam dopiero po lekturze książki. I bardzo się ucieszyłam ze zgodności naszego odbioru: "Życiorys iście fantastyczny, wymarzony jako temat powieści lub filmu w guście popularnych romansów z tamtych lat."


Pola Negri "Pamiętnik gwiazdy", tłumaczył Tadeusz Evert
"Czytelnik", Warszawa 1976, wydanie I

poniedziałek, 28 marca 2016

Święta z obrazem (65)

Zofia Stryjeńska " Dyngus" (lata 40. XX w.) 

Od dawna lubię oglądać prace Zofii Stryjeńskiej ... a poznałam je właśnie przy okazji świąt, gdy kupowałam wydawane przed laty kartki (i wielkanocne i na Boże Narodzenie).
Kartki oglądałam..., życzenia wpisywałam ... , dla siebie pozostawiłam niewiele. Wtedy jakoś nie pomyślałam, by kupić podwójną ilość - wydawało się, że możliwość ich zdobycia będzie zawsze, że tamten porządek świata się nie zmieni...

piątek, 25 marca 2016

Życzenia z dawnych lat...


Takie kartki z życzeniami oglądałam w dzieciństwie u moich Dziadków... wielokrotnie wyciągałam pudełko ze świątecznymi kartkami i zanurzałam się w całkiem inny czas...
Bardzo mnie wtedy dziwiła ich odmienność od kartek kupowanych w kioskach i wysyłanych z życzeniami. Odmienność od obowiązującej państwowej stylistyki socjalistycznej... pozbawionej elementów religijnych... tylko z napisem "Wesołych Świąt!", bo "Alleluja!" - nie do pomyślenia w państwowej drukarni.

Ale nawet tamte kartki z dominującymi pisankami i ludowymi motywami były świadectwem swoich czasów i zupełnie innych więzi między ludźmi niż ma to miejsce dziś. Wysyłałam ich co najmniej kilkanaście (do najbliższych znajomych i rodziny), wpisując osobiste życzenia, kierowane do konkretnych osób.

Dla młodszych pokoleń to niezrozumiała staroć - w dobie elektronicznej, a przede wszystkim wirtualnej rzeczywistości, gdy wszystko jest ulotne i nietrwałe. Wystarczy klik w bezosobowy tekst...
I coraz trudniej znaleźć "czystą" kartkę, bez wydrukowanych życzeń, pod którymi jest akurat tyle miejsca, żeby zmieścił się podpis.

Ja jeszcze wysyłam kartki, chociaż już o wiele mniej... ubywa bliskich adresatów...

poniedziałek, 21 marca 2016

Kto dziś czyta poezję?

... tak swobodnie... bez przymusu szkolnego... dla relaksu, odprężenia... a może szukając ukojenia, rozgrzeszenia, prawdy, wskazówki ...?
Nie umiem odpowiedzieć na takie pytania.... 
Dlaczego? O poezji już nie rozmawiamy na spotkaniach rodzinnych, towarzyskich - wszystko to mówię we własnym imieniu (nie posądzać mnie o narzucanie swoich ocen, o generalizowanie).

Wiersz był ważny dawno temu..., kiedyś przed laty... w młodości..., gdy nadmiar emocji szukał ujścia w poezji.
Teraz bagaż życiowych doświadczeń przytłacza i zapominam o wierszu... 
a szkoda... 
może warto tworzyć od czasu do czasu krótkie nawet sytuacje, gdy oddzielając się od zewnętrznego hałasu i wrzasku świata politykierów, sięgamy po tomik poezji... w zaaranżowanej specjalnie na tę chwilę scenerii - światło lampy, filiżanka herbaty... a przede wszystkim c i s z a... 

W Światowym Dniu Poezji mam wielki problem, który wiersz wybrać do tego posta. Problem, jakiego jeszcze nie miałam rok-dwa temu. To "wina" internetu, bo z tego źródła coraz więcej złych, brudnych spraw z życia literatów wychodzi na światło dzienne. Wyciągane na widok publiczny grzechy, wady charakteru, naganne czyny poetów, zaburzają odbiór wierszy. Rzutują na twórczość, która wcześniej była wartością samą w sobie. A teraz, z przyklejonymi tu i tam brzydkimi etykietami, straciła ową czystość...

