środa, 29 kwietnia 2015

Niedziela z obrazami (i nie tylko) - (29) - w Muzeum Narodowym w Warszawie

Bez wcześniejszych planów nagle wybraliśmy się z mężem do Warszawy  na wystawę obrazów Olgi BoznańskiejChęć obejrzenia tej wystawy wyrażona niespodziewanie przez męża była dla mnie zaskoczeniem, bo nigdy jakoś nie szczególnie  nie wyrażał swojego zainteresowania wizytami w muzeach sztuki. Chociaż w ciągu naszych wspólnych lat "zaliczyliśmy" naprawdę sporo miejsc muzealnych, zawsze miałam wrażenie, że biedaczek czuje się zmuszany.

Każdy wyjazd do Warszawy wiąże się dla nas z kosztami, które nie są dla nas czymś mało znaczącym. Niestety... tak cienko przędzie "inteligencja pracująca", a jeszcze gorzej jej część emerytalna.

Skoro jednak wycieczka doszła do skutku chcieliśmy w samym muzeum zobaczyć jak najwięcej. Wczesny wyjazd nie uchronił nas przed stratą czasu na znalezienie wolnego miejsca parkowania, więc po wejściu do budynku czekała nas do odstania spora kolejka do kasy (ponad 100, jak policzył z nudów jakiś młody człowiek). Ale tu nam się udało, bo akurat ktoś miał do odstąpienia bilety nabyte omyłkowo nie do tej części muzeum. Wychodząc po kilku godzinach zobaczyliśmy w korytarzu mniejszy tłum oczekujących, więc wydawało się nam, że liczba chętnych spadła.
Ale po wyjściu na zewnątrz okazało się, że wręcz przeciwnie...
Początek kolejki zewnętrznej...

... ciąg dalszy...


Jak pocieszający jest taki widok! Długa kolejka spragnionych estetycznych doznań, którzy jeszcze chcą za nie płacić...

W ciągu tych krótkich kilku godzin wspaniale naładowałam się doznaniami bezpośredniego kontaktu ze sztuką. Oprócz wystawy obrazów Olgi Boznańskiej odnalazłam te wszystkie dobrze znane i lubiane obrazy, które przez lata oglądałam w albumach.  Jaka to przyjemność móc zobaczyć je w naturze!...


W takich chwilach prawie przechodzą mnie owe słynne dreszcze jakie były udziałem bohaterek L.M.Montgomery. Szczególnie nastawiłam się na polskie  malarstwo XIX i obrazy malarzy holenderskich.
Osobny wpis poświęcę  swoim wrażeniom z Galerii Sztuki Średniowiecznej, której szczególnie rzeźba zawsze mnie zachwyca


Poznałam też sporo dzieł, o których wcześniej nie wiedziałam.
Teraz tylko potrzeba czasu, czasu i jeszcze raz czasu, żeby odnaleźć każdy z nich, poczytać o autorze, poznać historię obrazu...



 




niedziela, 26 kwietnia 2015

Niedziela z obrazem (28)

Lubię wracać do tych znanych miejsc i sławnych zabytków, które kiedyś widziałam... w których byłam... i raczej już nigdy więcej tam nie wrócę (w przypadku miejsc daleko za granicą Polski)
To dla mnie największa zaleta internetu, że mogę zobaczyć zdjęcia i filmy, czyli podróżować  małym kosztem nie ruszając się z domu.

Szukam tych miejsc także na obrazach...

 Aleksander Gierymski "Wnętrze bazyliki św. Marka w Wenecji" (1899)

źródło

Wybrałam ten obraz i zaplanowałam wpis z konkretną datą nie spodziewając się, że właśnie dziś będę w Warszawie i zobaczę obraz w oryginale "na żywo".
Naprawdę... zbieżność wydarzeń ciągle zaskakuje... 

W oryginale obraz wydaje się ciemniejszy - wnętrze mroczne, z niewielką ilością dobrze widocznych szczegółów.  Ma to jednak swój klimat i  obraz przyciąga wzrok... chce się go dłużej oglądać.
Zdjęcia powodują większe rozjaśnienia całości. 
Oczywiście wszystkie zdjęcia z muzealnych wnętrz są zrobione bez użycia lampy, więc to takie amatorskie "szarzyny".


