niedziela, 28 lutego 2016

Niedziela z obrazem (61)

Trochę z tęsknoty za prawdziwą śnieżną polską zimą... której z każdym rokiem coraz mniej...
Obraz, znany z tak wielu różnych reprodukcji, był dla mnie zaskoczeniem - nie spodziewałam się, że jest tak duży. Oglądając w albumach miałam o nim inne wyobrażenie... ot, taki niewielki obrazeczek. Przyznaję, że dopiero niedawno zaczęłam zwracać uwagę na szczegóły techniczne dotyczące poszczególnych obrazów. Ale w tym przypadku rzeczywistość muzealna mnie zaskoczyła.
A oryginał robi wrażenie ...jest po prostu piękny...

Józef Chełmoński "Kuropatwy" (1891)

niedziela, 21 lutego 2016

Niedziela z obrazem (60)

W Międzynarodowym Dniu Języka Ojczystego aż się prosi wstawienie obrazu czytającej/piszącej kobiety, albo pokoju pełnego książek od podłogi do sufitu... ja jednak pomyślałam o innym połączeniu literatury z obrazem, czyli o ilustracjach do książek. 
Wydaje się, że czas książki dla dorosłego czytelnika, ilustrowanej pracami wybitnych polskich malarzy i rysowników, to niestety czas miniony. Pozostają jako pamiątka w dawniejszych wydaniach, w seriach pocztówek nawiązujących tematycznie do konkretnych powieści te charakterystyczne, rozpoznawalne  kreski mistrzów.

Miałam dziś spory dylemat co wybrać, a jednocześnie dużo przyjemności w przeglądaniu tego polskiego dorobku ilustratorskiego. 
Wybrałam jednak nie pliki obrazkowe z internetu, a książkę dla młodego czytelnika, którą mam w swoich zbiorach. O samej książce napiszę innym razem, a dziś w roli głównej ilustracja w jakże dobrze znanej starszym czytelnikom kresce Antoniego Uniechowskiego.


 
 




















Oczywiście tytuł wybrany celowo - to "książka o książce", przyjacielu na zawsze...

środa, 17 lutego 2016

Życiorys w prostych żołnierskich słowach

To książka z rodzaju niespodziewanych lektur - wiedziałam o niej, ale jakoś szczególnie jej nie poszukiwałam. Przeczytanie tej książki (swoją drogą co za nietrafiony tytuł) nie zmieniło mojej opinii, a jedynie uzupełniło suchymi faktami i bardziej szczegółowymi informacjami od tych dostępnych obecnie w tzw. źródłach.
Sprawa pułkownika Kuklińskiego była i pozostaje nadal czarno-biała. I to na dwóch płaszczyznach taka sama: propagandowej i ludzkiej.
Tu nie ma żadnych odcieni, są tylko jaskrawie jednoznaczne osądy.
W czasach PRL-u  zdrajca i całkowicie czarny obraz przekazywany od władzy. Po 1995 roku (czas rewizji wojskowego wyroku) w mediach pojawia się biały obraz bohatera. 
Ludzki wymiar jest podobny, ale niezależnie od oficjalnej propagandy. Przez cały czas dla jednych zdrajca, dla innych bohater.
Ja nie lubię wszelkich skrajności, a tej sprawie  każdy powinien mieć własne zdanie. Szczególnie ci, którzy tamte czasy pamiętają, przeżyli je jako dorośli ludzie. Młodym na pewno będzie trudniej, bo nie posiadając osobistego odniesienia, polegają na opiniach historyków i dziennikarzy. I zastanawiam się, czy w ogóle młodych to interesuje? To przecież dla nich taka sama prehistoria jak wojny i powstania. Czy tylko pokolenie ich rodziców i dziadków jeszcze podchodzi do tamtych wydarzeń tak emocjonalnie, jak wtedy?

Moje uwagi nie dotyczą treści, ale formy.
Książkę czyta się łatwo i szybko... według mnie zbyt łatwo i szybko.
Dlaczego tak uważam? 
Dla ciężaru gatunkowego tematyki, jaką porusza, taka dość prosta forma w rodzaju męskich wynurzeń przy dużej wódce rozczarowuje. Spodziewałam się czegoś na wyższym poziomie.  W końcu tu nie chodzi o pierwszą lepszą  zdradę żony z kochanką, ale o zdradę państwa, zdradę wojskową, czy zdradę przysięgi - nawet jeśli uznajemy, że zdrady nie było, biorąc pod uwagę motywy działania .
I właśnie ta forma wypowiedzi - monotonna, jednostajna, bez większych emocji powoduje w pewnym momencie znużenie. Ja właśnie tak to odczułam - dla mnie  nie jest to książka wciągająca, którą się czyta z zapartym tchem, od której nie można się oderwać. Wydaje się również momentami zbyt gładka, prześlizgująca się po temacie. A przecież w tej historii tkwi potencjał na prawdziwie dynamiczną opowieść. Oczywiście nie chodzi mi o jakieś fajerwerki w amerykańskim stylu, jakieś bondowskie  skoki akcji, ale o inne opracowanie materiału.