Na moich półkach różne tomiki wierszy ... a ja znowu wybieram Gałczyńskiego...

WE ŚNIE

We śnie jesteś moja i pierwsza,
we  śnie jestem pierwszy dla ciebie.
Rozmawiamy o kwiatach i wierszach,
psach na ziemi i ptakach na niebie.

We śnie w lasach są jasne polany,
spokój złoty i niesłychany,
pocałunki zielone jak paproć.

Albo jesteś egipska królowa,
jak miód słodka i mądra jak sowa,
a ja jestem dla ciebie jak światło
                                                   

niedziela, 20 marca 2016

Niedziela z obrazem (64)

 Otóż Wierzbna, otóż Kwietna
Zawitała nam Niedziela…
Do świątyni gronem wszystkiem
Idą młodzi, idą starzy,
Różdżkę wierzby z młodym listkiem
Niosą święcić do ołtarzy

                                                                                             
(Władysław Syrokomla „Dni pokuty i Zmartwychwstania”)

Piotr Stachiewicz "Wiosna - portret wiejskiej dziewczyny"


wtorek, 15 marca 2016

Czytania Sienkiewicza ciąg dalszy

Chociaż w kolejce czekają książki z fabułą osadzoną w czasie bardziej współczesnym, wybrałam do przeczytania coś najbardziej ulubionego, czyli klimaty Trylogii.

"Na polu chwały" to powieść zawierająca wszystko to, co Trylogia: miłość młodych ludzi wystawiona na ciężkie próby, pożądanie sąsiedzkiej własności, dybanie na cnotę niewinnej panienki, porwanie, wybryki nudzących się młodzieńców itd . Odnajdziemy tu różnego rodzaju znane nam sienkiewiczowskie typy ludzkie - każdą z postaci można porównać z konkretnym bohaterem Trylogii (ta powieść powstała później). Może za wyjątkiem pana Zagłoby, bo on jednak jedyny w swoim rodzaju. Jest także dynamiczna akcja... nie ma tylko jednego... tytułowego pola chwały. Gdy wszelkie prywatne przeżycia i trudności bohaterzy mają już za sobą i zbliża się ta oczekiwana okazja do wykazania się męstwem i patriotyzmem, czyli odsiecz wiedeńska... nagle szast-prast autor urywa wszystkie wątki... powieść się kończy.
Odnosimy wrażenie, że ta książka to dopiero wstęp, pierwszy tom większej całości, w której akcja przeniesie się na pole bitwy. Niestety, to już koniec i dalszego ciągu nie ma.

Traktując jednak tę powieść jako miły w czytaniu przygodowy romans ( dziś pewnie wrzucony byłby do worka pod tytułem "literatura kobieca"), odrzucając oczekiwania militarnych wątków, jest to naprawdę lekka literatura dla czytelniczek gustujących w dawnym stylu i języku. Jedynie tytuł mógłby być inny... a jaki?... można zabawić się w dobranie innego...

Znalazł się przypadkowo egzemplarz (warto czasem zajrzeć do zapomnianej szuflady) wydania tej powieści. "W kręgu trylogii" zawiera trzy utwory: "Niewola tatarska", "Na polu chwały", "Zagłoba swatem".
Nawet nie wiedziałam, że coś takiego mamy w domu. Po krótkim dochodzeniu okazało się, że nikt nie pamięta, skąd ta książka się u nas wzięła.
Wydanie jest ładne (rok 1999), z twardą oprawą, ale niestety zawiera sporo literówek.
Można to jednak wybaczyć wydawcy, którym był Club International del Libro S.A z Madrytu.
Widocznie zabrakło w zespole dobrego korektora znającego język polski.

poniedziałek, 14 marca 2016

Eugeniusz Bodo i robótki ręczne

Mamy za sobą dwa pierwsze odcinki serialu - tak, jak przypuszczałam... bez zachwytu, ale z oceną trzeba poczekać do końca.
W obu częściach pojawia się tamborek, ale w tak krótkich i dalekich ujęciach, że praktycznie nie widać co na nim powstaje. Szkoda, bo wcale nie jest to tradycyjny haft.
Sięgam więc do niezawodnego Stanisława Janickiego i jego książki "W starym polskim kinie". W rozdziale "Eugeniusz Bodo - portret z listów" cytuje krótkie wspomnienia telewidzów, nadesłane przez widzów na początku lat 70-tych.

