czwartek, 29 grudnia 2016

środa, 28 grudnia 2016

Regenerująca zmiana repertuaru, czyli grudzień czytadeł i planów porządkowych

Ostatnie pół roku to był u mnie czas zupełnie nie sprzyjający pracy intelektualnej... czytałam bez namysłu (bo nie miałam siły myśleć), to co mi przypadkowo wpadło w ręce. Aż w pewnym momencie... tak jakoś w końcu listopada, zorientowałam się, że czytam same przygnębiające i dołujące książki... 
Wpadłam w jakiś zaklęty krąg męczeńsko-tragiczno-pesymistycznych lektur... nawet Kraszewskiego  trafiały się same tragiczne historie i smutne zakończenia.
W pewnym momencie jednak miałam dosyć i przerzuciłam się na lekturę lekką, łatwą i przyjemną. Przynajmniej taką miałam nadzieję wypożyczając książki nazywane beznadziejnie "literaturą kobiecą" (chyba zawsze będę krytykować to określenie).  I nawet nie zawiodłam się zbytnio... przeczytałam kilka tych opowieści odpowiednio podchodząc do lektury, co dało mi komfort wypoczynku i relaksu, bez zbędnego w tej sytuacji analizowania tekstu.

Przedświąteczny czas i koniec roku sprzyja porządkom wszelakim i różnego rodzaju podsumowaniom.
Ja nie zrobiłam ani jednego, ani drugiego. Pobieżnie tylko przejrzałam bloga "od kuchni", co tylko zwiększyło moją irytację na bałagan, który zrobił się sam z siebie. Trzeba poświęcić trochę czasu na techniczne sprawy. 

Czytać to ja czytałam dużo, ale z pisaniem o książkach było naprawdę kiepsko.
W wersjach roboczych jest prawie 200 postów (nie licząc grudniowych, bo ich nawet nie zaczęłam).
Plany na 2016 rok (wyszczególnione w zakładce na górze) nawet nieźle się zrealizowały, ale zaległości w pisaniu j/w.

Ciekawa jestem, czy w ogóle pojawią się nowe akcje/wyzwania blogowe. Coraz ich mniej.. blogosfera książkowa pustoszeje, a większość pędzi na fb szukając przede wszystkim popularności.

A ja czuję ogromne rozczarowanie dwoistością postaw niektórych blogerów... na blogu ktoś taki  pisze w sposób kulturalny - a na fb agresja, nienawiść, wulgarny język...  
Naprawdę... często mam chwile zwątpienia w sens tej całej wirtualnej zabawy słowami tu na blogu... bo w tamtych miejscach nie mam już zamiaru niczego czytać.

wtorek, 27 grudnia 2016

Żal kartek świątecznych...

Wiadomo nie od dziś, że wraz z powstaniem i rozwojem nowych technologii, powoli zanikają pewne zwyczaje... Rola poczty jest coraz mniejsza, a oferowane usługi rzeczywiście znikają i to całkowicie. Pierwszą ofiarą nowych czasów stały się telegramy, a listy, widokówki i kartki pocztowe coraz bardziej stają się rzadkością... Kto dziś pisze listy? W dodatku ręcznie? Ile osób wkłada serce w wypisanie kilkudziesięciu (różnych w treści) życzeń świątecznych i noworocznych?

Ja bardzo lubiłam wszelkie formy korespondencji i nie uległam esemesowej modzie współczesnego mechanicznego "odwalania" (wiem, to brzydkie słowo) składania życzeń. Jednak dzisiejsza oferta producentów kartek nie sprzyja osobistemu zaangażowaniu w pisaniu życzeń. Kiedyś puste miejsce przeznaczone na wpisywanie własnej treści jest obecnie wypełnione ogólnikowym gotowcem i niewiele pozostaje na odręczny wpis. Na szczęście teraz panuje moda kartek robionych ręcznie, gdzie każdy może się wykazać dowolną techniką. Chyba w poprzednich latach takie kartki domowego wyrobu byłyby źle odbierane... po prostu musiała nadejść moda na rękodzieło.

Przejrzałam trochę zasoby internetu szukając kartek, które wysyłałam. Bo oczywiście ich nie mam - jakoś nie pomyślałam, żeby sobie zostawić na pamiątkę po jednym egzemplarzu. Wtedy wydawało się, że zawsze będą dostępne w sprzedaży. Wybierałam szczególne rodzaje, takie które są mi bliskie, czyli w większości reprodukcje malarstwa - Antoniego Uniechowskiego, Zofii Stryjeńskiej i inne.

Wzornictwo PRL-u było oczywiście cenzurowane, więc elementów religijnych starano się umieszczać jak najmniej. Kartki na święta zawierały głównie rysunki oraz czarno-białe a później kolorowe zdjęcia bombek i  choinek, czasami jakiś wiejski kościółek w śniegu lub szopka krakowska.  Była spora grupa kartek "na wesoło" projektowanych przez plastyków - samochód załadowany prezentami z choinką na dachu, wesoły Mikołaj z workiem itp. Trafiały się też kartki z kolędami i taką między innymi ja również wysyłałam.


Inny rodzaj kartek, podobny w stylu do przedwojennych, był produkowany w małych prywatnych drukarniach. Technicznie i pod względem estetycznym były to kartki innego rodzaju - można nawet zaryzykować ocenę, że gorszego gatunku. Ale właśnie one zawierały prawdziwie religijne treści.

A teraz?... nie wysyłam już kartek świątecznych.
Więzy rodzinne nie są już takie jak kiedyś, gdy odchodzi starsze pokolenie... znajomi również odchodzą... z najbliższymi jesteśmy razem w święta, a kartkę do przyjaciół zastępuje telefon...
Takie czasy...

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Święta z obrazem (94)

Poznaję niektóre obrazy trochę okrężną drogą, tzn. poprzez wzornictwo haftu krzyżykowego.
Już kiedyś pisałam co o tym sądzę... TU przy okazji prezentowania obrazu Władysława Czachórskiego. Nie wszystkie przeróbki są koszmarkami, są na dobrym poziomie wzory pewnej znanej firmy, która specjalizuje się w tzw. "kolosach".

Ten obrazek również znalazłam wśród wzorów do haftu, zaraz na początku mojego krzyżykowania. Nie jest to najwyższa półka malarstwa... trochę kiczowaty, przeładowany szczegółami, ale czasami lubię sobie oglądać takie bajkowe ilustracje, szczególnie w świątecznych klimatach.

 

niedziela, 25 grudnia 2016

Święta z obrazem (93)

Jak w starej przedszkolnej piosence "Wkoło choinki"...


W pajęczynie internetu często trafiam na obrazy, których zdjęcia chciałabym tu umieścić, ale nie mam o nich żadnych informacji. Szukam dalej i większość udaje się jakoś umiejscowić. 
Dzisiejszego obrazka nie opiszę, bo nic o nim nie wiem (trochę mało czasu na szukanie przed samymi świętami).

piątek, 23 grudnia 2016

Wesołych Świąt!

Wszystkim miłym znajomym odwiedzającym mnie tutaj 
życzę 
prawdziwie rodzinnych Świąt
w zdrowiu i szczęściu...

