piątek, 27 marca 2015

Kalendarium - Międzynarodowy Dzień Teatru

 Orędzie z okazji Dnia Teatru

Nigdy nie miałam problemu z wyborem - film, czy teatr?
Zawsze na pierwszym miejscu film, a teatr jedynie w powiązaniu z muzyką, czyli opera. Czasami dawałam się namówić na spektakle baletowe, ale też głównie ze względu na muzykę, bo jednak nie rozumiem wymowy tańca. Jest to dla mnie jedynie ruch, którego znaczenia nie odczytuję, a odbieram wizualnie.
Wyjątkiem chyba jest spektakl "Ziemia obiecana" -  balet inspirowany tak bliską mi powieścią Reymonta i jednocześnie filmem Wajdy.
To multimedialne widowisko, którego głównym bohaterem jest miasto. A ponieważ znam doskonale powieść,  w tym przypadku nie miałam problemu ze zrozumieniem.


Teatr przegrywał u mnie zawsze z filmem z powodów czysto ludzkich. Film jest końcowym efektem wielodniowej pracy, tworem zakończonym i zamkniętym, poddanym wcześniej korektom i poprawkom.
Spektakl teatralny "na żywo" to efekt za każdym razem inny, ale ta inność właśnie mnie zniechęca. - cały czas mam na myśli teatr w tradycyjnej formie. Aktor, powtarzający kolejny raz wyuczone kwestie i ustaloną kreację, jest raz lepszy raz gorszy... Boli go ząb, rzuciła go dziewczyna, ma problem z alkoholem, ma długi, matka zostawiła w domu chore dziecko itd, a tu musi wyłazić na zakurzoną scenę i robić "tyjater". To określenie "tyjater" przywołuje Stefania Grodzieńska w swojej cudownej książce "Wspomnienia chałturzystki". Używała go aktorka Stanisława Perzanowska (jej głos znany był miłośnikom radiowych "Matysiaków"). Tyjater to wszelkie niedoróbki, które widz może zauważyć. Czyli rewolwer strzelający po tym jak ofiara już upadła na ziemię, to spóźniający się z grą pianista - aktorka zasiada przy fortepianie i ma pięknie grać, a tu przedłużająca się cisza. I wiele innych wpadek obniżających poziom przedstawienia.
Na pewno mogę przywołać dwa takie przypadki (chociaż było ich więcej) - bardzo mocno oddzielone w czasie.
Pierwszy to przedstawienie dla szkół, które chyba właśnie przyczyniło się do mojego teatralnego zniechęcenia. Dodam, że kontakt z teatrem miałam dużo wcześniej.
W czasach licealnych byliśmy zagnani grupowo na "Antygonę". Widać było jak aktorzy lekceważyli młodocianą widownię odrabiając przymusową pańszczyznę, a kulminacją była scena, gdy leżący  na deskach pozabijani młodzianie dostali takiej głupawki, że udzieliła się sali i cały tragiczny nastrój diabli wzięli.
Drugi raz nastąpił kilka lat temu, w trakcie operetkowego przedstawienia (ale nie na scenie Teatru Muzycznego). Celowo nie podaję nazw obu teatrów, bo to nie jest najważniejsze.
W trakcie głównej popisowej arii śpiewaczka brzeg strojnej koronkowej krynoliny zaczepił się o coś ostrego, wystającego ze sceny. Artystka śpiewała i śpiewała, równocześnie walcząc z materią usiłując uwolnić suknię. W końcu zdesperowana szarpnęła mocno, wyrywając suknię z pułapki.
Było to doskonale widoczne i mocno psuło efekt jej występu.

Są jednak sceny teatralne, które bardzo lubię... sceny specyficzne, bo nie jestem widzem mającym bezpośredni kontakt z aktorem - to Teatr Polskiego Radia i Teatr Telewizji.
Byłam stałym widzem poniedziałkowych i czwartkowych (Teatr sensacji "Kobra") przedstawień i wysłuchałam wiele radiowych realizacji...

Po zastanowieniu wybrałam z repertuaru Teatru Telewizji spektakl, który pamięta się po latach - "Mieszczanin szlachcicem" (1969 rok).


Czarno-biała skromna realizacja, ale za to jaka wspaniała obsada aktorska!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz