poniedziałek, 30 marca 2015

"Wielki Tydzień" (1995) - Wajda według Andrzejewskiego


Od kilku lat ten film pojawia się regularnie w telewizji właśnie w okresie Wielkiego Tygodnia. Ma to oczywiście związek z czasem jego akcji.

Podstawą scenariusza było opowiadanie Jerzego Andrzejewskiego "Wielki Tydzień", z tomu "Noc", wydanego w 1945 roku. Ten rok wydania jest znamienny - tuż po zakończeniu wojny, gdy wszystkie przeżycia ludzi były tak świeże. Więcej o samym opowiadaniu można przeczytać na tej stronie
Tu znalazłam najważniejszą dla mnie informację, że tekst, na którym Wajda oparł scenariusz swojego filmu nie jest tekstem pierwotnym. Pierwsza wersja, powstała na gorąco w 1943 roku, została w 1945 bardzo zmieniona ze względów politycznych. Z tej krótkiej wzmianki wynika, że w zmienionej wersji  zupełnie inne są wydarzenia i historia głównego bohatera. Dla takiego czytelnika jak ja to ma znaczenie, bo wolałabym móc przeczytać tekst napisany jako pierwszy. Wiadomo, że chyba prawie każdy utwór literacki podlega wielokrotnym poprawkom - jedną z nielicznych była Maria Rodziewiczówna, która pisała i już nie wracała do swoich utworów od strony edytorskiej.
Czym innym są jednak poprawki w tekście, a czym innym zmiana koncepcji. Czytając ze świadomością takich zasadniczych zmian nie da się uciec od pytania: a jaki był tamten tekst?

Do tej pory znałam tylko film, chciałam więc poznać samo opowiadanie. Móc porównać tekst z obrazem, co najczęściej kończy się u mnie krytyką adaptacji filmowej - szczególnie w przypadku filmów Andrzeja Wajdy.  Teraz, po przeczytaniu opowiadania, nie mam takich zastrzeżeń jak się obawiałam - duża w tym zasługa obsady aktorskiej, ze szczególną rolą Beaty Fudalej. Oczywiście film/ opowiadanie to dwa różne gatunki i tu każdy "Wielki Tydzień" jest inny, ale można  je postawić obok siebie. To uzupełniające się wzajemnie obraz i słowo.
Trzeba jednocześnie wziąć poprawkę na czas, który upłynął od momentu powstania filmu. W ciągu tych 20 lat bardzo zmieniło się postrzeganie tematyki zagłady Żydów - u nas w Polsce i na świecie, a także bardzo rozwarstwiło się ocenianie postaw Polaków wobec tamtych wydarzeń przez samych Polaków.  To samo dotyczy również odbioru tekstu Andrzejewskiego - tak mi się wydaje.

W filmie oglądamy historię Żydówki - kobiety inteligentnej i wykształconej - teraz skazanej przez Niemców na los ściganego zwierzęcia w wielkim mieście. W getcie trwa powstanie, a Irena (której uroda jednoznacznie wskazuje pochodzenie) błąka się po ulicach Warszawy. Spotyka mężczyznę, którego znała "w innym życiu", zanim Niemcy podzielili ludzi według swoich kryteriów i przyjmuje propozycję schronienia się w jego mieszkaniu.
Od tego momentu Jan naraża na niebezpieczeństwo nie tylko siebie, ale także swoją ciężarną żonę oraz innych mieszkańców domu. Domu z ogrodem, gdzie bardzo trudno ukryć człowieka. I to wcale nie przed Niemcami, ale przed sąsiadami.

