piątek, 27 lutego 2015

Joanna Siedlecka "Wypominki"

Książka długo czekała na mojej liście "do wypożyczenia". Chciałam przeczytać, ale nie kupując książek muszą one odczekać swoje w kolejce.
Ten czas oczekiwania w przypadku tej książki zadziałał trochę na jej niekorzyść. W ciągu lat, które upłynęły od daty wydania, książka straciła swoją "siłę rażenia", jaką jest niewątpliwie ukazanie prywatności znanych i sławnych. Można to ukazanie nazywać odbrązowieniem, ale ja widzę je bardziej jako formę zaspokojenie plotkarskiej ciekawości czytelników. Nie ukrywajmy - większość z nas lubi poczytać o prywatnym życiu sławnych ludzi, o ich późniejszych losach nie opisywanych w oficjalnych życiorysach - jest w nas jakaś prymitywna ciekawość gawiedzi.
A tu mamy szczególne odsłonięcie - prywatność ludzi sławnych, do której kiedyś nie można było zajrzeć.
Dlatego odbieram książkę ( a raczej zbiór  wspomnień) trochę jak literacką stronę typu pudelek, plotek, czy inny Magiel towarzyski. Tak klasyfikując nie ustawiam jej absolutnie na równi z brukowymi wydawnictwami, goniącymi za prawdziwą lub wymyśloną przez paparazzich sensacją.
To o wiele wyższa półka i zupełnie inna płaszczyzna.

"Wypominki" są dla mnie spójnym uzupełnieniem wypowiedzi autorki w telewizyjnym cyklu filmów dokumentalnych "Errata do biografii". A pisząc o utracie siły rażenia miałam na myśli czas (19 lat od daty wydania), w którym pojawiło się szereg publikacji o takim charakterze - pokazania nam sławnych ludzi nie na pomniku, a od zwykłej ludzkiej strony. "Wypominki" były chyba jedną z pierwszych takich książek.

Tytuł dobrze oddaje charakter publikacji. Są te "Wypominki" smutnymi wspomnieniami o smutnych ludzkich losach (mówiąc całościowo, bo często są tragiczne). Napisane prostym, trochę gawędziarskim językiem, pozwalają czytelnikowi skupić się na faktach i wczuć się w przeżycia wspominanych osób.
Nie męczymy się z typowym niegdyś (a może i dziś?) nadęciem prac naukowych, czy podręczników akademickich, których język odstrasza swoją gmatwaniną i nadmiarem niezrozumiałych terminów.

Na koniec zostawiłam coś, co można oczywiście nazwać moim czepianiem się. Ja jednak uważam, że to błąd rzeczowy, a jeśli nie, to niezręczność sformułowania, która nie powinna się na tym poziomie pojawić.
Przed wybuchem II wojny światowej ludzie nie wyjeżdżali do Izraela, bo takiego państwa oficjalnie nie było. Mówiło się, że "wyjeżdżają do Palestyny".


Czerwone zakreślenie zrobiłam oczywiście tylko na zdjęciu w komputerze - ja nigdy nic nie podkreślam w żadnej książce.
Bardzo drażni mnie ten paskudny zwyczaj wielu bezmyślnych czytelników, którzy tak "ozdabiają" książki wypożyczone. W swoich własnych niech smarują co chcą, ich sprawa, ale taki wandalizm w cudzej własności zawsze potępiam.

czwartek, 26 lutego 2015

Kolejny raz z "literaturą kobiecą"

Po raz kolejny wykazałam się własną niepoprawnością czytelniczą... ile to już razy zarzekałam się, że nie będę sięgać po tzw. "literaturę kobiecą"?... a jednak od czasu do czasu czytam taką książkę, czując w trakcie lektury skutki własnej niekonsekwencji.

Kiedy jestem w swojej Bibliotece Dzielnicowej, co jakiś czas zaglądam na półki regału z ową wydzieloną specjalnie literaturą. Zaglądam, czytam nazwiska i tytuły na brzegach książek i w dziewięćdziesięciu procentach kompletnie mi one nic nie mówią. A nie... ostatnio jedyna znana mi ze słyszenia (dokładniej z internetu, bo nie czytałam żadnej jej książki) okazała się Doris Lessing - pisarka dość mocno propagowana na niektórych blogach.

