czwartek, 19 lutego 2015

Klasyka romansu? ... lubię poczytać...

Nie zamierzam ukrywać, ani wstydzić się tego, że lubię od czasu do czasu poczytać coś lżejszego z gatunku "o miłości".
A z biegiem lat coraz mniej pociągają mnie trudne i ciężkie lektury, których czytanie dołuje mnie na równi z problemami życiowymi. Nie odnajduję w sobie skłonności masochistycznych, więc odpuszczam - co przez niektórych uważane jest za objaw starczego zdziecinnienia (co najmniej).
To że lubię takie romasnowe historie nie znaczy, że akceptuję każdy bubel i grafomanię (szczególnie współczesną z rodzaju zaszufladkowanego do "literatury kobiecej"). Czytając powieść z klasyki romansu wiem, jaki to gatunek, przyjmuję konwencję, więc mam z takiej lektury oczekiwaną przyjemność i relaks.

A teraz pora na konkrety...
Dość szybko po 1989 roku zmieniła się oferta wydawnicza na polskim rynku księgarskim. Pojawiły się nowe wydawnictwa, proponujące czytelnikowi literaturę "lekką, łatwą i przyjemną" (cytując klasyka - a swoja drogą, kto dziś pamięta audycje Lucjana Kydryńskiego?).
Wtedy to był taki lekki oddech, okienko, albo lufcik uchylony w stronę normalności wydawniczej z całym bogactwem edytorskim.
Wcześniej jakoś nie tęskniłam za tego rodzaju literaturą, ale kiedy pojawiły się nagle książki ze złotymi tłoczonymi literkami (prawda, jakie to cukierkowe?) "Klasyka romansu", trochę tych wydań kupiłam

Jedną z pierwszych była powieść "Queenie".  Z gatunku tych, jakie lubię ze względu na objętość ale objętość dobrej jakości! Nie dość, że książczydło liczy 589 stron, to jeszcze jest wydane w serii większego formatu, więc naprawdę mamy co czytać.


Oczywiście  przed kupieniem książki zajrzałam do notki od wydawcy, który zachęca do przeczytania już w całkiem komercyjnym stylu (do jakiego nie byliśmy jeszcze przyzwyczajeni)


Po przeczytaniu uparłam się samodzielnie rozwiązać zagadkę, chociaż to wcale nie było wtedy - 24 lata temu, tak łatwe jak dziś.
Nie miałam źródła jakim jest internet, miałam do dyspozycji tylko swoje książki o filmie. Jednak do tych detektywistycznych poszukiwań wystarczyła tylko jedna - "Historia sztuki filmowej" Jerzego Toeplitza. W jednym z jej tomów odnalazłam tajemniczą bohaterkę.

To Merle Oberon - urodzona 19 lutego 1911 roku w Bombaju.

Właściwie niewiele można znaleźć prawdziwych informacji o jej prywatnym życiu, szczególnie przed przyjazdem do Hollywood. To, co znajdziemy w odniesieniu do dawnych gwiazd kina amerykańskiego, zawsze należy jakoś przefiltrować i podchodzić z rezerwą.  Jak do mitów i legend - mimo, że nie powstałych w dawnych wiekach, ale zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Zresztą... czy dzisiejszy świat gwiazd i celebrytów tak bardzo się różni od tamtego? Jedyna różnica to prawie brak prywatności życia znanych z tego, że są znani.

Nikt dzisiaj nie wie, jaka była prawdziwa historia  Merle Oberon (właściwie Estelle Merle O`Brien Thompson). A  sama postać aktorki odeszła dawno w zapomnienie.
Historia Queenie Kelly to burzliwe, obfitujące w tragiczne wydarzenia życie. Począwszy od dzieciństwa i młodości w Indiach, poprzez zdobywanie kolejnych stopni kariery na kolejnych kontynentach, wraz z kolejnymi miłościami i małżeństwami.

Lubię powieści z tej serii, bo zawierają bogate tło obyczajowe i zapis dawnej rzeczywistości
W "Queenie" również mamy opis różnych grup społecznych i specyfikę środowisk - rasistowską kastowość w Indiach, oszukańczo cyniczny światek podrzędnych artystów i ludzi biznesu, jeszcze bardziej bezwzględny świat Hollywood, wojnę ... i miłość.

W 1987 roku powstała również filmowa wersja  powieści


Michael Korda, "Queenie" - przekład: Tomasz Merta, Magda Pietrzak, Wydawnictwo ATLANTIS, Warszawa 1991, Wydanie I

6 komentarzy:

  1. Ja się naczytałam w swoim czasie sporo romansów a w latach 90-tych niewiele w ogóle czytałam i nie kupowałam książek więc mnie ominęły te nowości z tamtych czasów.
    Ale to imię Quennie skądś znam...może film oglądałam....
    Ciekawa historia.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A u mnie właśnie lata 90-te to taki romansowy wysyp :)
      No i książki czytałam całe życie bez szczególnych przerw, natomiast z kupowaniem prawie skończyłam w ostatnich latach.

      Usuń
  2. A ja właśnie skończyłem "Love story", o matko! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To rzeczywiście powód do wstydu :) - straszne! :)

      Ja czytałam "Love story" w ciekawej formie. Jakiś czas po pojawieniu się filmu w polskich kinach (oczywiście jak zawsze z dużym poślizgiem czasowym), powieść ukazała się w odcinkach w gazecie codziennej. Nie pamiętam dokładnie (w końcu to była jakaś prehistoria, lata 70-te), ale chyba w naszej lokalnej - w "Dzienniku łódzkim".

      Z takich wycinanek gazetowych długi czas mieliśmy jeszcze komplet Chandlera "Żegnaj laleczko" (może jeszcze jest gdzieś na półce), no i sztandarową gorszycielką PRL Michalinę Wisłocką i jej "Sztukę kochania".
      To były czasy...

      Usuń
    2. Straszne? - nie, raczej głupiutkie i naiwne :-)
      Z gazetowych wydań kojarzę tylko jakiegoś Hłaskę i klęskę, gdy nie mogłem dostać kilku numerów, chyba to był jakiś tygodnik, pod rząd. Fakt, to były czasy - dobrze, że się skończyły.

      Usuń
    3. W latach 50-tych i chyba jeszcze 60-tych o ile dobrze pamiętam, w każdym bądź razie jak chodziłam do szkoły podstawowej w "Echu Krakowa" drukowano powieści kryminalne w odcinkach codziennych, moja mama je wycinała i składała ...nie pamiętam już jakie to były kryminały, ale pamiętam, że też je czytałam.... to była niezła forma dla zachęcania do kupowani codziennej gazety....

      Usuń