 źródło

Dla zainteresowanych:
Na tej świątecznej kartce oglądamy świat już miniony.
Obraz namalowany przez Stanisława Tondosa, a więc powstały przed 1917 rokiem, przedstawia kościół św. Andrzeja we Lwowie. Piękny zabytek, o którym czytamy teraz  "były (od 1945 roku)  kościół rzymsko-katolicki".

piątek, 16 grudnia 2016

"Love story" - melodramat wszechczasów?

Może nie wszechczasów, ale na pewno numer jeden powojennego kina amerykańskiego lub jak kto woli prekursor przecierający szlak następnym produkcjom tego gatunku.
46 lat temu - 16 grudnia 1970 roku, miał ten film swoją światową premierę... do Polski dotarł bardzo szybko jak na tamte czasy.

W tym krótkim czasie sporo się o filmie pisało w polskiej prasie, no i muzyka!... ta trafiła bardzo szybko do radia. Tak więc idąc do kina z moją odzawszeprzyjaciółką znałyśmy już treść filmu wraz z muzyką.
Oglądając go wtedy znalazłyśmy się w innym świecie - to był prawdziwy kapitalistyczny Zachód, z zupełnie inną rzeczywistością niż wtedy u nas w siermiężnej Polsce Ludowej. A problemy ludzkie wszędzie takie same...

Bardzo szybko stały się modne czapki noszone w filmie przez Ali MacCraw. Tym bardziej, że to rękodzieło łatwe do zrobienia samodzielnie. Oczywiście ja też zrobiłam sobie taki czapko-kapelusik


Była również dostępna wersja papierowa tej historii,  autorstwa Ericha Segala. Nie żeby zaraz wydrukowana!... na takie romansidła, w dodatku ze zgniłego Zachodu szkoda było władzom ponosić koszty. Powieść? opowiadanie?  ukazywało się w odcinkach w jednej z naszych łódzkich codziennych gazet. Kupowałam i wycinałam, ale nie miałam początkowych odcinków, bo dowiedziałam się o tym przypadkiem. Chyba już nie mam tych wycinków i nie mogę zajrzeć do treści, ale pamiętam, że wtedy oceniłam je jako słabe językowo i stylistycznie. Taki surowy materiał na scenariusz. Być może to wina tłumaczenia - pewnie było robione "na kolanie", ale za to przez jakiegoś pewnego politycznie tłumacza. Nie wiem, może to krzywdząca opinia, ale tak sobie gdybam po latach...

środa, 14 grudnia 2016

Dawniej i dziś, czyli magia refotografii

Od autora: 
"Zapewne wielu z nas obserwując jakieś miejsce, myśli czasem: ciekawe, jak wyglądało ono kiedyś? Gdybyśmy na chwilę mogli przenieść się w czasie..."


Ta książka to idealna odpowiedź na moje osobiste zapotrzebowanie.
Urodziłam się i mieszkam całe życie w tym samym mieście... w tej samej dzielnicy...
Chodzę po tych samych ulicach... mijam te same domy, które pamiętam z dzieciństwa... widzę, jak powoli znika stara zabudowa (szczególnie w ostatnich latach).
Nie jest ważne, o jaki miasto chodzi - analogiczne odczucia może mieć każdy, kto jest związany ze swoim miastem "od zawsze". I raczej nie zapowiada się u  mnie zmiana miejsca zamieszkania.

Ma to swoje dobre i złe strony. 
Dobre, bo ja jestem u siebie... nikt mnie nie obrazi jak niejednego imigranta, że nie ma tu dla mnie miejsca... Znam nie tylko ulice, budynki, zabytki i byle jakie chałupiny,  ale także wielu ludzi - sąsiadów, koleżanki ze szkoły, znajomych z pracy, panie ze sklepiku naprzeciwko, koleżanki mojej córki, rodziców tych koleżanek, panie z biblioteki, lekarzy z przychodni... Mogłabym  tak długo wymieniać...
Złe strony to oszukańczy upływ czasu - żyjąc w jednym miejscu, patrząc na to samo otoczenie, jesteśmy jakby cały czas tamtym dzieckiem z podstawówki (którą mijam za każdym razem idąc do lekarza). I tylko zmiany tego otoczenia przypominają nam, że czas nie czeka, a tamto dziecko jest już dzisiaj kimś zupełnie innym.

W pewnym momencie (już chyba w dorosłym życiu) zaczęłam myśleć o przeszłości mojej okolicy.
Mieszkam w sercu starych Bałut... chodzę ulicami Litzmannstadt Ghetto... mijam kamienice pamiętające świat przedwojennej nędzy i występku.

"Jak wyglądały te ulice, zanim powstały tu powojenne bloki?" - takie pytanie nasuwało się coraz częściej, pozostając wtedy bez odpowiedzi.
Pierwsza taką możliwość podróży w czasie zobaczyłam we Włoszech, gdy byliśmy tam w 1978 roku. W Pompejach widziałam na straganie z turystycznymi pamiątkami album ze zdjęciami Pompejów, a każde strona ze zdjęciem miała przezroczystą nakładkę z naniesionymi brakującymi fragmentami. Nie pamiętam techniki wykonania, ale efekt był kapitalny. Nagle widziało się "zdjęcia" Pompejów przed zniszczeniem.

Aż przyszedł czas internetu i odkryłam bloga ReFotografie
Mogę powiedzieć, że zostałam dosłownie  oczarowana obrazkami odsłaniającymi wspólną przeszłość i teraźniejszość. Aktualnie autor bloga niestety zawiesił jego prowadzenie, przenosząc się na fb. 
A sam blog powstał  w 2009 roku jako kontynuacja tej właśnie książeczki. zawierającej ponad 100 starych fotografii wraz z ich współczesnymi odpowiednikami.  Chociaż przeglądając teraz po raz kolejny ten albumik (to mi się nigdy nie znudzi),  znalazłam kolejne zmiany, powstałe już po wydaniu książki - na przykład okolice dworca Łódź Fabryczna.

Obecnie można już znaleźć w internecie wiele stron publikujących stare zdjęcia, więc przybywa osób amatorsko  bawiących się w takie składanki (z lepszym lub gorszym skutkiem). Ja też coś robię, ale na razie z braku czasu mam fazę początkową. Chociaż moje współczesne zdjęcia są takie sobie i  oczywiście nie zamierzam nawet próbować dorównać technicznemu mistrzostwu i precyzji ustawienia zdjęć przez autora.

Mam jedną, ale za to wielką pretensję do wydawnictwa - format książeczki.
Tak, bo to jest książeczka...  zaprojektowana w nietypowym rozmiarze. Nie znam technicznych numerków - ja widzę kwadratową okładkę (15x15cm). A biorąc pod uwagę, że zdjęcia w środku  są jeszcze mniejsze, to wystarczy do złego humoru czytelnika oglądającego takie maleństwa. Tak wiele szczegółów ucieka, są nieczytelne... a fotografia potrzebuje przestrzeni, żeby mogła oddać jak najwięcej. Pewnie zagrały tu względy ekonomiczne, ale tego rodzaju oszczędzanie - w domyśle "większy format, większa cena, więc mniej osób kupi książkę", mnie nie przekonują. Nie w przypadku tego rodzaju wydawnictw.

wtorek, 13 grudnia 2016

Świat dawnych reklam (5) - Gotujcie tylko na gazie

Przed świętami jak znalazł...