I tak sobie czytając te nieznane nazwiska skusiłam się na nieznaną lekturę nieznanej mi  polskiej autorki z pokolenia naszych dzieci.
Po prostu wyciągnęłam książkę metodą chybił-trafił i tak przeczytałam


Oczywiście z góry założyłam, że to będzie czas spędzony z lekkim czytadłem i nie oczekiwałam szczytów literackich. A mimo to książka mnie rozczarowała.
Zbyt prosty język, płaskie postacie, przewidywalność niektórych wątków,  nudne fragmenty wywołujące zniechęcenie do dalszego czytania - po prostu miałam wrażenie, że czytam tekst w internetowej gazecie. Chwilami nie mogłam się skupić i przerzucałam wzrok na dalsze części, bo niektóre fragmenty sprawiały wrażenie sztucznego zapychacza akcji.

Próbowałam przeanalizować powieść od strony życiowych odniesień - jak wyglądała by taka fabuła, gdybym ją stworzyła sama będąc trzydziesto-czterdziestolatką? Byłaby pod wieloma względami zupełnie inna, bo też czasy i problemy były inne. Jedyne co pozostało niezmienne to ludzkie uczucia - gorące relacje damsko-męskie i nie mniej dynamiczne stosunki rodzinne.

Szybko przeczytałam i ... do następnego razu, kiedy znowu ulegnę pokusie lektury łatwej, lekkiej i przyjemnej?

środa, 25 lutego 2015

Podwieczorek u Josephine

"Prawie miłość " 1909

   [...] "Josephine zastawiła stół porcelaną ze ślubnego serwisu matki. Wyjęła go, bo akurat wypadała rocznica ślubu jej rodziców.. Dawid jednak uznał to za uprzejmy gest pod swoim adresem. Wiedział, że Josephine  ceni tę porcelanę ponad wszystkie swoje doczesne dobra. Zaczął gładzić wygolony podbródek z wyrazem twarzy człowieka, któremu właśnie złożono należny hołd.
   Gospodyni uwijała się między spiżarnią, kuchnią a piwnicą. Za każdym obrotem stół wyglądał wytworniej. Nie darmo przecież Josephine, co mógł poświadczyć każdy w Meadowby, była mistrzynią w szlachetnej sztuce gotowania. Niegdyś, ambitne młode i stare gosposie próbowały z nią współzawodniczyć, ale szybko zdały sobie sprawę z bezskuteczności wysiłków i z pokorą zadowoliły się dalszymi lokatami.
   Josephine z dumą artysty oceniła nakryty stół. Były tu różowe plastry ozora na zimno, zielone, chrupkie pikle, aromatyczny agrest przyprawiony korzeniami. Przepis na tę potrawę wymyśliła sama i przyniósł jej pierwszą nagrodę na dorocznej wystawie prowincji. Złociło się cytrynowe ciasto, biszkopty i soczyste, pulchne kawałki owocowego placka. Były też rubinowe konfitury z wiśni, galaretka z jabłek i nade wszystko filiżanki parującej herbaty o niepowtarzalnym smaku i aromacie." [...]



L.M.Montgomery, opow.  "Prawie miłość", s.68-69, ze zbioru "Panna młoda czeka", Wydawnictwo Novus Orbis, Gdańsk 1994, przełożyła Joanna Kazimierczyk

wtorek, 24 lutego 2015

Kalendarium - Stanisław Ignacy Witkiewicz

Urodził się 130 lat temu - 24 lutego 1885 roku w Warszawie

"[...[ Jego niezwykły los budzi ciekawość i zgrozę jednocześnie, jego dzieło fascynację i niewyraźny lęk. Witkacy (...) zbija czytelnika z tropu, rozbawia go i przeraża na przemian, wtrącając w rozpasaną farsę i bezlitosną tragedię. Mistyfikuje go żartami, aby wkrótce - pełną powagą - obwieszczać prawa rządzące przeznaczeniem ludzkości. Zresztą wszystko, co Witkacy pisał i czynił, określają najlepiej najwyższe stopnie przymiotników. Pisał bowiem zawsze w niezwykłym napięciu i z zapamiętaniem, do jakiego mało kto, nawet wśród artystów, był zdolny. Sztuka i filozofia były dla Witkacego wartościami absolutnymi. Poświecił im - najdosłowniej - życie. "[...]*