Kolejna emisja filmu w środę 1 kwietnia 2015r. w TVP HISTORIA - godz. 22.40

niedziela, 29 marca 2015

Niedziela z obrazem (25)


Giotto di Bondone "Wjazd do Jerozolimy" (ok.1303) - fresk dla Kaplicy Scrovegnich w Padwie



(...) i rzekł im: "Idźcie do wsi, która jest przed wami, a zaraz przy wejściu do niej znajdziecie oślę uwiązane (...) Poszli i znaleźli oślę przywiązane do drzwi z zewnątrz, na ulicy. Odwiązali je (...) Przyprowadzili więc oślę do Jezusa i zarzucili na nie swe płaszcze, a On wsiadł na nie. Wielu zaś słało swe płaszcze na drodze, a inni gałązki ścięte na polach. A ci, którzy Go poprzedzali i którzy szli za Nim, wołali: "Hosanna! Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie. Błogosławione królestwo ojca naszego Dawida, które przychodzi. Hosanna na wysokościach!"
(Mk 11 2-10)


piątek, 27 marca 2015

Kalendarium - Międzynarodowy Dzień Teatru

 Orędzie z okazji Dnia Teatru

Nigdy nie miałam problemu z wyborem - film, czy teatr?
Zawsze na pierwszym miejscu film, a teatr jedynie w powiązaniu z muzyką, czyli opera. Czasami dawałam się namówić na spektakle baletowe, ale też głównie ze względu na muzykę, bo jednak nie rozumiem wymowy tańca. Jest to dla mnie jedynie ruch, którego znaczenia nie odczytuję, a odbieram wizualnie.
Wyjątkiem chyba jest spektakl "Ziemia obiecana" -  balet inspirowany tak bliską mi powieścią Reymonta i jednocześnie filmem Wajdy.
To multimedialne widowisko, którego głównym bohaterem jest miasto. A ponieważ znam doskonale powieść,  w tym przypadku nie miałam problemu ze zrozumieniem.


Teatr przegrywał u mnie zawsze z filmem z powodów czysto ludzkich. Film jest końcowym efektem wielodniowej pracy, tworem zakończonym i zamkniętym, poddanym wcześniej korektom i poprawkom.
Spektakl teatralny "na żywo" to efekt za każdym razem inny, ale ta inność właśnie mnie zniechęca. - cały czas mam na myśli teatr w tradycyjnej formie. Aktor, powtarzający kolejny raz wyuczone kwestie i ustaloną kreację, jest raz lepszy raz gorszy... Boli go ząb, rzuciła go dziewczyna, ma problem z alkoholem, ma długi, matka zostawiła w domu chore dziecko itd, a tu musi wyłazić na zakurzoną scenę i robić "tyjater". To określenie "tyjater" przywołuje Stefania Grodzieńska w swojej cudownej książce "Wspomnienia chałturzystki". Używała go aktorka Stanisława Perzanowska (jej głos znany był miłośnikom radiowych "Matysiaków"). Tyjater to wszelkie niedoróbki, które widz może zauważyć. Czyli rewolwer strzelający po tym jak ofiara już upadła na ziemię, to spóźniający się z grą pianista - aktorka zasiada przy fortepianie i ma pięknie grać, a tu przedłużająca się cisza. I wiele innych wpadek obniżających poziom przedstawienia.
Na pewno mogę przywołać dwa takie przypadki (chociaż było ich więcej) - bardzo mocno oddzielone w czasie.
Pierwszy to przedstawienie dla szkół, które chyba właśnie przyczyniło się do mojego teatralnego zniechęcenia. Dodam, że kontakt z teatrem miałam dużo wcześniej.
W czasach licealnych byliśmy zagnani grupowo na "Antygonę". Widać było jak aktorzy lekceważyli młodocianą widownię odrabiając przymusową pańszczyznę, a kulminacją była scena, gdy leżący  na deskach pozabijani młodzianie dostali takiej głupawki, że udzieliła się sali i cały tragiczny nastrój diabli wzięli.
Drugi raz nastąpił kilka lat temu, w trakcie operetkowego przedstawienia (ale nie na scenie Teatru Muzycznego). Celowo nie podaję nazw obu teatrów, bo to nie jest najważniejsze.
W trakcie głównej popisowej arii śpiewaczka brzeg strojnej koronkowej krynoliny zaczepił się o coś ostrego, wystającego ze sceny. Artystka śpiewała i śpiewała, równocześnie walcząc z materią usiłując uwolnić suknię. W końcu zdesperowana szarpnęła mocno, wyrywając suknię z pułapki.
Było to doskonale widoczne i mocno psuło efekt jej występu.