Niestety nie znam szczegółów dotyczących źródła pochodzenia, daty oryginału itd. - znalezione w internecie.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Maria Ulatowska "Całkiem nowe życie"

 Od wydawcy: 
"To opowieść o uczuciach. O miłości. Tej trudnej, niszczącej, złej. Tej największej – matczynej. I tej na pozór dobrej, zwyczajnej, która jednak może doprowadzić do tragedii. O nienawiści, która pojawiła się zupełnie bez powodu, może jedynie z zazdrości. A także o przyjaźni między kobietą i mężczyzną. Tak bliskiej, że mogłaby stać się miłością, gdyby… on nie kochał innej.
Jest rok 1968. Franciszka Janusiak, niespełna dwudziestoletnia dziewczyna z małego miasteczka, pierwszy raz w życiu wyjeżdża na wczasy. Znajduje tam męża. Porzuca dotychczasowe życie i mozolnie buduje nowe. Musi wywalczyć sobie prawo do upragnionej pracy, bycia matką, do niezależności. Udaje jej się, bo zdobywa to, co najcenniejsze. Wiarę w siebie i przyjaciół, którzy pomagają jej przetrwać wszystkie przeciwności i zrealizować marzenia." 


"Całkiem nowe życie" to powieść obyczajowa z tej półki literatury tzw. "kobiecej", której bohaterkami są kobiety dojrzałe, co mi najbardziej odpowiada. Rzadko sięgam po książki tego rodzaju... są dla mnie czymś w rodzaju  historyjek z kolorowych pisemek, które wypełniają nam czas w kolejce do lekarza. Tyle, że są dłuższe i najczęściej w lepszym stylu. 
Czytając takie historie chcę chociaż częściowo móc się utożsamiać z bohaterką (przede wszystkim wiekowo). A jeśli nie, to chociaż odnaleźć się wraz z nią w minionych czasach. Nudzą mnie powieści o przebojowych, prężnych, samodzielnych  itd. współczesnych 30-latkach, bo to nie moje pokolenie i jakoś nie mam ochoty wczuwać się w psychikę sfrustrowanych singielek, których najpewniej nie rozumiem.

W trakcie lektury można aktywnie towarzyszyć Franciszce w tej podróży, bo autorka prowadzi bohaterkę przez całe jej dorosłe całkiem nowe życie, co jakiś czas rozpoczynając rozdział konkretnym rokiem (kończącym się lub rozpoczynającym). 
"Kończył się rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty dziewiąty, nadchodziło Boże Narodzenie".
A ja za każdym razem przerywałam lekturę, przywołując z pamięci "ile lat miałam wtedy, co robiłam ?" To dla mnie całkiem przyjemne doświadczenie czytelnicze - konkretne porównywanie losów bohaterki z własnym życiem w określonym precyzyjnie czasie.

Ale tu następuje porównywanie tylko pod tym względem, bo zarówno sama bohaterka jak i jej życie w niczym nie dają się porównać z moim. Po prostu - inny charakter... inne przeżycia... inne spojrzenie na świat itd. ... wszystko inne.
Jednak kalendarz służy tutaj tylko prywatnym celom... nie ma odniesień do wydarzeń w kraju czy na świecie. Frania, jej nowa rodzina, nowi znajomy, nowe miejsce życia (Karpacz) to w pewnym sensie samowystarczalny, zamknięty mikrokosmos.

Nie jest to cukierkowa opowieść, a wręcz przeciwnie... więcej tu goryczy, smutku, złych emocji  niż radości. Książkę dobrze się czyta, a treść potrafi zainteresować na dłużej. Jednak w pewnym momencie, gdy zbliżałam się do końca, coraz mocniej coś mi przeszkadzało. Po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że chodzi mi o sposób narracji. Mamy tutaj narrację zewnętrzną, którą określiłabym jako "gazetową". Taki rodzaj reporterskiego  stylu opowiadania (ale nie w pogoni za sensacją jak to w brukowcu) - chwilami zbyt oszczędny, za bardzo z dystansem, czasami suchy i beznamiętny, a nawet nudny.

Nie znam innych powieści autorki, ta jest pierwsza, którą czytałam. Przez to nie mam porównań poziomu  tej powieści w odniesieniu do innych.

Stron: 440
Wpis zgłaszam do wyzwania-konkursu "Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!

niedziela, 11 grudnia 2016

Niedziela z obrazem (92)

 Widok Dworca Łódź-Fabryczna, fot. Włodzimierz Pfeiffer, 1930, Archiwum Państwowe w Łodzi, licencja PD, Wikimedia Commons - źródło

Tym razem to inne obrazy - nie są to dzieła malarzy, ale wytwory aparatu fotograficznego.
Ale też okazja jest szczególna... historyczna chwila i nasze uczestniczenie w tworzeniu się historii miasta.
Dzisiaj rano - o godz. 5.30 wjechał pierwszy pociąg z pasażerami na dworzec Łódź Fabryczna.
Na nowy dworzec... podobno najnowocześniejszy w Polsce - już nazywany Płaszczką... po pięciu latach całkowitej przebudowy tego miejsca.
Przez pięć lat była to wielka dziura... najpierw powstająca z usuwanego systematycznie starego dworca... stopniowo zapełniana elementami nowego.
Jeszcze nie widziałam dzisiaj dworca "na żywo", bo mocno padało cały dzień, więc chwilowo wykorzystam zdjęcie z internetu.

Dworzec w czasach minionych... 
spokojnie sobie egzystuje, nie przeczuwając przyszłości... podobnie jak hotel "Centrum", z którego prawdopodobnie zdjęcie zostało zrobione - obu już nie ma...

 
14 października 2011 roku - Byliśmy na starym dworcu, czekając na przyjazd rodziny i był to właśnie wjazd ostatniego pociągu z pasażerami... 


Po niewczasie pomyślałam, że mogliśmy zabrać sobie tę tablicę na pamiątkę, bo jak się później okazało ludzie swobodnie zabierali z dworca przeróżne przedmioty. Ale tego dnia nie wiedzieliśmy, że tak można.

Nie robiłam zdjęć placu budowy w ciągu tych pięciu lat, chociaż często przejeżdżałam obok.  Zapisałam sobie te obrazy w pamięci, a na szczęście wielu innych miłośników Łodzi utrwalało wszystkie fazy powstawania nowego dworca.