O muzealnej wyprawie w następnym poście.

 

piątek, 24 kwietnia 2015

Przestaję czytać komentarze - mój prywatny prostest przeciwko głupocie

Nie... to wcale nie chodzi o komentarze na moim blogu.
To komentarze na znajomych blogach doprowadziły mnie do takiego zniechęcenia.
Szkoda mojego czasu i moich nerwów... nie chcę wiedzieć co nie mają do powiedzenia osoby wpisujące się pod postami na odwiedzanych przeze mnie blogach.
Ile jeszcze można czytać nic nie wnoszące zdania, że "nie przeczytam", "nie dla mnie", "może ciekawe, ale nie moje klimaty" itd.
To jednak jeszcze nic  w porównaniu ze stwierdzeniem, które ostatnio przeczytałam - nie podejmowałam dyskusji na tamtym blogu, bo widzę bezcelowość takiej wymiany zdań. Nie przerobi się kogoś, kto ma nadzieję, że wydawca w nowym wydaniu XIX - wiecznej powieści uwspółcześni język.
Rany boskie! na czym ma polegać owo uwspółcześnienie? Ma zmieniać tylko niektóre wyrazy, czy całe zdania? Albo może w ogóle powycinać nudne fragmenty, żeby nowa książka była poręczniejsza w użyciu?
Taki zabieg, o którym pisał Marlow jakiś czas temu - tylko, że tutaj dokonalibyśmy tłumaczenia z polskiego na polski.
Pewnie niektórym czytelnikom, zmęczonym archaiczną polszczyzną (chociaż w tym konkretnym przypadku czyta się ją bardzo dobrze i wcale nie jest nudna dla kogoś czytającego ze zrozumieniem), podobałaby się wersja przerobiona na XXI-wieczny bełkot esemesowy.

I jeszcze jeden kwiatek z komentarzy, który mnie od nich odstrasza:

"książka może być świetna, ale nie za bardzo interesuję się tym" i do tego stały dodatek tzn. link do własnego bloga. Taki lans to bywa prawdziwa plaga - jakoś tak nadchodzi falami zatruwając życie blogerom. I tu bardzo spodobało mi się umieszczenie na jednym z blogów informacji, że takie komentarze z linkami do blogów będą usuwane. Nawet jeśli sam komentarz byłby niezmiernie ciekawy i wartościowy.  Stwierdzenie "mój blog to nie słup ogłoszeniowy" jest jedynym sposobem na ukrócenie takich praktyk, bo niektórzy potrafią wielokrotnie podrzucać takie komentarze z adresem.
Na mnie to akurat działa odwrotnie i nigdy nie zaglądam pod tak nachalnie podawany adres.
No, ale ja w ogóle nienawidzę reklam, więc to reakcja prawidłowa.

O błędach językowych i niechlujnej pisowni wielu komentarzy już nie chcę wspominać.

A na początku swojego książkowego blogowania naiwnie myślałam o pięknych dyskusjach "na temat"...


czwartek, 23 kwietnia 2015

Światowy Dzień Książki i wspomnienie prywatnej wypożyczalni

O tym święcie czytelniczym przypomniała mi dziś swoim postem Kaye - na blogu Notatnik Kaye.
Wiem o tych wszystkich różnych Światowych Dniach, wiem, że są, ale jak przyjdzie ten konkretny to wylatuje z pamięci (bez przypominajki ani rusz!)

Kaye zadała czytelnikom swojego bloga pytanie "jak wyglądałaby nasza wymarzona bibliotek domowa?"

Podoba mi się taka propozycja, którą pokazała, ale ja dodałabym jeszcze bardzo wygodny fotel z idealnie dopasowaną stojącą lampą wraz z wbudowanym stoliczkiem. Antyczny już dziś model z lat 30-tych.
Takie miejsce do czytania było w dawnym mieszkaniu moich Dziadków, ale też metraż w takich starych kamienicach był zupełnie inny.
Znalazłam zdjęcie podobnej lampy w tym stylu, chociaż tamta miała o wiele większy i bardziej imponujący abażur (chyba z frędzlami)


Dzisiejszy dzień jest dobrą okazją do napisania  o pewnym bibliotecznym miejscu w moim mieście (do czego zabierałam się już dawno).