Są jednak sceny teatralne, które bardzo lubię... sceny specyficzne, bo nie jestem widzem mającym bezpośredni kontakt z aktorem - to Teatr Polskiego Radia i Teatr Telewizji.
Byłam stałym widzem poniedziałkowych i czwartkowych (Teatr sensacji "Kobra") przedstawień i wysłuchałam wiele radiowych realizacji...

Po zastanowieniu wybrałam z repertuaru Teatru Telewizji spektakl, który pamięta się po latach - "Mieszczanin szlachcicem" (1969 rok).


Czarno-biała skromna realizacja, ale za to jaka wspaniała obsada aktorska!

czwartek, 26 marca 2015

Tylko nie samolotem!

Nie da się niestety całkowicie odskoczyć od zła tego świata... ono i tak wdziera się do naszego życia - chociażby tylko informacyjnie.

W swoich podróżach urlopowych nigdy nie brałam pod uwagę samolotu. W kolejce czekają dwa rodzinne zaproszenia zagraniczne, których chyba już nie uda się zrealizować, bo nie pozwalają na nie różne względy (szczegóły nie są tu istotne). Jedno z nich to podróż do Barcelony... a ja już wcześniej zaparłam się, że nie samolotem.... że wolałabym samochodem, bo przy okazji mogłabym zobaczyć to i owo po drodze...

Teraz, po tak tragicznej katastrofie - tym bardziej tragicznej, że będącej prawdopodobnie skutkiem nieprzewidywalnych zachowań ludzkich, mój strach jest coraz większy. Nie wyobrażam sobie lotu w tym zamkniętym pomieszczeniu (z wiekiem coraz bardziej hoduję sobie własną klaustrofobię) ze świadomością, że pilotowi w każdej chwili może coś w głowie przeskoczyć i zechce rozbić samolot o jakąś napotkaną po drodze górę lub wbić się w wodę morza, czy oceanu...

Myślałam, że wybrane na tego bloga tło do szablonu pozostanie na bardzo długo. Najbardziej mi pasowało zdjęcie skrzydła samolotu nad chmurami do tytułu i profilu bloga.
Ale teraz stało się odwrotnie - nie chcę już patrzeć na to ujęcie myśląc, że miałabym tak siedzieć  w samolocie i patrzeć w dół przez okienko...
I bać się każdej minuty lotu...

wtorek, 24 marca 2015

"80 milionów" (2011) - opinia subiektywnie-negatywna

Nie wiem, czego bardziej nie lubię - tendencyjnych książek o minionym ustroju w stylu "i straszno i śmieszno", czy tendencyjnie propagandowych filmów usiłujących pokazać "prawdę czasu, prawdę ekranu". A jak jeszcze piszą to ludzie młodzi, a równie młodzi aktorzy, których w tamtych czasach nie było na świecie, a w najlepszym razie raczkowali w kojcu, bawią się na planie filmowym wierząc, że odtwarzają rzeczywistość - to mnie naprawdę strasznie wkurza. Słowo "strasznie" używam świadomie, bo to jest straszne. Kreowanie poglądów młodych ludzi starymi propagandowymi chwytami - ciekawa jestem, czy "twórcy" mają tego świadomość?