Maj 2012 rok - najdelikatniejsze (podobno) prace przy rozbiórce historycznych fasad budynku, wokół którego już nie ma torów, bocznic, parkingów i reszty współczesnej zabudowy


Tylko raz zabrałam ze sobą aparat, wiedząc, że będę pokonywać tor przeszkód tuż obok ogrodzenia placu budowy. Nie mogłam zmarnować takiej okazji i zrobiłam kilka zdjęć przez dziurę w ogrodzeniu. 
Marzec 2015


I wreszcie... po przedłużanych  terminach zakończenia budowy ... 
początek nowego rozdziału w historii Łodzi


źródło

wtorek, 29 listopada 2016

Świat dawnych reklam (4) - Obiad bez deseru jest niedokończony!

Jeszcze jedna reklama z książki kucharskiej Idy Plucińskiej


niedziela, 27 listopada 2016

Niedziela z obrazem (91)

Henryk Rodakowski "Portret Leonii Blühdorn" (1871)


środa, 23 listopada 2016

J.I.Kraszewski "Dziecię Starego Miasta"




"Dziecię Starego Miasta..." to dziwna, nierówna i trochę uciążliwa w czytaniu powieść.
Z jednej strony pokazuje to, co dla mnie zawsze jest najciekawsze w dawnych powieściach - zapis codzienności, realiów życia. 
Tutaj jest to przedpowstaniowa atmosfera Warszawy. Przejmujące są opisy dramatycznych wydarzeń na warszawskiej ulicy... to jest zdecydowany plus tej powieści


Z drugiej jednak strony mamy do czynienia z mocno niedopracowaną fabułą, papierowymi postaciami, dość nieudanym manifestem patriotycznym. Wiadomo... pisarz chciał dobrze... ale cóż z tego skoro wyszło jak najgorzej. To, co miało być wzniosłe i szlachetne zostało praktycznie ośmieszone. Zbyt dużo patosu, nadmierne nadęcie, przerost treści - to doprawdy niestrawna mieszanka. Prosty chłopak wygłasza tyrady godne podręcznika agitatora, a rozmowy dwojga zakochanych! Są po prostu straszne - tego nie da się czytać. I nie chodzi wcale o to, że zakochani rozmawiają o wzniosłych ideach, zamiast obściskiwać się po kątach. Chodzi  o to JAK rozmawiają...
(w tym przypadku cytatu nie dołączam).

wtorek, 22 listopada 2016

Świat dawnych reklam (3) - Przymieszka - a co to takiego?



Ta reklama, zamieszczona w przedwojennej książce kucharskiej (pamiątka po babci), wzbudza u mnie zainteresowanie historyczno-leksykalne. Bo cóż to jest ta "przymieszka"? Słowo dziś całkowicie nieobecne w języku polskim.
W internecie znalazłam różne próby wyjaśnienia (niektóre dość śmieszne). Wybrałam wyjaśnienie wydające się być zgodne z prawdą:
"Dziś powiedzielibyśmy domieszka, czy przyprawa do kawy. Firma Henryka Francka założona w Skawinie w roku 1910 znana była z produkcji kawy zbożowej i różnych dodatków polepszających smak, głównie na bazie cykorii. "Przymieszki" sprzedawane były w formie proszku lub w kostkach w kształcie przypominającym tabletkę lub ośmiobok. Rysunek młynka był znakiem firmowym, widniał nie tylko na opakowaniach, ale był też wybijany na tabletkach." - cytat stąd
Zamieszczanie takich reklam w książkach wydawanych "nakładem własnym autora" było i jest dzisiaj dla nas całkowicie zrozumiałe. Przynosiło dodatkowy dochód, a może reperowało trochę skromny budżet wydawcy.
Książce przeznaczę osobny post, bo moja droga do poznania autorki dostarczyła mi niespodziewanych wiadomości.


niedziela, 20 listopada 2016

Niedziela z obrazem (90)

George Dunlop Leslie "Apple Dumplings" (1880)

sobota, 19 listopada 2016

Wcale nie salonowe refleksje po ...

Co roku wybieram się na książkowe imprezy typu targi, które u nas ktoś z nadmiarem wyobraźni nazwał Salonem. Wcześniej nie udawało mi się zobaczyć tego salonowego wydarzenia... w tym roku jednak uparłam się i pojechałam - pierwszego dnia (czyli w piątek) przed południem.


Totalna porażka - fatalny wybór czasu...

Miałam nadzieję, że piątek będzie trochę luźniejszy, bo jednak ludzie w pracy... a ci spoza Łodzi dojadą w sobotę i niedzielę.
Niestety... wypadłam już z zawodowego myślenia i zapomniałam o hordach swawolnej młodzieży (starszej i młodszej).

I tak oto po wejściu do Muzeum Włókiennictwa, gdzie odbywa się impreza, nagle znalazłam się na dużej przerwie w mocno zaludnionej szkole. Tłum wrzeszczących, biegających, przepychających się na oślep osobników w wieku szkolnym... 
Nie trzeba było dłuższej obserwacji, żeby zauważyć, że ICH WCALE NIE INTERESOWAŁY KSIĄŻKI.
Moje nerwy nie były przygotowane na kontakt z tym żywiołem, więc w pewnym momencie miałam ochotę również kopnąć pewnego osobnika, który stał na półpiętrze schodów i skopywał zebrane na stoiskach zakładki (uprzednio je rzuciwszy na podłogę) na głowy ludzi na dole. Ale się powstrzymałam! W ochronie własnego systemu nerwowego... i nie tylko. 
Kiedy zmęczyli się aktywnością ruchową obsiadali wszelkie wolne leżaki i krzesełka, wyciągali telefony i każdy wgapiał się w ekran. Zainteresowanie książkami było od nich oddalone o całe lata świetlne.

Błąkałam się w tym tłoku, nie mogąc się skupić na odczytywanych tytułach książek - nazwy wydawnictw i tytuły książek zlewały się w jedną kolorową masę.
W końcu dobrnęłam do stoiska, które było głównym celem mojej wyprawy. 
Chciałam kupić książkę, której premiera była dość mocno zapowiadana w lokalnych mediach.
Nie widząc książki zapytałam o nią... otrzymałam beztroską odpowiedź, że "będzie po piętnastej".
Kurza twarz! To tak się traktuje klienta na tak niby prestiżowej imprezie! Mam się drugi raz tłuc przez miasto, tracić czas, żeby ewentualnie kupić książkę?!
Wszystko powinno być w zębach przyniesione i ułożone PRZED otwarciem drzwi!
Ale kogo to obchodzi, gdy jest zwykłym pracownikiem? Tylko prywatny właściciel wydawnictwa potrafi osobiście pilnować interesu i być na miejscu.

Po tym kolejnym zgrzycie miałam dość i ewakuowałam się z tego miejsca.
I tylko było mi żal najmłodszych uczestników tego zbiorowego spędu, na których natknęłam się przy wyjściu. Ubierało się to towarzystwo - I lub II klasa podstawówki dość nieporadnie (jeszcze z pomocą  nauczycielek) i było widać, że ta wycieczka to dla nich przeżycie. Ale niestety... za kilka lat będą tacy jak ci ze starszych klas... szkoda słów.

