wtorek, 21 kwietnia 2015

Moje czytanie... o książkach

Od czasu poznania książkowej blogosfery zaczęłam, obok czytania nowych książek, czytać o książkach.
I w większości przypadków jest to tylko czytanie o książkach. Zapoznaję się z opiniami, uwagami, refleksjami blogerów  na ich stronach lub portalach książkowych po ich kolejnych lekturach, ale niewiele z tych tytułów trafia na moją listę "do przeczytania".  W tym momencie to dla mnie bardzo wygodne narzędzie, bo poznaję kolejne meandry literatury, ale to nie znaczy, że muszę to wszystko sama przeczytać. Najczęściej wystarczy mi ów skrót i opis.
Dodatkową, ale jakże podstawową przeszkodą w dotarciu do nowości, które mnie zainteresowały są finanse. A właściwie ich brak. Nie stać mnie na kupowanie nowych książek (tyle sobie wypracowałam!), a biblioteki też cienko przędą, więc szanse na nowości są małe.

Są jednak książki, których nie mam ochoty przeczytać - wcześniejsza taka sytuacja związana była z książką Moniki Jaruzelskiej (pisałam o niej na blogu)
Teraz to nowa pozycja dotycząca Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

Przeczytałam kilka opinii o książce (zdjęcie okładki ze strony LC) i jej treści - to mi wystarczy.
Nie dlatego nie chcę zapoznać się dokładniej, że na przykład boję się konfrontacji nowo poznanych faktów z cukierkowym obrazem z "Marii i Magdaleny"; że nie chcę obalenia mitów;, że przykre byłoby tak silne odbrązowienie poetki dla mnie jako miłośniczki jej poezji itd
Nie... nic z tych rzeczy.
Już wcześniej zmieniło się moje postrzeganie obu sióstr i mój stosunek do całego tego mitu cudownej rodziny Kossaków.
Pisałam o tym w poście "Bezkrytyczna siostrzana miłość"

Po prostu zniechęciło mnie właśnie to prawdziwe (podobno) oblicze poetki. I wcale nie mam ochoty - tak po babsku - czytać o innej antypatycznej babie. O wrednej, złośliwej, małostkowej, niedouczonej, skrzywdzonej przez wojnę celebrytce zapatrzonej tylko w siebie.
Szkoda mi czasu i przyznaję - szkoda mi własnych nerwów, bo nic tak mnie nie wkurza jak czytanie o takich paniusiach.

To co przeczytałam wystarczy mi jako uzupełnienie wiedzy, a czy zmieni się teraz mój odbiór poezji Lilki? Sama jestem ciekawa, ale to się dopiero okaże...

3 komentarze:

  1. Mnie też w wielu przypadkach wystarcza przeczytanie opinii, by wiedzieć czy chcę czy też nie przeczytać książki, o której czytałam.
    W wielu przypadkach chcę, ale już się zorientowałam, że po większość książek, szczególnie tych bestselerowych nie ma sensu sięgać, gdyż nic na wszelkie sposoby już wałkowane tematy nie wnoszą.
    Biografie lubię czytać, ale dobre i obiektywne a takie wydaje mi się pisano dawniej. Dzisiaj szuka się w życiu osób, o których się pisze głównie różnych smaczków i sensacji, by przyciągnąć czytelnika.
    A o Jasnorzewskiej już dawno czytałam tylko nie pamiętam w czym, że była zapatrzoną w siebie egoistką.
    Ale może to jej kalectwo sprawiało, że chciała czuć się piękną i uwielbianą.
    Jak bibliotek się w tę książkę zaopatrzy to sobie pożyczę, by chociaż ją tak przebiec.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na razie nie mam ochoty na lekturę, tym bardziej, że jak piszą inni nie jest to biografia obiektywna.
      A wpływ kalectwa na charakter i zachowanie człowieka? Podobno przed wojną popularne było powiedzenie: "jak garbaty, to złośliwy"

      Usuń
    2. To powiedzenie i po wojnie było w obiegu....pamiętam go...
      Czyli lepiej poczytać opinie .....

      Usuń