Chociaż nie mieszkam w samym centrum Łodzi, to jednak wielokrotnie różne sprawy mnie tam prowadzą. Kiedyś to były po prostu wędrówki po ulicy Piotrkowskiej, oglądanie sklepów, a przede wszystkim zaglądanie do każdej księgarni w poszukiwaniu nowych książek.
Teraz to po prostu przechodzenie i odkrywanie ciągłych zmian w wyglądzie ulic, kamienic - zmiany, które podobają mi się, albo nie podobają wcale.

Regularnie znajduję się na ulicy Andrzeja Struga, o której wspominam w poprzednim poście.
Na odcinku między Piotrkowską a Kościuszki byłam w swoim życiu niezliczoną ilość razy.
A najwcześniejsze wspomnienia to czasy licealne, gdy odkryłam w domu pod numerem 3 prywatną wypożyczalnię książek. Wtedy, w czasach najgłębszego PRL-u było to dla mnie niezwykle dziwne zjawisko.  Nie wiedziałam nawet, że może istnieć prywatna biblioteka, do której można przyjść, zapisać się i wypożyczać książki. Oczywiście wtedy jakoś nie skojarzyłam, że trzeba za to zapłacić.
Teraz bardzo żałuję, że nie zainteresowałam się... nie weszłam do środka...
Być może myślałam, że tak będzie zawsze i "jeszcze zdążę".
Ta pewność zastanej rzeczywistości to moja prywatna zmora w odniesieniu do oglądania, utrwalania na zdjęciach, odwiedzania ludzi, rozmów. Nie mieściło mi się w młodej wtedy głowie, ze ten ustrój może nie trwać wiecznie.

O tej nieistniejącej już wypożyczalni znalazłam takie informacje w internecie (cytat z wikipedii):

"Bibliotekę założył w 1898 r. Bronisław Rogowski (inne źródła podają, że założycielkami na jego zlecenie były Janina Kaplińska i Klaudyna Szopska). Pierwotnie mieściła się ona przy ul. Dzielnej 3 (dziś ul. Narutowicza). Rogowscy wyjeżdżając w 1907 r. odstąpili interes siostrom Felicji i Halinie Pieńkowskim. W latach 1932–1937 w bibliotece pracował a Apolonia Michalska.
II wojna światowa przyniosła bibliotece straty, Halina Pieńkowska zginęła pod kołami samochodu, Felicję Pieńkowską wysiedlono, a zbiory biblioteczne wywieziono. Okres wojny przetrwały tylko książki, które posiadali przedwojenni abonenci. W 1945 r. Pieńkowska zaczęła odzyskiwać księgozbiór, weszła w spółkę z Domicellą Iwasieczko i w maju 1945 r. biblioteka została ponownie otwarta.
W chwili otwarcia dysponowała 5000 woluminów. Głównym problemem biblioteki było zajmowanie książek przez cenzurę. W sierpniu 1953 r. władze podjęły decyzję o likwidacji placówki, ale w reakcji na te plany Julian Tuwim napisał w tej sprawie list, dzięki czemu biblioteka nie została zlikwidowana. List jest do dziś przechowywany. W 1957 r. zmarła Felicja Pieńkowska, w 1964 Domicella Iwasieczko, prowadzenie instytucji przejęła Danuta Burska. Ok. 2000 r. czytelnia miała ponad 200 abonentów. W 2004 r. kamienica przy ul. Struga zmieniła właściciela, z powodu wysokiego czynszu placówkę przeniesiono do oficyny przy ul. Piotrkowskiej 82. W wyniku przeprowadzki liczba abonentów spadła: w 2010 r. było ich 40, rok później – 30. To doprowadziło do ostatecznej likwidacji placówki w końcu 2011r. Pozostało tylko 10000 książek.