To moja całkiem subiektywna opinia... oczywiście w internecie już znalazłam same ochy i achy na temat imprezy. Ale wiadomo... nie da się zadowolić wszystkich.
I to by było na tyle... kolejne Salony, Targi lub inne takie odpuszczę sobie.


wtorek, 15 listopada 2016

Świat dawnych reklam (2) - E.Wedel

Praca nadesłana na konkurs plakatu organizowany przez E.Wedel. 1903r.

poniedziałek, 14 listopada 2016

List z jesieni...

Dawno nie zaglądałam do literackiego kalendarium, a dziś przypada 138 rocznica urodzin Leopolda Staffa. Kiedyś bardzo lubiłam Jego wiersze, więc tym chętniej wróciłam do tej poezji. A na dzisiejszą pogodę wybrałam ten wiersz...

"List z jesieni"

Czekam listu od ciebie... Tam Południa słońce
I morze mówi z tobą... U mnie długa słota,
Samotność, jesień, chmury i drzewa więdnące...
Dziś pogoda... lecz słońce chore - jak tęsknota...

Nim wyślesz, włóż list w trawę wonną albo w kwiaty,
Bo tu żadne nie kwitną już... Niech go przepoi
Spokój, woń słońca, szczęście twej bliży i szaty -
Albo go noś godzinę w fałdach sukni swojej...

A papier niechaj będzie niebieski... Bo może
Znów przyjdą chmury szare, smutne, znów na dworze
Słota łkać będzie, kiedy list przyjdzie od ciebie;

Skarżyć się będą drzewa, co więdną i mokną,
A ja, samotny, może znów będę przez okno
Patrzał za małym skrawkiem błękitu na niebie...

Józef Chełmoński "Jesień" (1875)



niedziela, 13 listopada 2016

"O mnie się nie martw" (2014)

Początkowo strasznie irytowała mnie skrzecząca maniera młodocianej wykonawczyni tego wielkiego przeboju sprzed lat, będąca wręcz obrazą dla pierwotnego wykonania, ale teraz staram się po prostu nie słyszeć.


Trochę naciągana wielka miłość  bogatego synusia z kręgów adwokackich (na drodze do własnej kariery), do przeciętnej z urody i z jeszcze bardziej przeciętnym życiem samotnej matki-rozwódki (o koszmarnych szmato-fartuchach, w jakie jest ubierana aktorka na planie już nie wspominam).
Chyba, że o te najlepsze cechy charakteru chodzi, w których prawdziwy mężczyzna powinien się zakochać, nie zważając na całą otoczkę... czyli taka współczesna Trędowata na wesoło (prawdopodobnie z happy endem).

Oglądam, bo w ogólnej mizerii propozycji telewizyjnej ten serial jeszcze jakoś daje się obejrzeć, a przy robótkach ciszę akceptuję tylko w lesie lub w ogrodzie. W blokach ciszy nigdy nie ma - są natomiast niechciane odgłosy otoczenia.

sobota, 12 listopada 2016

Morderstwo odbędzie się...

Kto zagląda do mnie regularnie wie, że lubię najbardziej stare filmy, stare książki, stare fotografie, stare przedmioty... ogólnie stare czasy. Ta skłonność jest tak silna, że nawet blog samowolnie ewoluował w tym kierunku.
To dotyczy również tego gatunku, jakim są kryminały.  Kiedyś (jakieś 30 lat temu),  czytałam ich sporo, ale nie kupowałam do swoich zbiorów. Bazowałam na wypożyczeniach i tu były największe schody, bo różnie z tym bywało (najczęściej kolejka do książki). W sumie najłatwiej było je dostać w bibliotekach małych miejscowości, gdzie jeździliśmy na wakacje.
Mam z tymi książkami pewien problem, o czym pisałam już kiedyś -  Nie sięgać po kryminał, gdy znamy już  film. A przynajmniej nie sięgać zbyt szybko po obejrzeniu filmu.Po obejrzeniu adaptacji filmowej traci się główny dreszczyk emocji... "bo wiadomo kto zabił i jak do tego doszło"...
A ponieważ bardzo lubię filmy zrobione w starym stylu, gdzie nie ma przemocy i litrów czerwonej farby na ekranie, więc naoglądałam się tych ekranowych wersji ile się dało - tych starszych i tych zrealizowanych w ostatnich latach (jak tylko trafiło się w telewizji). Dlatego w pewnym momencie zrobiłam sobie dość dużą przerwę w oglądaniu..., musiałam odczekać sporo czasu "żeby zapomnieć to i owo" i móc delektować się czytaniem starych, dobrych kryminałów z najwyższej półki. I właściwie nie zależy mi aż tak bardzo na toku rozwiązywania zagadki... bardziej interesuje mnie tło wydarzeń - ludzie i miejsca oraz czas. 

Nie stosuję celowego wyboru książek według jakiejś listy, bo muszę zdać się na przypadek, czyli co będzie do wypożyczenia w Bibliotece. Tym razem trafiła się panna Murple i zapowiedziane w lokalnej gazetce morderstwo.



Szczególnie ciekawe, chociaż nie pod kątem kryminalnym a politycznym,  było dla mnie pewne porównanie... W tym przypadku czas akcji daje sporo do przemyślenia - październik 1945 roku. Jakże inaczej wyglądało wtedy życie u nas -  w powojennej Polsce i tam w Anglii... ale angielskie wywyższanie się pozostaje niezmienne przez wieki.



Książkę czytałoby się naprawdę miło, gdyby nie te nazwiska! Ja nie wiem... czy autorka celowo nadała swoim bohaterom tak dziwaczne i mylące się w czytaniu nazwiska, czy to efekt wyczerpania pomysłowości...  Skutek był taki, że w niektórych przypadkach do końca nie mogłam dopasować nazwiska do osoby. To bardzo duży minus.

A po zakończeniu lektury takie refleksje - to jednak powieść swoich czasów... przy dzisiejszym poziomie techniki i medycyny (badanie kodu DNA) tamta intryga wydaje się przestarzała, zbyt prosta, naiwna.

środa, 9 listopada 2016

Świat dawnych reklam (1) - Puder Antiba

W moim podejściu do reklam i ogłoszeń panuje niezwykle kontrastowa dwoistość - uwielbiam stare, nienawidzę nowych. Tak właśnie... celowo użyłam czasowników idealnie oddających moje emocje w tym zakresie: "uwielbiam" i  "nienawidzę".

Dlaczego tak lubię stare reklamy i ogłoszenia?... bo przywołują świat miniony bezpowrotnie... bo dają wiedzę o tamtej rzeczywistości, zwyczajach, kulturze życia codziennego, innym rodzaju myślenia... 

Dlaczego tak bardzo nie lubię nowych? ... bo są wszystkie takie same, jak z jednej matrycy... bo traktują potencjalnego klienta jak niedorozwiniętego umysłowo... a przede wszystkim dlatego, że jesteśmy zmuszani do ich oglądania/czytania/słuchania. Nie mamy wyboru, nikt nas nie pyta, czy chcemy się zapoznać z treścią reklam. Atakują nas niespodziewanie i wszędzie: na ulicy, w tramwaju, w czasie oglądania filmu, w trakcie słuchania radia. Wiek XXI to wiek wszechobecnych agresywnych reklam.
Co prawda jeszcze można uciec wzrokiem w innym kierunku, przestawić pilotem inny kanał w telewizji, zmienić stację w radio. Ale to niewiele daje... za chwilę w tej innej stacji też będzie porcja reklam... na ulicy kolejne wielkie banery reklamowe pchają się w oczy itd.