"[...] W roku 1924 Matka Jego po powrocie z zagranicy, mieszkała jakiś czas na ulicy ks.Skorupki (obecnie Sadowa), potem wyprowadzili się na Zielną, później Warecką, a następnie Marszałkowską. Z tego okresu pamiętam, że Bodek był małomówny, bardzo  kochał Matkę, był raczej domatorem, lubił domowe roboty, między innymi wyszywał z koralików makatki, którymi zawieszał ściany..."*

Jak widać aktor lubił technikę, która obecnie ma na świecie wiele zwolenniczek (być może również zwolenników), czyli  haft koralikowy (Bead Embroidery). Znany od dawna, szczególnie w kulturze ludowej, ale współcześnie ma niespotykane wcześniej możliwości dzięki prawdziwemu bogactwu oferty materiałowej.

Ktoś powie "szczegół bez znaczenia"... to prawda szczegół, detal, drobiazg na krótkie zbliżenie.
Nie jestem fanką seriali produkcji BBC, ale doceniam ich profesjonalizm w każdym szczególe - oni by pokazali co tam na tamborku...

Na zdjęciu - ozdobione koralikami spodnie


niedziela, 13 marca 2016

Niedziela z obrazem (63)

"W pobliżu Paryża" miał swoje studio Tadeusz Styka, słynny wówczas malarz portretów kobiecych. Kiedy więc wyraził ochotę portretowania mnie, chętnie się na to zgodziłam. Geniusz Styki polegał nie tylko na uchwyceniu podobieństwa, ale i na oddaniu epoki i indywidualności portretowanej osoby. Wydaje mi się, że mój portret z 1922 roku (później namalował drugi) doskonale przedstawia mnie, widzianą oczami świata: czarującą młodą kobietę, która rozkoszuje się świeżo zdobytą niezależnością oraz  bogactwem strojów. Jedynie oczy zdradzają smutek, kryjący się za uśmiechnięta twarzą. Portret ten wzbudził ogólny zachwyt na wystawie w Knoedler Galleries w Nowym Jorku. [...] ofiarowałam go Muzeum Narodowemu przed wybuchem II wojny światowej."                                                                   Pola Negri  "Pamiętnik gwiazdy", Warszawa 1976, s.175

Cóż... czego jak czego, ale samouwielbienia modelce nie brakowało... 
jest dominującym akcentem w jej wspomnieniach...
Ale o książce w osobnym poście...

Tadeusz Styka "Portret Poli Negri" (przed 1930)

czwartek, 10 marca 2016

Wspomnienie telenoweli wszechczasów

Odnotowuję na tym blogu daty z kalendarium związane z urodzinami pisarzy, ale czasami jednak robię wyjątek... tak jak dzisiaj...

Bernardo Joaquim da Silva Guimarães - brazylijski pisarz epoki romantyzmu, która w Ameryce Łacińskiej jest okresem późniejszym niż w Europie.
Zmarł 132 lata temu... to było tak dawno, że wydaje się dziś niemożliwe, aby jego twórczość mogła dziś zainteresować potencjalnego czytelnika.

A jednak... fakt, że to nazwisko jest dziś znane i pamiętane na całym świecie zawdzięcza filmowi (a właściwie telewizji).

Serial stworzony na podstawie jego powieści "Niewolnica Isaura" to niezwykłe zjawisko medialne. Było wiele telenowel, powstaną pewnie kolejne, ale popularność tego właśnie serialu jest czymś zaskakującym.


Znalazłam w internecie  między innymi ten artykuł o fenomenie serialu, przybliżający również  sylwetkę odtwórczyni roli głównej - Lucelli Santos.