O czym opowiada film chyba wszyscy wiedzą, nawet jeśli go nie widzieli.
Opowiada o autentycznej akcji podziemia - oczywiście jest to opowiedziana wersja reżysera.
I tu nie zgadzam się z opinią, że "Waldemar Krzystek i jego ekipa proponuje wartki obraz przygodowy w klimacie komedii kryminalnej" - cytat stąd

Ten film nie jest według mnie komedią, a jakieś pojedyncze scenki, które miały być komediowe przytłacza czarno-biała schematyczna większość.
 Zawsze nisko oceniam filmy schematyczne, z wyraźnym (aż za bardzo) podziałem na dobrych i złych bohaterów.
I tutaj właśnie coś takie zobaczyłam... czarna ubecja z ludźmi, którzy rzucają głównie "ku...mi", pozytywni bohaterscy chłopcy z podziemia  i ich anielskie kobiety typu  matki-Polki bez skazy...

Większość mojego życia wypadła w tamtym ustroju, więc propagandowe chwyty rozpoznaję bez problemów. Tym bardziej nie chcę teraz poddawać się takiemu praniu mózgów - szczególnie mając porównanie z przeszłości...

poniedziałek, 23 marca 2015

"Służące" (2011)

"Jest rok 1963 - chociaż w Ameryce czarnoskórzy wywalczyli już sporo praw, na Południu czas stanął w miejscu.
Wciąż nie do pomyślenia jest, żeby biała pani domu korzystała z tej samej łazienki co jej czarna służąca. Można brutalnie aresztować Afroamerykanina, choćby z powodu zwykłej złośliwości. Nie może się w takiej codzienności odnaleźć Skeeter - biała początkująca dziennikarka, która stereotypy ma w nosie, a czarnych traktuje tak samo jak białych. Tak wpada na pomysł, żeby spisać wspomnienia służących i pokazać je światu. Najpierw trafia na oczywisty opór, który jednak stopniowo maleje - jej bohaterki zaczynają rozumieć, że jeśli chcą sobie jakoś pomóc, muszą zabrać głos.
"Służące" to przykład świetnego rzemiosła. Film trwa ponad dwie godziny, ale cały czas trzyma w napięciu. Sprawnie łączy humor i patos, ważny temat i perspektywę indywidualnych postaci." - cytat 
Dobrze pasuje do tego filmu określenie "mroczny dramat obyczajowy w pastelowej oprawie".
Rzeczywiście - szczególnym kontrastem do fabuły są urocze, eleganckie, dobrze ułożone i modnie ubrane panie domu. To od razu odczułam oglądając kolorowe obrazki teraz, mając w pamięci czarno-białe z tamtych czasów. Wtedy ten amerykański świat mody dochodził do nas w wersji  szaro-buro-czarno-białej (w telewizji, w siermiężnie wydawanych gazetach na maciupkich, rozmazanych fotkach).

"Dziewczynka w czerwonym płaszczyku" (2002)

Zawsze z zainteresowaniem oglądam filmy dokumentalne, w których wypowiadają się pisarze, poeci, artyści - autorzy znanych książek. Mówią o sobie, o swoim życiu, o swoich dziełach...
To zupełnie inny wymiar przekazu... gdy czytam słowa wyrażające nawet najbardziej skrajne emocje i ludzkie uczucia brakuje im tej mowy ciała, którą zapisuje obraz filmu.. głosu żywej osoby, który słyszymy...
Szczególne znaczenie bezpośredniej wypowiedzi do kamery mają dla mnie opowieści ludzi, którzy przeżyli wojnę, a przecież nie powinni...



Roma Ligocka, polska Żydówka mieszkająca w Niemczech, rozpoznała siebie w postaci dziewczynki ubranej w czerwony płaszczyk, występującej w filmie Stevena Spielberga "Lista Schindlera". Po rozmowie z reżyserem postanowiła spisać swoje wspomnienia z getta i późniejsze losy. Jej książka, zatytułowana właśnie "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku", odniosła wielki sukces na Zachodzie. Ligocka opowiada o swoich ulubionych miejscach - krakowskim Kazimierzu i mieszkaniu w Monachium. Jej refleksje pomagają zrozumieć istotę holocaustu.
źródło

niedziela, 22 marca 2015

Niedziela z obrazem (24)

Moje szczególnie ulubione tematy - zapis dawnego świata.
Swoiste muzeum regionalne, w którym oglądamy dawne sprzęty i narzędzia.
Dzięki malarzowi zachowane są nie tylko stroje, przedmioty i meble, ale przede wszystkim czynności.
Gdy znalazłam ten obraz miałam wrażenie przeniesienia się w czasie do kuchni mojej babci na Podlasiu - zobaczyłam sobotnie pieczenie chleba. Tak wiele podobieństw...