Forma narracji potocznym językiem nie zawsze sprawdza się na papierze - tu się nie sprawdziła.
Gdyby ta opowieść była żywym słowem samego Kuklińskiego w filmie dokumentalnym, ilustrowana zdjęciami i filmowymi wstawkami, mogłaby zupełnie inaczej "zagrać". Byłoby to prawdziwe, a ewentualne niedociągnięcia językowe mowy potocznej byłyby całkowicie zrozumiałe i na miejscu, pewnie wcale nie byłyby zauważalne.
A tak... czytelnik dostaje do ręki tekst mocno przypominający szorstkie w swej prostocie książki wydawane przez  MON w czasach PRL- u. Ot... takie mam skojarzenie... pewnie jako zdecydowana mniejszość czytelnicza. Bo większość (wystarczy zajrzeć do LC) to same zachwyty nad książką.
Ja tym razem nie dołączę... czytałam w kawałkach, żeby  jakoś dobrnąć do końca.

PS. Uprzedzając ewentualne pytania - nie widziałam filmu "Jack Strong", bo nie chodzę do kina z powodów finansowych. Jeśli kiedyś "puszczą" w telewizji, to pewnie obejrzę.

niedziela, 14 lutego 2016

Niedziela z obrazem(59)

Wincenty Wodzinowski "Koncert domowy" (1890)


niedziela, 7 lutego 2016

Niedziela z obrazem (58)

Antoni Zaleski "Jan Chryzostom Pasek rozpoczyna tańce u pani kasztelanowej" (1849) 


Rysunek będący  ilustracją do „Pamiętników Paska” - Muzeum Narodowe w Warszawie

sobota, 6 lutego 2016

Danuta Szaflarska - 101 urodziny...

Niezwykłe życie...
cóż właściwie można napisać przy tak niezwykłych urodzinach?... wszystkie słowa wydają się banalne...
Ja życzę Pani Szaflarskiej jak najwięcej zdrowia i sił do tej najtrudniejszej roli ... życiowej...


Filmy "Zakazane piosenki" i "Skarb" oglądałam zawsze, gdy tylko mogłam w czasie telewizyjnej emisji być w domu (żadnego nie widziałam w kinie). Nie wiem, jak długo były wyświetlane w kinach, ale na pewno nie tak długo, żeby doczekać mojego urodzenia się i nastoletniego dorośnięcia. To przecież pierwsze filmy powojenne.


O takiej ogromnej popularności późniejsze pokolenia aktorskie mogły sobie tylko pomarzyć, a dzisiejsze gwiazdki nie są w stanie nawet sobie wyobrazić jej skali.

Tak Joanna Chmielewska wspomina* (w swoim stylu) ówczesne realia zdobywania biletów i samego dostania się do budynku kinowego (w tekście pojawia się zwrot "burza nad Azją", będący aluzją do filmu produkcji radzieckiej pod takim tytułem


 

 

Przejrzałam listę filmów z udziałem Pani Szaflarskiej - okazało się, że oglądałam te najważniejsze chyba wszystkie. Przy tej okazji uświadomiłam sobie podwójne spotkanie aktorskie przed kamerą w  relacji babcia-wnuczka z Iloną Ostrowską: w serialu "Ranczo" i w filmie "Ile waży koń trojański"

Dużym przeżyciem był dla mnie film dokumentalny Doroty Kędzierzawskiej "Inny świat", będący swego rodzaju monodramem, czy monologiem (jak kto woli). Tutaj tekstem jest życie aktorki, o którym ona sama opowiada przez 97 minut (tyle, ile miała wówczas lat). To jest niezwykły dokument o świecie zniszczonym przez wojny, o kształtowaniu się człowieka...-  przykuwający uwagę widza przez cały czas. Pani Szaflarska opowiada dowcipnie o drobiazgach, wzruszająco o uczuciach, spokojnie o tragicznych fragmentach życia. To z pozoru jest spokojne opowiadanie, bo nie używa żadnych przesadnych środków aktorskich. Dopiero, gdy wsłuchamy się w to, co nam opowiada dostrzegamy tragizm, dramat, rozpacz i ból - to zawierają te "spokojne" słowa".