A w przypadku dawnych reklam?... - były zamieszczane dyskretnie, w odpowiednim dziale gazety lub na wewnętrznych okładkach książek. Co prawda wiek XX w Polsce (szczególnie przed II wojną światową) to także "żywe reklamy" chodzące na ulicach wielkich miast, także reklamy kinowe... , ale nie było to aż tak masowe zjawisko jak dziś. Wtedy krąg odbiorców był dużo mniejszy, bo obejmował ludzi zamożnych... takich, których było stać na kupno gazety, książki, biletu do kina.

Mam trochę reklamowych ciekawostek w swoich zbiorach bibliotecznych (w książkach i gazetach), ale na początek tego cyklu wybrałam coś znalezionego w internecie

poniedziałek, 7 listopada 2016

Łódź jak z bajki w grze komputerowej

Chociaż nie bawię się grami komputerowymi, te obrazki mnie zainteresowały - projekt Soni Jach

niedziela, 6 listopada 2016

Niedziela z obrazem (88)

Claude Monet  "The Tea Set" (1872)


sobota, 5 listopada 2016

Było... minęło...(24) - Spotkania z Pat



"Pat po raz pierwszy w życiu wybierała się na przyjęcie, prawdziwe wieczorne przyjęcie. Do ciotki Azalki przyjechały dwie bratanice jej męża i przyjęcie to stryj Tom nazwał "strzałem z dwururki", zaproszono bowiem zarówno chłopców i dziewczynki w wieku Winnie I Józka, jak i dziesięcioletnią dzieciarnię ze względu na młodszą bratanicę, Kasię. Sid długo utrzymywał, że gardzi przyjęciami i nie zamierza tracić czasu, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie, gdy Winnie zaczęła mu dokuczać, iż zniechęca go nieobecność Mai Binnie" 
   - No pewnie, że jej nie zaproszono - skomentowała Judysia dość wyniosłym tonem. - Binnie`owie to nie towarzystwo dla Madisonów, a co dopiero dla Gardinerów.  s.141



Kolejny "Piknik z klasyką" wywołał z mojej półki dwie powieści o Pat ze Srebrnego Gaju.
Dołączyłam w komentarzach do Pikniku, chociaż czytałam "Pat..." dość dawno. Teraz, po przeczytaniu całej dyskusji na blogu Pyzy oraz wpisu o książce u Tarniny, dostrzegłam pewne strony tej powieści, na które wcześniej nie zwracałam uwagi. Chociażby zmiany realiów i obyczajowości, bo akcja toczy się nie w XIX wieku, czy na przełomie wieków, gdy świat był jeszcze bardzo XIX-wieczny, ale w latach międzywojennych.

Przeczytałam obie części ("Pat ze Srebrnego Gaju" i "Pani na Srebrnym Gaju") w roku ich wydania - 1993.
Byłam wtedy już mocno dorosłą osobą, po lekturze większości utworów L.M.Montgomery dostępnych w języku polskim, więc w grę nie wchodziło dziecięce zauroczenie światem Srebrnego Gaju.

Wręcz przeciwnie - to powieści, które nie znalazły u mnie uznania, a sama główna bohaterka wywołuje tylko irytację, złość. Po prostu nie lubię jej; tak jak nie lubię gadaniny Judysi, która mnie nudzi (jako że nie jestem fanką elfów i podobnych baśniowych stworów); nudzi mnie cała rodzina Gardinerów i wkurza rodzina Binnie`ch.
Po pierwszej lekturze wróciłam jeszcze do książek chyba dwa razy, ale z coraz większą niechęcią.

Dlaczego nie lubię powieści o Pat?
Głównym powodem jest chyba rodzaj narracji - niby taki sam, jak w innych utworach L.M.M., a jednak mniej ciekawy. Powiedziałabym, że wręcz nudny. Odbieram opowieść jako przegadaną i powierzchowną, nic w tym gadaniu nie przyciąga uwagi na dłużej, nie zaciekawia. I chyba za bardzo oczekiwałam podobnego stylu, jaki znajduję u Ani i Emilki.
Teraz, gdy wiem w jakim momencie życia pisarki obie powieści powstały, jestem dla nich bardziej wyrozumiała. I może jeszcze raz wrócę do lektury, żeby spojrzeć na nie pod innym kątem.

piątek, 4 listopada 2016

Dlaczego omijam szerokim łukiem niektóre blogi?

Kiedy trafiam na nowy blog tematycznie mnie interesujący, oczywiście sposób jego prowadzenia ma duże znaczenie, czy dopiszę go do swojej listy. Ważny jest poziom kulturalny jaki reprezentuje sobą autor/autorka i w dużym stopniu wiek osoby blogującej. Jednak blogasek nastolatki, czy też blog młodocianej odkrywczyni Ameryki, która dopiero złapała w łapki "Lalkę" i coś tam bredzi na ten temat nie jest w kręgu moich zainteresowań. Ani nie mam chęci czytać wypracowań, ani umartwiać się lekturą nieporadnych tekstów (nie obrażając nikogo z młodocianych piszących... w końcu oni też muszą jakoś zacząć i wybić się na samodzielność).

Obok tych warunków pojawiają się szczegóły, szczególiki równie ważne.
Pierwsze co mnie odrzuca to atakująca "po oczach" tabliczka zapraszająca do polubienia na wiadomej stronie. Taka tabliczka zasłania praktycznie cały tekst blogowy i tu następuje u mnie duże wkurzenie - nie lubię takiego namolnego niby-zapraszania, które przeszkadza w czytaniu bloga. A że bardzo nie lubię wiadomej strony - blog skreślony. Bo niestety, przy każdej kolejnej wizycie ten atak z polubieniem mamy zapewniony.

Drugi to strona czysto techniczna.
Jeśli blog jest obwieszony gadżetami jak choinka (tu zegarek, tam prognoza pogody, kalendarz, dużo różnorodnych zdjęć na paskach bocznych, listy linków, listy blogów, galerie prac autorki, candy, wyzwania, zabawy itd itp) to mój stareńki komputer ledwie dyszy i często po prostu zawiesza się zanim wgra całą grafikę danego bloga.

Trzecia sprawa to nazewnictwo - ale..., choćby blog był cudem intelektu, super aktrakcyjną propozycją - jeśli w tytule lub w nicku osoby piszącej są pewne słowa, które na mnie osobiście negatywnie oddziałują, to niestety, sorry Winnetou...
Takich słów jest sporo i nie będę już ich przytaczać, w końcu to moja osobista fobia.
Ale  dwóch nie lubię szczególnie - nie odwiedzam blogów z nazwami pewnych pospolitych gryzoni w tytule lub w nicku. Tak bardzo brzydzę się ich w realu, że samo słowo wywołuje u mnie obrzydzenie.
Podobnie, chociaż już bez fobii, ale równie mocno odrzucają mnie pewne słowa o perojatywnym znaczeniu. Czasami mam wrażenie, że autorki blogów nie do końca przemyślały ten wybór.
Między innymi to słowo: "złodziej, złodziejka" - nie wypowiadam się na temat blogów mających to słowo w tytule, bo ich nie znam, nie czytam, nie zaglądam. Być może tytuł  powieści Markusa Zusaka  "Złodziejka książek" należy traktować w innych kategoriach - nie wiem. 
Ale wiem, że prawdziwy złodziej książki to dla mnie bardzo niesympatyczna postać. 
Ten post powstał właściwie z tego powodu, pod wpływem mojej złości na osobników kradnących książki w bibliotekach.