 Rogowscy zakładając wypożyczalnię zdobywali księgozbiory w twardych oprawach (takie zachowały się aż do kresu istnienia biblioteki). Każda książka miała czarną oprawę i płócienne grzbiety na których złotą farbą olejną stemplowano numery. W księgozbiorze znajdowały się powieści m.in . Lema, Hugo, Dostojewskiego, Szekspira. Biblioteka posiadała też Ostatnie dni Pompejów z 1800 r.

W czasie II wojny światowej księgozbiór został wywieziony. Po zakończeniu wojny ówczesna właścicielka, Felicja Pieńkowska odzyskała zaledwie 5000 woluminów, które posiadali przedwojenni abonenci. W latach 50. XX w. bibliotece groziła likwidacja, księgozbiór cenzurowano, a nawet wyrywano w niektórych książkach strony, które mówiły o przedwojennej arystokracji. Regały zapełniały też romanse (m.in. harlequiny) oraz PRL-owskie kryminały. Dużą część zajmowała beletrystyka,  literatura młodzieżowa, oraz zdobyte przez Rogowskiego książki popularno-naukowe. W końcu znalazły się też książki współczesne."

Motyw prywatnej wypożyczalni znalazłam jak dotąd tylko w powieści Heleny Boguszewskiej "Anielcia i życie", o której pisałam TU 

środa, 22 kwietnia 2015

Literackie ulice

W pewnym momencie, po lekturze postów na blogach książkowych tematycznie związanych z literaturą, zastanowiłam się nad "literackimi miejscami" w Łodzi. Na pierwszy ogień poszły ulice. 
Ile ulic nazwanych na pamiątkę pisarzy i poetów ich nazwiskami potrafię wymienić z pamięci?
Zrobiłam sobie taki test "z marszu" - przypomnieli się: Sienkiewicz, Prus, Żeromski, Orzeszkowa. To pierwsze skojarzenia bez namysłu - szczególnie Sienkiewicza i Żeromskiego to ulice doskonale znane, w centrum miasta. Po chwili przypomniały się aleje Mickiewicza i plac Reymonta.
Ale dalsze przypominanie wymagała jednak głębszego namysłu.  Z obcych tylko Gogol z Puszkinem .
Oj, cieniutko....  Wobec nagłej pustki w głowie sięgnęłam po pomoce naukowe w formie książki kodów pocztowych (rok wydania 1972) oraz nowego planu miasta - nie ma co  się męczyć.

Czytanie książek adresowych dla mnie jest fascynującą lekturą, chociaż aktorsko chyba tylko Irena Kwiatkowska mogłaby to zrobić po mistrzowsku.

Większość tych ulic znam, chodzę nimi całe życie, ale nagle uciekły z pamięci: Boya-Żeleńskiego, Broniewskiego, Długosza, Andrzeja Struga i inne.

Z ulicą Andrzeja Struga wiąże się pewna charakterystyczna dla rodowitych łodzian historia.
Przed II wojną światową była to ulica św.Andrzeja, po wojnie oczywiście świętemu odebrano - dano pisarzowi. Kiedy czasami słyszę w tramwaju pytania lub rozmowy pasażerów i pada tekst "wysiadamy na Struga" mogę się założyć, że to nie są łodzianie z dziada pradziada.. My zawsze mówimy "na Andrzeja", a w czasach PRL-u krążyła złośliwa wersja, że to ulica "Świętego Andrzeja Struga".

Dość szybko znalazłam takie ulice, o których nigdy nie słyszałam... o ich patronach oczywiście tak: Bohomolca, Brzechwy, Deotymy, Fredry, Zapolskiej, Hoffmanowej, Iłłakowiczówny i jeszcze trochę innych

Pomysłowość komisji nadających nazwy ulicom jest jak wiadomo nieprzewidywalna.
W tym zakresie mamy także ciekawostki literackie - ulice nazwane imionami bohaterów: Balladyny, Jana i Cecylii, Maćka z Bogdańca, Chochoła (można podejrzewać związek z Wyspiańskim, a nie ze zwykłą słomą), Judyma, Telimeny, Juranda ze Spychowa...
Jakiś wielki miłośnik "Trylogii" przyłożył się do nazw ulic na nowym osiedlu:  Kmicica, Zagłoby. Chociaż nie rozumiem dwóch nazw odnoszących się do jednego bohatera - to ulice " Wołodyjowskiego" i "Małego Rycerza".
A co powiecie na takie ulice jak "Dobrej Wróżki", "Kubusia Puchatka" lub "Szeherezady"?  I tak to lepsza sytuacja niż z warszawską "Kubusia Puchatka", bo podobno to tylko nazwa zwyczajowa i nie ma jej oficjalnie.