* Joanna Chmielewska "Autobiografia", tom I "Dzieciństwo", wyd. Vers, Warszawa 2000, s,212-214
** źródło zdjęć

czwartek, 4 lutego 2016

Czas zdradliwych słodkości

Ta nasza tradycyjna polska kuchnia! ... ze swoimi wszystkimi niezdrowymi potrawami, czasami wręcz zagrażającymi życiu. To wcale nie przesada... gdy ktoś przewlekle chory na cukrzycę, trzustkę, wątrobę, albo borykający się z jakąś inną złośliwą dla kubków smakowych dolegliwością, nagle zrezygnuje z diety i uraczy się tradycyjnymi pączkami lub faworkami - problemy zdrowotne murowane.
W moim rodzinnym domu Mama nigdy nie robiła pączków, za to co roku obecne były chrusty (nazywane dziś faworkami). Mnie pozostawało to, co najprzyjemniejsze, czyli wycinanie chrustów radełkiem, odpowiednie zawijanie i smażenie - na smalcu oczywiście...

Jak to było dawno! ... (naprawdę łza się w oku kręci)... przy takich okazjach najbardziej żałuję nieistnienia wtedy aparatów cyfrowych, którymi można by było utrwalić takie piękne kulinarne osiągnięcia.

Wydaje się, że dziś przede wszystkim młode organizmy (nie mam na myśli małych dzieci) dadzą jeszcze jakoś radę tym bombom kalorycznym smażonym w głębokim (oczywiście) niezdrowym tłuszczu.
Innym pozostaje tylko popatrzeć i wspominać...

na przykład takie pączki, prosto od Bliklego, wystane w długich kolejkach - kupowane w latach 70-tych


miło też oglądać fotografie dawnych cukierni, gdzie można było "zjeść ciasteczko" w tak luksusowych warunkach(wiadomo, że dla wybranych)

wnętrze cukierni Lourse'a, Hotel Europejski, Warszawa, fot. Maksymilian Fajans (1825-1890) - Muzeum Narodowe w Warszawie

Pączki, niegdyś tak bardzo przeze mnie lubiane, były kilka razy tematem postów na tym blogu. Teraz znalazłam tylko dwa, ale było ich więcej (coś mi się chyba pogubiło w trakcie przenosin bloga, ale może jeszcze się znajdzie):

wtorek, 2 lutego 2016

Henryk Sienkiewicz "Niewola tatarska"

"Pacholę jadąc przodem, albo-li téż za mną, pobrzdękiwało na teorbaniku, a mnie żałość i tęsknota za Marysią ściskały serce—i im daléj od niej odjeżdżałem, tém ją miłowałem goręcéj. Przychodziły mi wonczas na myśl słowa: „post equitem sedet atra cura,” lecz gdy w tak wielkiém fortuny mojej uszczupleniu z J. W. Tworzyańskim mówić, ani mu się wyspowiadać z afektów nie śmiałem, nie pozostało mi nic innego, jak szablą na nową fortunę zarobić i gloria militari się przyozdobiwszy, dopiéroż przed nim stanąć. Bóg mi, ani Marychna moja serdeczna nie mogli wziąć za złe, żem tego wprzódy nie uczynił. Gdyby mi ona kazała w ogień albo téż w wodę skoczyć, albo zgoła krew przelać, Ty, Jezu Chryste, który patrzysz w serce moje, widzisz, że byłbym to uczynił. Ale jednéj rzeczy, nawet dla wdzięcznej dzieweczki mojéj nie mogłem poświęcić, a to honoru szlacheckiego. Fortuna moja była żadna, lecz zasię krwi zacność wielka, a po ojcach jakoby testamentem miałem przekazane, bym wiecznie uważył, iż gardło jest rzeczą moją i one wolno mi na szwank podawać, ale integra rodu dignitas jest puścizną przodków, którą mam oddać, tak jak ją wziąłem: integram." 

Moje ubiegłoroczne zamierzenia - doczytania brakujących na mojej liście utworów Henryka Sienkiewicza,  zbiegły się przypadkiem (nie skojarzyłam dat) z Rokiem Sienkiewicza, który właśnie trwa. Z przyjemnością dołożyłam więc do czytania nieprzeczytanych przypomnienie tak dobrze znanych i wielokrotnie czytanych powieści, obchodząc indywidualnie to czytelnicze święto.

Na początek wybrałam krótką formę jaką jest nowela "Niewola tatarska. Urywki z kroniki szlacheckiej Aleksego Zdanoborskiego". Akcja toczy się na kresach Rzeczypospolitej, w drugiej połowie XVII wieku. Utwór pisany w formie pamiętnika, opowiada historię młodego (ubogiego) szlachcica, który dla ukochanej Marysi zaciąga się do wojska. Ma nadzieję zdobyć tam zarówno żołnierską sławę, jak i godny przyszłej żony majątek.