Z okazji tej znaczącej rocznicy urodzin artysty wyciągnęłam z półki książkę kupioną w roku jej wydania.
Ten fakt ma w moim przypadku czytelniczym znaczenie, bo kupiłam, trochę poczytałam i tak sobie książka stała przez lata.
Dzisiaj twórczość Witkacego pojawia się głównie przy okazji jego charakterystycznych portretów sławnych ludzi. Kto dziś sięga po jego utwory literackie? oczywiście oprócz zmuszonych uczniów i studentów. Kiedy ostatni raz pojawiła się w teatrze telewizji realizacja któregoś z jego dramatów? Sama pamiętam tylko "W starym dworku". A na scenach teatralnych chyba "Szewcy" pojawiali się najczęściej.


 [...]"Dramaty i powieści Witkacego bywają bardzo zabawne. Trudno jednak czytać je beztrosko. Humor Witkacego nie był pogodny, ani bezinteresowny. Błazeństwo, bufonada, groteska żądają trzeźwej ostrożności, czujnego skupienia i trwałego wysiłku."[...] ** 

 NOWE WYZWOLENIE ***

DRAMAT W JEDNYM AKCIE
[1920] 

 


Stanisław Ignacy Witkiewicz, "Wybór dramatów", wybór i wstęp Jan Błoński, Ossolineum, Wrocław 1974

* wstęp - s.III
** wstęp -  s.V
*** Aluzja do tytułu "Wyzwolenie" Stanisława Wyspiańskiego

poniedziałek, 23 lutego 2015

Oscarowa histeria w amerykańskim sosie

Nie mogę inaczej nazwać tego słownego entuzjazmu, podniecenia i w końcu euforii, bijących z każdego tekstu w polskich mediach przed galą oscarową i dzisiaj - oczywiście.
Podniecanie się przygotowaniami sukienki dla aktorki, zaglądanie do garów "co też zjedzą wielcy nagrodzeni" (szkoda, że do WC nie wpadli), bieganie z mikrofonem rozgorączkowanej specjalnej wysłanniczki telewizji publicznej (poleciała sobie do pracy za cudzą ciężką kasę) po miejscu, gdzie będzie rozwinięty święty czerwony dywan, zaglądanie przez szybę zupełnie jak biedne dzieci do cukierni, prawie modlenie się do figurki naszego innego wysłannika uczestniczącego w rytuale wytwarzania statuetki itdi itd
A dzisiaj tytuły: "historyczna noc polskiego kina", historyczny sukces" - naprawdę blisko od historii do histerii.

Fakt uzyskania kilku nominacji dla polskich produkcji i ludzi kina spowodował szczególne maglowanie tematu w mediach, jak gdyby to było tego warte. To nie jest ważna nagroda w kontekście geograficzno-kulturowym, że już nie wspomnę o politycznym. To amerykański show-biznes, czyli  swoi swoim dają nagrody za swoje filmy zrobione w swoim kraju i o swoich sprawach. Ci swoi przyznający to Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej, która rozumie jedynie amerykańskie kino. I łaskawie stworzyła jeszcze jedną kategorię dla innych, żeby cały świat mógł walczyć o ten zaszczyt jakim jest sama nominacja. No i tak cały świat uczestniczy w tym żałosnym wyścigu o resztki z pańskiego stołu.
Tutaj po raz kolejny pokazują się nasze polskie kompleksy i odwieczne ciągoty do tego amerykańskiego raju, który jest zupełnie innym światem niż się większości emigrantów wydawało i nadal często wydaje.
Tak jak Polacy mają często mylne wyobrażenie o tym kraju, tak samo Amerykanie nie znają wcale Europy, o Polsce już nie mówiąc. I tak samo nie znają i nie rozumieją wymowy kina europejskiego, bo nie znają ani historii, ani nawet geografii, co pozwoliłoby próbować zrozumieć "o co kaman" na przykład w polskich filmach.