A z nazw "okołoliterackich":  Lipiec Reymontowskich, Drukarska, Wydawnicza i oczywiście Czytelnicza.

Naprawdę, lektura takich spisów może być pouczająca, ciekawa i zabawna zarazem...
Oczywiście wymieniłam tylko niektóre literackie ulice.

Na Tuwima


 

 

wtorek, 21 kwietnia 2015

Moje czytanie... o książkach

Od czasu poznania książkowej blogosfery zaczęłam, obok czytania nowych książek, czytać o książkach.
I w większości przypadków jest to tylko czytanie o książkach. Zapoznaję się z opiniami, uwagami, refleksjami blogerów  na ich stronach lub portalach książkowych po ich kolejnych lekturach, ale niewiele z tych tytułów trafia na moją listę "do przeczytania".  W tym momencie to dla mnie bardzo wygodne narzędzie, bo poznaję kolejne meandry literatury, ale to nie znaczy, że muszę to wszystko sama przeczytać. Najczęściej wystarczy mi ów skrót i opis.
Dodatkową, ale jakże podstawową przeszkodą w dotarciu do nowości, które mnie zainteresowały są finanse. A właściwie ich brak. Nie stać mnie na kupowanie nowych książek (tyle sobie wypracowałam!), a biblioteki też cienko przędą, więc szanse na nowości są małe.

Są jednak książki, których nie mam ochoty przeczytać - wcześniejsza taka sytuacja związana była z książką Moniki Jaruzelskiej (pisałam o niej na blogu)
Teraz to nowa pozycja dotycząca Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

Przeczytałam kilka opinii o książce (zdjęcie okładki ze strony LC) i jej treści - to mi wystarczy.
Nie dlatego nie chcę zapoznać się dokładniej, że na przykład boję się konfrontacji nowo poznanych faktów z cukierkowym obrazem z "Marii i Magdaleny"; że nie chcę obalenia mitów;, że przykre byłoby tak silne odbrązowienie poetki dla mnie jako miłośniczki jej poezji itd
Nie... nic z tych rzeczy.
Już wcześniej zmieniło się moje postrzeganie obu sióstr i mój stosunek do całego tego mitu cudownej rodziny Kossaków.
Pisałam o tym w poście "Bezkrytyczna siostrzana miłość"

Po prostu zniechęciło mnie właśnie to prawdziwe (podobno) oblicze poetki. I wcale nie mam ochoty - tak po babsku - czytać o innej antypatycznej babie. O wrednej, złośliwej, małostkowej, niedouczonej, skrzywdzonej przez wojnę celebrytce zapatrzonej tylko w siebie.
Szkoda mi czasu i przyznaję - szkoda mi własnych nerwów, bo nic tak mnie nie wkurza jak czytanie o takich paniusiach.

To co przeczytałam wystarczy mi jako uzupełnienie wiedzy, a czy zmieni się teraz mój odbiór poezji Lilki? Sama jestem ciekawa, ale to się dopiero okaże...

"W kręgu zbrodni" (2014)

Serial kryminalny - produkcja Wlk. Brytania.
Dość świeży produkt telewizyjny, który zaczęłam oglądać przypadkowo, a z trudnością dobrnęłam do końca pierwszej części. Film mnie tak znudził, że chciałam go sobie odpuścić, ale jednak zwyciężyła ciekawość w stylu "i kto zabił?". Być może do mojego znudzenia dołożył się jeszcze lektor, który odrabia pańszczyznę swoim czytaniem. Usypia koncertowo.