Anders Zorn "Brotbaket" (1889)


sobota, 21 marca 2015

Światowy Dzień Poezji

                                                                                                   KROKUSY

                                                                                                Krokusy wyskakują z ziemi
                                                                                                jak wiolinowe nuty,
                                                                                                a panny się chylą nad niemi
                                                                                                i z nut układają bukiet.
      
                                                                                                      z tomiku "Pocałunki" (1926)

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, "Wybór poezji", Ossolineum, 1972



Pierwszy tegoroczny krokusik w ogrodzie (na razie samotny).

czwartek, 19 marca 2015

Post techniczny

Jeszcze nie zakończyłam blogowych prac porządkowych, stąd grupowe pojawianie się publikacji  postów archiwalnych. - z bloga czytelniczego i z bloga filmowego. Wyciągnęłam także zakurzonego trochę bloga o moim mieście, który chcę uaktualnić.
Tak więc prosta robota techniczna zajmie mi trochę czasu... ale to sprawia mi przyjemność.

A taki śnieg padał 21 marca 2013 roku




środa, 18 marca 2015

"Rio Bravo" (1959)

Bardzo lubiłam oglądać westerny, którymi w minionych czasach raczyła nas polska telewizja dość często. Myślę, że przez cenzurę był to gatunek uznany za "bezpieczny" politycznie jako amerykański import. A dla takiego młodego widza jak ja to był jeszcze jeden rodzaj filmowej bajki.

"Rio Bravo" - klasyka gatunku, miał swoją światową premierę 18 marca 1959 roku.

Obejrzałam sporo filmów z udziałem Johna Wayne`a, ale nie należał do moich ulubionych. Jakoś nie wzbudzał zbytniej sympatii - ani jako aktor, ani jako mężczyzna. Może wtedy nie doceniłam go? Najbardziej oczywiście podobał mi się w tym filmie szczeniakowaty Ricky Nelson

a po kolejnej emisji (po latach) zmieniłam obiekt westchnień -  został nim Dean Martin.
Nie ze względów aktorskich, ale z powodu głosu i tego JAK śpiewał.


Oczywiście film oglądałam w wersji czarno-białej, dużo później po premierze kinowej
Był obecny stale w mojej pamięci dzięki piosenkom, które regularnie pojawiały się w radio - przy różnych okazjach, np. w Koncercie życzeń lub audycjach z muzyką filmową.


Tutaj zaistniało ciekawe zjawisko - znałam wielkie przeboje z różnych stron światowego kina, a długo nie widziałam tych filmów. I później czasami dochodziło do dużych rozczarowań, gdy wreszcie obejrzałam film ze znaną muzyka... film, który zestarzał się, albo w ogóle był słaby i  nudny.
Takie dwa największe moje rozczarowania muzyczno- filmowe to "West Side Story" i "Parasolki z Cherbourga".

wtorek, 17 marca 2015

"Boska" - Teatr Telewizji reaktywacja

Dawno, dawno temu...  poniedziałek w telewizji polskiej  był dniem Teatru.  W pewnym momencie  nagle przestał, ku wielkiemu żalowi wiernych widzów. Ale z nimi nikt się nigdy nie liczył i nie pytał o zdanie. Decyzje programowe podejmują władze telewizyjne - pewnie tylko dla siebie samych.  I w ten sposób pozbawiono nas kolejnej możliwości obcowania ze sztuką, z dobrą grą aktorską - ogólnie  z programem dla myślących widzów. 