O Ślepym Maksie, łódzkim żydowskim Al Capone z czasów przedwojennych, czytałam dość dużo. Kiedy jednak pojawiła się nowa pozycja na ten temat chciałam również ją przeczytać. Widziałam książkę jakiś czas temu na półce w mojej Bibliotece, ale wtedy wybrałam coś innego. I tu błąd! - na przyszłość należy "łapać okazję jak jest". Ostatnio pytam o tę książę i co słyszę? "a... już nie mamy... ktoś sobie "pożyczył" na wieczne nieoddanie". To teraz tylko mogę sobie popatrzeć na okładkę, bo aż tak bardzo nie pragnę posiadać na własność, żeby kupić.

niedziela, 30 października 2016

Czas wspomnień... czas pamięci... (1)

Cmentarz w Pabianicach...
przyjeżdżamy tutaj tylko raz w roku, ale pamiętamy o zmarłych i o grobach rodzinnych nie tylko w tym czasie...


zapalamy znicze przy symbolicznych tablicach poświęconych tym członkom rodziny, którzy grobów własnych nie mają ... zmarli na wywózce... zamordowani przez okupantów...




sobota, 29 października 2016

Czas zimowy... czas letni...

"30 kwietnia 1916, niedziela
Zgodnie z zarządzeniem władz Generalnego Gubernatorstwa Warszawskiego o godzinie 11 w nocy należy przesunąć wskazówki zegarów na godzinę 12. W ten sposób po raz pierwszy dokonana zostaje zmiana czasu na tzw. czas letni. Akceptując pomysł oszczędności węgla i nafty, zgłoszony przez Hermana Resego, nauczyciela w mieście Hameln, w pruskiej prowincji Hannover, Rada Związkowa (Bundesrat) uchwaliła przesunięcie czasu zegarowego  we wszystkich krajach niemieckich na okres letni o godzinę do przodu w stosunku do czasu astronomicznego"*
I wszystko jasne, komu "zawdzięczamy" ten wątpliwej obecnie wartości przymus, wywołujący u wielu z nas złość i zgrzytanie zębami (delikatnie mówiąc). 

Należę do tej ponad 70 % większości  Europejczyków, którzy są przeciwni zmianie czasu. 
Zawsze miałam ogromne problemy z wczesną pobudką (przez lata musiałam wstawać przed godziną 5 rano!), a już po wiosennym każdorazowym "zabraniu" mi tej jednej porannej godziny nienawidziłam wszystko i wszystkich wokoło.
Dlaczego do rządzących głów nie docierają potwierdzone badaniami fakty, przemawiające przeciwko corocznym manipulacjom z zegarkami? To znaczy ja wiem dlaczego, ale publicznie nie będę się wyrażać.

* Krzysztof R.Kowalczyński "Łódź 1915-1918, Czas głodu i nadziei", s.69


niedziela, 23 października 2016

Niedziela z obrazem (87)

Józef Rapacki „Portret Kazimierza Lasockiego na tle jesiennego krajobrazu” (1914)

poniedziałek, 17 października 2016

"Brzezina" (1970)

 źródło: Fototeka FN

Po wielu latach obejrzałam film ponownie (telewizyjny przegląd dorobku Andrzeja Wajdy trwa).
I tak jak wtedy, tak i dzisiaj nie mam odniesień do literatury, bo tego opowiadania nie czytałam (chyba nie czytałam... to było tak dawno, że może jednak...). Byłoby to o tyle dziwne, że przełom licealno-studencki to czas mojego wielkiego zainteresowania twórczością Iwaszkiewicza i właśnie opowiadaniami, chociaż za tą formą nie przepadam.
Nie mając pola do porównań i niezadowolenia - tak mam przy każdej wajdowskiej przeróbce treści literackiej, odebrałam film właściwie podobnie jak kiedyś. Zapisany na taśmie filmowej zbiór malarsko-filozoficznych odniesień i metafor w formie obrazków łatwych do odkodowania dla w miarę wykształconego widza.
I nawet tak samo jak wtedy nie podoba mi się bezwzględne wykorzystanie dziecka w scenach z Danielem Olbrychskim - można osiągnąć oczekiwany efekt na ekranie poza bezpośrednim kontaktem fizycznym dorosłego aktora i dziecka ... bez szarpania, potrząsania, wrzasków przy twarzy... i nikt mnie nie przekona, że na pewno scena przygotowana była starannie, łagodnie, a w ogóle bezstresowo iw przyjaznej atmosferze. Pewnie tak samo jak w przypadku "Kroniki wypadków miłosnych"

piątek, 14 października 2016

Dzień z obrazem (85)

Przy okazji Dnia Nauczyciela...
( ja pozostaję przy starej nazwie)...

Simon Glücklich "Die Hausaufgaben" (1893)

  

źródło




niedziela, 9 października 2016

Niedziela z obrazem (84)

Gdy za oknem plucha ma się ochotę na ciepłe śniadanie... ach, ta magia żywego ognia... chociaż dziś wolimy wygodę w kuchni

Adriaan de Lelie  "Woman Baking Pancakes"

środa, 5 października 2016

Z serii "niedoczytania"

  Od wydawcy: 
"Do czego zdolny jest morderca, aby ukryć swą zbrodnię? Mack zaginął dziesięć lat temu. Pewnego dnia wyszedł z domu i nikt go już więcej nie widział. Co roku dzwoni do domu w Dzień Matki, zapewnia, że jest zdrowy, po czym rozłącza się, nie odpowiada na żadne pytania. Nawet po śmierci ojca, który zginął w zamachu na WTC, nie wrócił do rodziny. Siostra Macka, Caroline, decyduje się rozwiązać tajemnicę. dlaczego brat zniknął. Prawda okaże się zaskakująca i śmiertelnie niebezpieczna..."
Nie znałam wcześniej tej autorki i sama nie wybrałam książki z półki, to 
podpowiedź pani bibliotekarki. Chciała dobrze, ale dla mnie to wybór nie trafiony. Jakoś nie mogę się odnaleźć we współczesnych kryminałach. Spróbowałam tak zachwalaną Marininę - totalna porażka... konstrukcja i treść tak zagmatwana, że zmęczona plątaniną nazwisk zrezygnowałam z dalszego poznawania dokonań tej pisarki.
"Gdzie teraz jesteś" to historia dziejąca się współcześnie i w tym chyba tkwi główny powód mojego problemu z takimi książkami. Podchodzę do wydarzeń zbyt emocjonalnie, odnosząc tło i postaci bohaterów do życia osobistego, a stąd już tylko krok do niepotrzebnego zbytniego wczuwania się w ich przeżycia. Trudno było mi skupić się tak bezstronnie czytelniczo na prowadzonej akcji odbierając prawdziwie sytuację matki - to jeden z przykład tego "niepotrzebnego" współczucia.