Serial jest na wskroś angielski - na czele z przysłowiową angielską flegmą w leniwej akcji, w ujęciach silących się na psychologiczne tło z udziałem  mało kobiecych, sztywnych i drewnianych aktorek o "typowo angielskiej urodzie". 
Film nie trzyma w napięciu - dzieje się niewiele i właściwie trudno dostrzec, w jaki sposób główna bohaterka i jej koleżanki dochodzą do rozwiązań tajemnic kryminalnych.

strona filmu

Nie jestem fanką brytyjskiego kina... nie czuję pewnie tego klimatu. Najczęściej te filmy i seriale nudzą mnie po prostu.
Jednak trzeba przyznać producentom filmów, których akcja dzieje w bliższej lub dalszej przeszłości dbałość o scenografię, rekwizyty, kostiumy. Zatrudniają fachowców, którzy potrafią wypełnić plan filmowy, a ludzi ubrać odpowiednio w stylu epoki.

To bardzo ciekawy dla mnie obraz, bo akcja dzieje się na początku lat 50-tych, w czasach młodości moich rodziców. Oglądałam z zainteresowaniem ubrania młodych Angielek, porównując je z tym, co zostało utrwalone na zdjęciach i filmach w Polsce. Był to czas socrealizmu i obowiązującego na polskiej ulicy ciężkiego workowatego płaszcza robotnicy fabrycznej w chustce zawiązanej pod brodą.
A tu na filmie niezwykłe w kroju płaszczyki, no i kapelusze, kapelusiki! U nas nie było to tak powszechne nakrycie głowy, raczej uchodziło za symbol drobnomieszczaństwa i bogatej sanacyjnej paniusi - a to już był podtekst polityczny.

Jako robótkomaniaczka drutowa oczywiście wypatrywałam na ekranie każdego wytworu rękodzieła na paniach i panach - to dla mnie o wiele ciekawsze niż ślamazarna akcja. Bohaterki nie tylko noszą sweterki zrobione na drutach, ale nawet "głównodowodząca w śledztwach"  w jednej ze scen trzyma w rękach druty z robótką. 

 




poniedziałek, 20 kwietnia 2015

I Gilbert odszedł...

Jonathan Crombie zmarł 15 kwietnia.

Światową popularność przyniosła mu rola Gilberta w serialu o Ani Shirley i już zawsze literacki bohater będzie kojarzony z wizerunkiem tego aktora... nawet jeśli znajdą się nowe filmowe wersje i inni aktorzy...


Przyznaję, że gdy zobaczyłam ekranizację (a byłam już wtedy dorosłą osobą), ten Aktor  nie do końca pasował mi do mojego wyobrażenia książkowego Gilberta, z którym "zżyłam się" przecież w ciągu tylu lat.


Dość szybko jednak doszłam do wniosku, że  był to dobry wybór ...

Zmarł nagle, w wieku 48 lat.
Jego organy zostały przekazane do przeszczepu



niedziela, 19 kwietnia 2015

wtorek, 14 kwietnia 2015

"Syberiada polska" (2013)

Początkowo nie miałam zamiaru oglądać tego filmu - tyle  złego naczytałam się o nim.
Książki, która posłużyła jako materiał serialowy, chyba nie mam ochoty czytać ze względu na osobę autora.
Jednak obejrzałam, gdy film pojawił się w telewizji.

To jest zły film ... po prostu zły z każdej strony.
I nie można zaliczyć reżyserowi na plus fakt podjęcia tej tragicznej tematyki, bo wszystkie pozostałe minusy zaleją tego plusa całkowicie. Jeśli się pokazuje koszmar przeżyć Polaków w taki sposób, to lepiej milczeć i nie brać się wcale za robienie filmu. Bo cepeliowska lukrowana wersja losu Sybiraków jest obrazą dla pamięci skazanych na to piekło...

Teraz, po obejrzeniu filmu, odnalazłam jeszcze jedną opinię o tym "dziele" - TU
Zgadzam się z każdym słowem...


niedziela, 12 kwietnia 2015

Niedziela z obrazem (26)

Henryk Rodakowski "Chłopka międląca len przy pomocy tarlicy" 1859



Kolejne odnalezienie wspomnień z dzieciństwa...
Widoczne na tym obrazie narzędzie widziałam co roku u babci na wakacjach.
Ale nigdy nie widziałam go w działaniu i jakoś nigdy nie zapytałam "do czego służy?, jak działa?"
Teraz wiem, dlaczego nie było używane latem... i jednocześnie widzę, jak bardzo wtedy ta podlaska wieś była bliska  czasom malarza z XIX wieku.
Dziś tego wiejskiego świata już nie ma...

piątek, 3 kwietnia 2015

"Kładki, na których spotykają się ludzie różnych światów..."