W ubiegłym roku wrócił Teatr Teewizji na żywo.
Jednak radość oczekiwania była przedwczesna - nie dano nam zbyt wielu dobrych premier, a teraz właśnie "leci" w telewizorze powtórka ubiegłorocznej premiery.
To żałosne... jak się nas traktuje fundując nam powtórkę ...  i jak się robi z polskiego widza odbiorcę dennej papki...

Po tamtej premierze napisałam na innym blogu swoje wrażenia z tego spektaklu i pozwolę sobie go teraz wkleić - skoro telewizja daje odgrzewane kotlety, to ja też mogę.

Teatr Telewizji na żywo - "Boska" ,  sztuka Petera Quiltera , spektakl TVP  z 26 października 2011 roku

Wpis archiwalny:

Wczorajszy wieczór to, jak co dzień u mnie - długie posiedzenie z robótkami w wygodnym fotelu, tym razem  z towarzystwem telewizora w tle. Było trochę inaczej niż zwykle, bo z szumnie reklamowanym Teatrem Telewizji na żywo.
Ja nie pamiętam z dzieciństwa  tych pierwszych "żywych" spektakli -  z całkiem prozaicznego powodu, po prostu nie mieliśmy jeszcze wtedy telewizora.
Ten cały medialny szum wokół tego wydarzenia wydaje mi się trochę żałosny, skrojony akurat na miarę prymitywnej kultury masowej dzisiejszych czasów.  Zresztą, nie wymagajmy za wiele - jaki poziom wciskanej kultury, taki poziom kulturalny społeczeństwa, szczególnie młodego. Bo ono nie ma szans znać tej naprawdę dobrej rozrywki, teatru, filmu i spikerów telewizyjnych z nienaganna dykcją.  
O dykcji ówczesnych aktorów, prawdziwych gwiazd (a nie celebrytów) już nie mówię, bo to po prostu wtedy nie podlegało dyskusji.

W pewnym momencie oglądałam wszystkie poniedziałkowe spektakle Teatru Telewizji. 

Zawsze następnego dnia kupowałam naszą lokalną gazetę, bo w niej zamieszczane były recenzje tych przedstawień. Dodatkowym deserem w tygodniu były czwartkowe odsłony - Teatr Sensacji "Kobra".
Naprawdę wtedy pustoszały ulice, a sąsiedzi z krzesłami schodzili się do mieszkań szczęśliwców posiadających telewizory.

Jak więc dzisiaj przeczytałam w internetowej gazecie porównywanie wczorajszego Teatru Telewizji z meczami kadry - w sensie oglądalności... to ręce mi opadły...  pozostawię inteligencję autora bez komentarza. 


A samo przedstawienie na żywo? Na pewno może się podobać.
Świetna gra Krystyny Jandy jako Florence  Foster Jenkins - najgorszej śpiewaczki operowej świata.
Chociaż ja widziałabym w roli tytułowej Krystynę Tkacz,  chyba bardziej to rola dla niej.
Wyłapałam jedno potknięcie  językowe K.Tkacz , ale błyskawicznie poprawione.
W drugim akcie miałam wrażenie, że tempo akcji nagle siadło, na krótko zrobiło się nudno i sennie.

A tak prywatnie - na pewno w warstwie śpiewanej to byłaby rola dla mnie.
Nie musiałabym udawać, że fałszuję...

Kalendarium - Borys Polewoj

Kalendarium literackie na LC to dobre narzędzie przypominające mi pisarzy i książki dawno przeczytane.
U siebie zaznaczam je tylko z okazji urodzin, bo nie lubię odnotowywania dat śmierci - jakoś to mnie za bardzo pognębia.

Borys Polewoj urodził się 17 marca 1908 roku w Moskwie.
Teraz pewnie (według  niektórych) należałoby bardziej szczegółowo dzielić pisarzy rosyjskich - na tych z czasów ZSRR i na rosyjskich sprzed rewolucji-po rozpadzie ZSRR. Szczególnie, gdy chodzi o pisarzy reprezentatywnych dla nurtu socrealizmu.