Nowela powstała cztery lata przed "Ogniem i mieczem" (1884), można ją więc traktować jako swego rodzaju wprawkę, wstęp do "Trylogii". W opisie bitewnym odnajdujemy już ten znany tak dobrze styl:

"Wsparliśmy téż okrutnie pogan, którzy powstrzymać nas nie mogąc, jako kłos zżęty pod kopyta końskie padali. Przewracaliśmy po drodze ludzi, konie, namioty, ostrokoły. Trzask łamanych kopii, huczenie armat zgłuszył. Konie kwiczały w ciżbie. Po skruszeniu kopii, gdy nowe ćmy nas opadły, poszło na szable i koncerze. Niejeden odłamkiem glewii grzmocił, lub pięścią zbrojną dusze z ciał wypędzał. Pióra usarskie ze skrzydeł i hełmów tysiącem wzbiły się w powietrze. Gorąco od stłoczenia ludzi i koni zatykało dech w gardzieli. Dopiéroż poszły wrzaski ochrypłe, jęk tratowanych ludzi, pisk, świst szabel i strzał. Opór poganie dawali okrutny, ale już słabli, coraz gęstszym trupem padając, i terror jął ich ogarniać. W zgiełku i zaślepieniu nie wiedzieli gdzie uciekać, wyjąc więc i rękoma głowy osłaniając, pod cięciami mieczów marli. Konie z jeźdźcami przez furyą zdruzgotane, stosy drgające potworzyły, a my po ciałach onych i krwawéj oślizgłości, siekąc, szliśmy przez tłumy ku wozom, zkąd lament jeńców pobranych, płacz przeraźliwy niewiast i wołanie ku niebu się rozlegało. Rzeź trwała już w ciemności, póki nie błysnęła łuna od wozów, gdy je kozactwo zapaliło." 

"Niewola tatarska" to utwór prawdziwie patriotyczny, którego główny bohater jest przykładem niezłomności w zachowaniu wiary ojców w każdych, najgorszych nawet warunkach. Taki sam wątek próby - wyrzeczenie się chrześcijaństwa, której poddawano Aleksego, odnajdujemy w przeżyciach Stasia Tarkowskiego.

Czytając tę nowelę należy oczywiście pamiętać zarówno o czasie jej powstania, jak i o czasie jej akcji - wtedy unikniemy niepotrzebnych porównań i ocen. Po prostu trzeba się zanurzyć w tamten świat ze świadomością, że "to przecież Sienkiewicz".

Nowelkę przeczytałam korzystając z Biblioteki Internetowej Wolne lektury, nie mam więc okładki papierowej książki (ta, którą zaproponowano jest wyjątkowo niepasująca do treści). Dlatego pozwolę sobie wykorzystać okolicznościowy banerek ze znajomego blogu  "Dom z papieru"


poniedziałek, 1 lutego 2016

To było straszne!

Wczorajszy koncert w radiowej Jedynce, a dokładniej mówiąc spektakl muzyczny "Rodzynki, stroskane winogrona" na podstawie wierszy Juliana Tuwima, to jakaś pomyłka, straszna bajka dla słuchaczy wychowanych na prawdziwie artystycznych wykonaniach tych klasycznych już utworów (NIE kultowych!- nienawidzę tego kontekstu).  
Był to wieczór inaugurujący działalność Studia Piosenki Teatru Polskiego Radia na scenie Studia Polskiego Radia, do którego będą zapraszani "młodzi, utalentowani wykonawcy, laureaci wielu przeglądów oraz krajowych festiwali, którzy w nowych aranżacjach i interpretacjach wykonają znane i lubiane przeboje polskich autorów i kompozytorów." (jak czytamy na stronie radia)
I tu jest pies pogrzebany - nie mam pretensji do młodych - śpiewali tak jak im kazano i w takich aranżacjach, jakie im narzucono - jak było z interpretacją tego nie wiadomo. Mam pretensje do autorów tego tuwimowskiego erzacu, odbijającego się czkawką przy mordowaniu muzycznych kreacji Ewy Demarczyk i Czesława Niemena. Pewnie młodemu słuchaczowi, jeśli w ogóle znalazł się taki zainteresowany tym koncertem, nie robi różnicy rozwlekłe tempo (niezgodne z oryginałem), przeciąganie sylab dające skrzek rozdeptanej żaby zamiast czystego śpiewu, bo nie znając oryginału nie ma porównania. Dla słuchacza znającego oryginał to było niemiłe przeżycie.

Nie jestem przeciwna tworzeniu nowych aranżacji starych piosenek, ani nowym ich interpretacjom.
Jestem przeciwna bylejakości - sileniu się na oryginalność w stylu "przerobię tak, że nie poznają"... ale przede wszystkim jestem przeciwna porywaniu się z motyką na słońce - pewne utwory i ich wykonania są już na takim szczycie, że nie da się zrobić lepiej. 
I nie chodzi tu wcale o sentymentalne przywiązanie starej babci i dziadka do wspomnień ich młodości.
Inaczej nie zawsze znaczy równie dobrze...

A w ramach odstresowania proponuję taką współczesną interpretację wiersza "Do generałów"