   "...Wszedł do kościoła i zaraz na wstępie znowu uderzył go nowy widok. Kilka żebraczek i żebraków błagało o jałmużnę, którą Bóg zwróci litościwym w życiu przyszłym. Jedni z pobożnością całowali nogi Chrystusa, umęczonego przez państwo rzymskie, inni w progu upadłszy na kolana wznosili do góry ręce i oczy, jakby zapatrzeni w nadziemską wizję. Kościół pogrążony był w ciemności, której nie mógł rozproszyć blask kilkunastu świec, płonących w srebrnych kandelabrach. Tu i owdzie na posadzce świątyni widać było niewyraźne cienie ludzi leżących krzyżem albo zgiętych ku ziemi, jakby kryli się ze swoją pobożnością pełną pokory. Patrząc na te ciała  nieruchome można było myśleć, że na chwilę opuściły je dusze i uciekły do jakiegoś lepszego świata.
   "Rozumiem teraz - pomyślał Wokulski - dlaczego odwiedzanie kościołów umacnia wiarę. Tu wszystko urządzone jest tak, że przypomina wieczność."
   Od pogrążonych w modlitwie cieniów wzrok jego pobiegł ku światłu. I zobaczył w różnych punktach świątyni stoły okryte dywanami, na nich tace pełne bankocetli, srebra i złota, a dokoła nich damy, siedzące na wygodnych fotelach, odziane w jedwab, pióra i aksamity, otoczone wesołą młodzieżą. Najpobożniejsze pukały na przechodniów, wszystkie rozmawiały i bawiły się jak na raucie.
   Zdawało się Wokulskiemu, że w tej chwili widzi przed sobą trzy światy. Jeden (dawno już zeszedł z ziemi), który modlił się i dźwigał na chwałę Boga potężne gmachy. Drugi, ubogi i pokorny, który umiał modlić się, lecz wznosił tylko lepianki, i - trzeci, który dla siebie murował pałace , ale już zapomniał o modlitwie i z domów Bożych zrobił miejsce schadzek; jak niefrasobliwe ptaki, które budują gniazda i zawodzą pieśni na grobach poległych bohaterów.
   "A czymże ja jestem, zarówno obcy im wszystkim?..." (...)

  W nawie, u konfesjonału, u drzwi kaplicy grobowej, widać było zgięte postacie klęczących. Niektórzy czołgali się do krucyfiksu na podłodze i ucałowawszy go kładli na tacy drobne pieniądze, wydobyte z chustki od nosa.
   W głębi kaplicy, w powodzi światła leżał biały Chrystus, otoczony kwiatami. Zdawało się Wokulskiemu, że pod wpływem migotliwych płomyków, twarz jego ożywia się przybierając wyraz groźby, albo litości i łaski. Kiedy pozytywka wygrywała "Łucję z Lamermooru", albo kiedy ze środka kościoła doleciał stukot pieniędzy i francuskie wykrzykniki, oblicze Chrystusa ciemniało. Ale kiedy do krucyfiksu zbliżył się jaki biedak i opowiadał Ukrzyżowanemu swoje strapienia, Chrystus otwierał martwe usta i w szmerze fontanny powtarzał błogosławieństwa i obietnice..."

Bolesław Prus, "Lalka", Spółdzielnia Wydawnicza "Książka"  1946, tom I, s.107-108, 112

czwartek, 2 kwietnia 2015

"Katyń" (2007)

Ten film zaliczam do tych, które obejrzałam raz i nie mogę oglądać ponownie. Dla mnie zbyt mocny emocjonalnie...zbyt tragiczny... przez to, że tak prawdziwy.
Nie dołączę do grona krytykujących - uważam, że to dobry film.