Oglądałam wtedy ten serial tak jak większość polskich widzów. Był w tamtych czasach wyjątkiem pod względem gatunkowym, nie znaliśmy w socjalistycznej telewizji mydlanych oper, nie kojarzyliśmy jeszcze wtedy określenia "telenowela południowoamerykańska" z produkcją niskich lotów w tandetnym wydaniu.
Byłam wtedy na urlopie wychowawczym, więc dysponując czasem w środku dnia chodziłam ze swoim  dzieckiem do mamy mojej przyjaciółki, która posiadała kolorowy telewizor (chyba to był "Rubin", oczywiście produkcji radzieckiej). Kolory w nim był przeróżne, nie zawsze zgodne z rzeczywistością, ale jednak obraz był lepszy od tego mojego czarno-biało-szarego.
Właściwie do dziś nie wiem, dlaczego dotrwałam do końca serialu. Dość szybko znudził mnie swoją naiwnością, schematyzmem, latynoskimi emocjami - tym wszystkim, co jest charakterystyczne w telenoweli (prawie jak w "Trędowatej").  W dodatku szczególnie mocno wkurzała mnie właśnie wspomniana Lucellia Santos, z całą swoją amatorszczyzną, zezem i okropną wymową... - tu moje oceny rozmijają się z powszechnym zachwytem.
Chyba chciałam popatrzeć po prostu na egzotyczne wnętrza i krajobrazy, bo sama treść filmu i jego abolicyjne przesłanie zupełnie do mnie nie przemawiały.

Prawdopodobnie na fali popularności filmu wydano w Polsce książkę - w serii KiK.
Widziałam ją wtedy w księgarniach, ale nie kupiłam i nie czytałam. Być może, jeśli teraz się trafi, sięgnę po nią z ciekawości.

środa, 9 marca 2016

Kobieta w dawnej Łodzi

Od wydawnictwa:

"Praca poświęcono tematowi mało znanemu, lecz niezwykle ważnemu w procesie modernizacji Polski na przełomie XIX i XX w. Autorka omawia szczegółowo różne rodzaje aktywności zawodowej kobiet: od robotnic i kobiet z marginesu społecznego po inteligencję. Znaczną część pracy zajmują jednak zagadnienia związane z warunkami i stylem życia kobiet zarówno z klasy robotniczej, jak inteligencji i wielkiej burżuazji: moda, urządzenie mieszkania, sposób spędzania wolnego czasu i zabawy.
Praca oparta na szerokiej kwerendzie źródłowej – zarówno w prasie, jak też dotychczas często wcale niewykorzystywanych materiałach archiwalnych.
Rok wyd. 2001"

To nie jest  lekkie czytadło na jeden wieczór. To praca naukowa ze wszystkimi dobrymi cechami tego rodzaju książki.
A dla mnie to książka taka, jakiej najbardziej poszukuję - o moim mieście. Czytałam i powracam do fragmentów z wielką przyjemnością.
Napisana być może dla niektórych zbyt naukowym językiem... z wieloma tabelkami i sporą dawką statystki... jest cenna dla czytelnika z wyobraźnią. Dla czytelnika, który potrafi wykorzystać ten koncentrat informacji, wiedzy i dokumentów to wspaniałe przeniesienie historyczne.
Autorka przybliża dawno i bezpowrotnie miniony świat społeczeństwa Łodzi pod kątem sytuacji kobiet.

To niezwykła podróż, bo zmieniło się właściwie wszystko ... pozostały tylko ulice, niektóre domy, kamienice i pałace oraz miejsca wiecznego spoczynku na cmentarzach... Tak, te miejsca to niemi świadkowie tamtych czasów, obok dokumentów w archiwach, ale do tych nie mamy łatwego dostępu. A możemy chodzić starymi ulicami, mijać stare domy i próbować wyobrazić sobie inny rytm życia.
Chociażby taki, jak na tej fotografii (znalezionej w sieci, bez podanego źródła)

 ulica Zielona (początkowe numery, od strony Piotrkowskiej)

wtorek, 8 marca 2016

Dzień z obrazem (62)

Sleńdziński Ludomir "Portret artystki Danuty Wyrwicz-Wichrowskiej" (1934)


Zamiast niedzielnego obrazu jest wtorkowy - na Dzień Kobiet.