W miarę czytania czułam coraz większe przygnębienie opowiadaną historią, więc w pewnym momencie przerzuciłam na końcówkę z rozwiązaniem zagadki.
Jednak nie chcę już czytać  takich opowieści ..., za dużo smutku i niesprawiedliwości mamy wokół siebie, żeby jeszcze dobrowolnie dołować się takim czytaniem. Ja przynajmniej nie mam na to ochoty i wolę pozostawać przy starociach z klasyki gatunku (nie tylko tego).

czwartek, 29 września 2016

Łódzkie ulice z "kresowymi" nazwami

Tytuł dzisiejszego posta nawiązuje do wpisu Kaye Warszawskie ulice z "kresowymi" nazwami. Kiedy przeczytałam tamten tytuł w moim notesiku blogowym, od razu zadałam sobie pytanie: a jakie są łódzkie ulice z takimi nazwami?

Jedynym skojarzeniem tak "z marszu" jest ulica Wileńska. To nowa/stara nazwa tej ulicy. A dlatego ja zapamiętałam, że na niej mieści się szpital położniczy, w którym urodziła się moja córka.
Dlaczego nazwa nowa/stara? Ja znałam ją jako ulicę Małgorzaty Fornalskiej (do 1990 roku). Okazuje się jednak, że w dwudziestoleciu międzywojennym już miała obecną nazwę - Wileńska. A do 1913 roku - Szlachecka. Ładnie, prawda?
Nazwy z okresu okupacji hitlerowskiej nie chcę przytaczać.

Bardzo lubię chodzić śladami nazw ulic, tropić ich historyczne zmiany, więc tworzenie tego posta to dla mnie sama przyjemność.

A co znalazłam?
Barska, Dniestrzańska, Filarecka, Kowieńska, Kresowa, Krzemieniecka, Litewska, Mińska.

To niezbyt dużo, a jeszcze mam w niektórych przypadkach wątpliwości.
Nie wpisałam ulicy Brzeskiej, chociaż może kojarzyć się z miastem Brześć. Ale figuruje pod tą nazwą niezmiennie (jeszcze przed 1913 rokiem), więc może chodziło tu o "brzeg"

Barska - mam nadzieję, że nie chodziło tu o bar mleczny, ale o Bar - tak dobrze nam znany z Sienkiewicza. Tym bardziej, że sąsiednie ulice to Krakowska, Filarecka, Warneńczyka.

Podobnie z ulicą Mińską (też zaliczyłam pobyt w maleńkim szpitaliku na tej niewielkiej ulicy).
Myślę, że chodzi o ten daleki Mińsk, a nie na przykład Mińsk Mazowiecki. Nazwa polska tej ulicy pozostaje niezmieniona od czasów sprzed I wojny światowej.

A przy okazji tej "ulicznej" tematyki, kilka słów o książce z łódzkiej biblioteczki.
Kiedy pojawiła się w księgarniach miałam nawet zamiar ją kupić, jednak po przejrzeniu zrezygnowałam z zakupu (znowu kwestia finansowa). Wolę chyba sama tworzyć sobie na blogu taki słowniczek (nawet wtedy już zaczęłam) - większa przyjemność...


Od wydawcy:
 "Z około 2300 łódzkich ulic nazwy pamiątkowe związane z osobami posiada nieco ponad 700 ulic, placów, alei i skwerów. Ich patronami zostawali bojownicy o niepodległość Polski z różnych okresów historycznych, powstańcy, bohaterowie czasów I i II wojny światowej, a po 1989 roku „żołnierze wyklęci”, ludzie kultury i nauki, działacze społeczni i polityczni, święci i duchowni. Wśród nich pojawiają się również postaci literackie, biblijne oraz legendarne.
Łódź – miasto pełne niespodzianek – i w tej dziedzinie zaskakuje. W mieście są np. dwie ulice tego samego króla Bolesława – Śmiałego i Szczodrego; Michała Wołodyjowskiego i Małego Rycerza, Piasta i Piasta Kołodzieja.
Książka Patroni łódzkich ulic składa się z dwóch części: pierwsza ukazuje proces kształtowania się nazewnictwa łódzkich ulic i polityki historycznej prowadzonej przez władze Łodzi i centralne od XIX wieku po czasy współczesne; drugą tworzą biogramy patronów w większości uzupełnione unikatowymi fotografiami.
Publikację uzupełniają wykazy ulic, placów i parków, których nazwy zostały zmienione w okresie transformacji po 1989 roku, oraz indeks osobowy."

poniedziałek, 19 września 2016

Wcale nie śmieszna Chmielewska

Czytelnik przyzwyczajony do pierwszych powieści Joanny Chmielewskiej, tych z kryminalnymi motywami na wesoło, może poczuć się zaskoczony.
Niby wszystko jak zwykle... Joanna Chmielewska jako pisarka Joanna Chmielewska przypadkowo odkrywa miejsce zbrodni - dwa niewątpliwe trupy na kupie gruzu ze skrytki w ścianie... również jak to często bywa w jej powieściach, uczestniczy aktywnie w rozwiązaniu zagadki, czyli odnalezieniu sprawcy/sprawców oraz zaginionego łupu ze ściany, o którym świadczą mizerne resztki, które pozostały w owym ściennym gruzie.


Jednak gdy odsuniemy na bok rozrywkowo-kryminalną część tej powieści, a całkiem poważnie skupimy się na osobach dramatu, to znajdziemy dramat rzeczywisty w bardzo smutnym i przygnębiającym wątku dziecka - ofiary psychicznej przemocy domowej.
Bo jak inaczej nazwać kilkanaście lat znęcania się wrednej baby nad bezbronną dziewczynką? Nie... ciotka nie używała siły fizycznej.. bardziej zgnębiła sierotę nakazami i zakazami, ciągłym poniżaniem, zmuszaniem do jedzenia obrzydliwych rzeczy i noszenia starych łachów. Lista pomysłów ciotki jest dłuższa, ale szkoda czasu na zajmowanie się nimi.
Można się zastanowić, czy takie postępowanie osoby dorosłej względem powierzonego jej opiece dziecka z rodziny jest możliwe? Oczywiście, że tak... jak najbardziej realne i możliwe... szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę motywy, którymi się kierowała. 

Nie mogę zaliczyć tej powieści do swoich ulubionych, bo jednak całkiem poważnie podchodzę do opowiedzianej historii, w której wcale mi nie żal ofiar kończących swój żywot w trakcie poszukiwania skarbów.

niedziela, 18 września 2016

Niedziela z obrazem (83)

Przy okazji świątecznego czasu - taki obrazek...

 Victor Gabriel Gilbert (1847-1933)  "Le marché aux fleurs"