W naszym pokoleniu ten pisarz wywołał dwa skojarzenia: tytułem jedynej naprawdę znanej w Polsce książki "Opowieść o prawdziwym człowieku" oraz biesiadnym okrzykiem  przy kolejnym kieliszku wódki do trzymającego aktualnie butelkę: "ano, Borys! polewoj!" (przy czym słowo "polewoj" wymawiało się z odpowiednim akcentem).

Nie pamiętam, czy czytałam "Opowieść..." w szkole i czy to rzeczywiście była wtedy lektura szkolna (jednak u mnie to strasznie zamierzchłe czasy). Przeczytałam w czasach studenckich - oczywiście kupiłam bez problemu, takie wydawnictwa leżały na eksponowanych miejscach w księgarniach.

Bohater i jego losy są raczej ogólnie znane, więc żadne streszczenia nie są potrzebne.
Pamiętam jednak swoje niedowierzanie towarzyszące mi w trakcie lektury. Nie wiem dlaczego nie wierzyłam, że jest to prawdziwa historia. Wszystko wydało mi się fikcją literacką.
Teraz już chyba wiem - w pewnym momencie docierało do młodego czytelnika całe propagandowe kłamstwo systemu do tego stopnia, że widziało się je na każdym kroku... czasami bezpodstawnie... jak w tym przypadku.

poniedziałek, 16 marca 2015

Kolejny powrót "Downton Abbey"

Jestem na przeciwległym biegunie w stosunku do grupy anglo-fanek rozpływających się z zachwytu nad każdym produktem literacko-filmowym powstałym na Wyspach. Nie poddaję się egzaltacji, ani żadnym innym dreszczom rozkoszy na widok filmu, na  dźwięk prawdziwej angielszczyzny... i nie szukam specjalnie powieści napisanych przez panie noszące sławne nazwiska. Zupełnie mnie to nie kręci, ale mogę zrozumieć czyjś gust i wybór, chociaż śmiech mnie ogarnia, gdy widzę na blogach podniecenie typu "ach, ta cudna angielszczyzna BBC!".
Odsuwając jednak na bok kategorie "lubię-nie lubię" zawsze zastanawia mnie mało refleksyjne podejście do oglądanych filmów i czytanych opowieści z życia wyższych sfer... pozbawione myśli, że większość z nas w tamtych czasach nie urodziłaby się w pałacu, ale w czworakach - w najlepszym razie w czynszowych kamienicach. Właśnie ten wiernopoddańczy zachwyt nad polską, czy angielską arystokracją razi mnie najbardziej.

Serial oglądam, bo lubię dawne stroje, biżuterię, drobiazgi i bibeloty. A tutaj trzeba przyznać realizatorom wysoki poziom scenografii, dbałość o szczegóły.
Przeżycia i los bohaterów mniej mnie obchodzą - to jest dla mnie obcy świat, który oglądam jak eksponaty w muzeum. Brytyjska klasowość i tradycja nie da się ani porównać, ani tym bardziej przełożyć na nasz polski grunt z zupełnie innym tłem historycznym.

niedziela, 15 marca 2015

Niedziela z obrazem (23)

Czytam blog negresci "Prowincja w globalnej wiosce" od bardzo dawna, prawie od początku jego istnienia.
Poznałam go jednak w tej części blogosfery jaką zajmują blogi kulinarne, zaczynając wtedy swoją przygodę z blogiem kuchennym (również pisanym na bloxie.pl). Od tamtego czasu wiele się zmieniło - opuściłam dość szybko tę ubogą technicznie stronę na rzecz blogggera, powstały inne blogi, a tamten pierwszy nagle sam zniknął.
A ostatnio znalazłam wpis o tym obrazie

 źródło

Jego autorem jest Jacob Jordaens (żyjący w latach 1593-1678) malarz, uznawany obok Rubensa i van Dycka za najwybitniejszego przedstawiciela flamandzkiego malarstwa barokowego.