Nie szukałam do dzisiejszego wpisu zbyt długo... postanowiłam zdać się na przypadek i uwzględnić pierwszy portret kobiety, na który natrafię w czasie codziennych wędrówek internetowych.
I trafił się ten obraz, a z nim dwa nazwiska zupełnie nic mi nie mówiące.
Wypada nadrobić braki... znaleźć choć kilka informacji, szczególnie o kobiecie z obrazu.

Modelka - Najbardziej wiarygodnym źródłem internetowym wydaje się być Encyklopedia Teatru Polskiego, w której korzystano między innymi ze "Słownika Biograficznego Teatru Polskiego 1900-1980" wyd. PWN

 Malarz - Życie i twórczość

Ciekawe losy obojga ... szczególnie  ich związki z przedwojennym Wilnem.

poniedziałek, 7 marca 2016

Damska lista

Przyjmując ideę tego dnia... odrzucając socjalistyczną propagandę... obchodzę Dzień Kobiet. 
Wychowałam się z tym świętem i obchodziłam je w dorosłości przez kilkadziesiąt lat, więc dlaczego mam je teraz odrzucać? Dlatego, że niektórzy krzykacze, z dostępem do propagandowej tuby, uzurpują sobie prawo narzucania innym co tylko się da? Na szczęście podobno już nie jesteśmy zniewoleni (jakże paradoksalnie to brzmi w takiej właśnie sytuacji), więc Dzień Kobiet pozostanie ze mną nadal.
Obchodzę je sobie prywatnie, sama dla siebie, z różnego rodzaju osobistymi przyjemnościami, które sobie tego dnia funduję.
A czytelniczą przyjemnością było przeglądnie różnych źródeł (obok oczywiście grzebania we własnej pamięci) i zebranie utworów zawierających w tytule imię lub/i nazwisko kobiety. Uciekając od zalewu współczesnych czytadeł wyznaczyłam rok 1989 jako granicę powstania tych powieści, opowiadań i nowel (tym razem to zbiór prozy, może na poezję też przyjdzie czas). Nie jest to w żadnym razie jakiś pełny spis, a jeśli nie znalazł się tutaj ważny tytuł, o którym zapomniałam, albo go nie znalazłam - proszę oczywiście o podrzucenie w komentarzach.

Oto moja damska lista, która zawiera sporo przeczytanych przez mnie utworów, ale też trochę lektury do przeczytania.

Powieści
Jane Austen - "Emma"
Honore de Balzac - "Beatrix", "Eugenia Grandet", "Księżna de Langeais", "Kuzynka Bietka", "Sekrety          księżnej de Cadignan"
Charlotte Brontë - "Dziwne losy Jane Eyre", "Shirley"
Iwan Bunin - "Lika"
Colette - cykl o Klaudynie
Karol Dickens - "Mała Dorrit"
Tadeusz Dołęga-Mostowicz - "Pamiętnik pani Hanki", "Prokurator Alicja Horn", "Świat pani Malinowskiej"
Theodore Dreiser - "Siostra Carrie"
Aleksander Dumas (ojciec) - "Dwie Diany, "Królowa Margot", "Paulina", "Hrabina de Charny"
Agatha Christie - „Pani McGinty nie żyje" 
Maria De La Fayette - "Księżna De Clèves"
Gustave Flaubert - "Pani Bovary"
Theodor Fontane - "Effi Briest"
Andre Gide - "Izabella"
Pola Gojawiczyńska - "Ziemia Elżbiety"
Thomas Hardy - "Tessa d’Urberville"
Anthony van Kampen - "Życie Mary Bryandt"
Michael Korda - "Queenie"
Józef Ignacy Kraszewski - "Dziennik Serafiny", "Hrabina Cosel", "Jaryna", "Ulana"
Tomasz Mann - "Lotta w Weimarze"
François Mauriac - "Teresa Desqueyroux"
Daphne du Maurier - "Rebeka"
Janusz Meissner - "L - jak Lucy", "Żądło Genowefy"
Eliza Orzeszkowa - "Maria", "Marta", "Pamiętnik Wacławy",
Gabriela Pauszer-Klonowska  - „Pani Eliza”
Antoine François Prévost d'Exiles - "Historia Manon Lescaut i kawalera des Grieux"
Maria Rodziewiczówna - "Barbara Tryźnianka"
Magdalena Samozwaniec - "Maria i Magdalena"
Ewa Szelburg-Zarembina - "Wędrówka Joanny"
Lew Tołstoj - "Anna Karenina"
Gabriela Zapolska - "Córka Tuśki", "Janka", "Kaśka Kariatyda"
Emil Zola - "Nana"

Nowele/opowiadania
Honore de Balzac - "Pani Firmiani"
Tadeusz Borowski - "Pożegnanie z Marią"
Truman Capote - "Miriam"
Theodor Fontane - "Greta Minde"
Pola Gojawiczyńska - "Mania, córka niemego", "Maryjka", "Michalina",  "Miłość Gertrudy"
Guy de Maupassant - "Iwetta", "Panna Fifi"
E.T.A.Hoffmann - "Panna de Scudery"
Edgar Allan Poe - "Tajemnica Marii Roget"
Maria Rodziewiczówna - "Farsa panny Heni"
Henryk Sienkiewicz - "Hania"
Gabriela Zapolska - "Pani Dulska przed sądem"

niedziela, 6 marca 2016

Bodomania

Premiera pierwszego odcinka serialu tuż tuż, więc od pewnego czasu dopada słuchacza (radiowego) i widza (telewizyjnego) oraz czytelnika  (gorące jak świeże bułeczki książki), różnego rodzaju reklama tego wydarzenia. O ile jednak telewizja zachowuje umiar, nadając migawkowe zapowiedzi z terminem, o tyle radiowy szum i reklama to coś okropnego. Co trochę entuzjastyczne wręcz okrzyki, jakie to wspaniałe chwile ze światem polskiego kina międzywojennego nas czekają!... nieznany nam całkiem świat otworzy się przed nami!...a słodko-mdlący piskliwy szczebiot jednej z prowadzących programy w radiowej Jedynce oświecający i nauczający słuchaczy-prostaczków  (wszak to prymitywny ciemny lud) "któż to był ten Bodo" może skutkować pewnym nieprzyjemnym odruchem.

Szczególnie u słuchaczy z mojego pokolenia, które wykształcił miłość do starego kina pan Janicki. Dzięki tym programom już dawno sporo dowiedziałam się o przedwojennym polskim filmie, o jego aktorach, o tamtym czasie i minionym klimacie tamtego świata.
Stale wzbogacałam swoją wiedzę publikacjami (których więcej zaczęło się pojawiać od lat 90-tych), obejrzałam wszystkie polskie przedwojenne filmy, które przez te lata pojawiły się w telewizji (kilkanaście z nich nagrałam jeszcze na kasety).

O samym Eugeniuszu Bodo chyba najczęściej się mówiło (obok Aleksandra Żabczyńskiego), a okazją były pokazywane filmy z ich udziałem. Wtedy powracała ich legenda aktorska, ale o wojennych i powojennych losach wielkich gwiazd polskiego kina wtedy milczano. Bo jak się okazało po latach były to informacje niewygodne dla władzy i oficjalnej propagandy.
Tak również było w przypadku Eugeniusza Bodo - o okolicznościach jego tragicznego końca w sowieckim łagrze napisano otwarcie dopiero po 1989 roku.

Mam sprzeczne uczucia dotyczące zapowiadanego serialu.
Z jednej strony niby dobrze, że w ogóle podejmuje się takie tematy, bo naprawdę mamy tysiące gotowych fabuł z prawdziwego życia, tylko brać i wykorzystywać. Niestety... materiał jest, ale nie ma ludzi zdolnych do tworzenia dobrego warsztatowo kina. I oczywiście nie ma pieniędzy, bo dofinansowanie idzie tam, gdzie się politykom zachce.
Z drugiej jednak strony bardzo obawiam się (patrząc na listę uczestników tej produkcji), że dostaniemy celebrycki występ amatorszczyzny prosto ze ścianki...