Na temat filmu "Ida" nie wypowiem się, bo nie widziałam. Na bilet do kina pieniędzy mi szkoda, więc poczekam aż pojawi się w telewizji.

piątek, 20 lutego 2015

Szpiegowskie klimaty socjalizmu

Trafiłam wczoraj przypadkiem na kanale KinoPolska na film, którego nie znałam. Chyba mi się coś kołatało z tytułem, ale na pewno nie widziałam tego filmu. Teraz, po jego obejrzeniu, mogę się nawet domyślać dlaczego jakoś mi umknął i nie był w telewizji  powtarzany bez końca tak jak inne z tego gatunku.

Hasło "Korn"  (1968) - dramat sensacyjny typowy dla histerii lat 60-tych na tle szpiegowskiej inwazji siatek z Zachodu . Streszczenie fabuły można sobie przeczytać, chociażby tutaj. I przy okazji zobaczyć jak mocną obsadę miał ten propagandowy gniot. Same ówczesne i późniejsze sławy polskiego kina.
Nawet Beata Tyszkiewicz, pokazująca się na chwilkę na meczu hokejowym i to pod własnym nazwiskiem.
I Bogumił Kobiela, w jakimś idiotycznym epizodzie - chyba oboje "musieli" wziąć udział w produkcji, bo takie były "układy"?


Zaraz po emisji filmu, poszukując informacji o nim , doczytałam się na forum Filmweb, że ktoś zwrócił uwagę na osobę współscenarzysty filmu. To jest dopiero bomba z opóźnionym zapłonem.- Marian Strużyński

Film jest dziwnym tworem - bierze w nim udział czołówka aktorska, a wygląda jakby męczyli się na planie pod przymusem.
Akcja chwilami ciągnie się jak guma do majtek, nudne sceny... nudne dialogi - prawie jak stalinowski produkcyjniak.
Jest jednak coś złowrogiego w tym  obrazie - coś, co wynika z pokazanych możliwości inwigilacji i kontroli każdego obywatela.
Klimat strachu pokazuje doskonale scena przesłuchania jednego z podejrzanych o udział w siatce, gdy z ust oficera pada nawet słowo "bezpieka". A sama scena niczym nie różni się od przesłuchań gestapo.
Takie same wrzaski, groźby.. tylko bicia i tortur już nie pokazano...

czwartek, 19 lutego 2015

Klasyka romansu? ... lubię poczytać...

Nie zamierzam ukrywać, ani wstydzić się tego, że lubię od czasu do czasu poczytać coś lżejszego z gatunku "o miłości".
A z biegiem lat coraz mniej pociągają mnie trudne i ciężkie lektury, których czytanie dołuje mnie na równi z problemami życiowymi. Nie odnajduję w sobie skłonności masochistycznych, więc odpuszczam - co przez niektórych uważane jest za objaw starczego zdziecinnienia (co najmniej).
To że lubię takie romasnowe historie nie znaczy, że akceptuję każdy bubel i grafomanię (szczególnie współczesną z rodzaju zaszufladkowanego do "literatury kobiecej"). Czytając powieść z klasyki romansu wiem, jaki to gatunek, przyjmuję konwencję, więc mam z takiej lektury oczekiwaną przyjemność i relaks.

A teraz pora na konkrety...
Dość szybko po 1989 roku zmieniła się oferta wydawnicza na polskim rynku księgarskim. Pojawiły się nowe wydawnictwa, proponujące czytelnikowi literaturę "lekką, łatwą i przyjemną" (cytując klasyka - a swoja drogą, kto dziś pamięta audycje Lucjana Kydryńskiego?).
Wtedy to był taki lekki oddech, okienko, albo lufcik uchylony w stronę normalności wydawniczej z całym bogactwem edytorskim.
Wcześniej jakoś nie tęskniłam za tego rodzaju literaturą, ale kiedy pojawiły się nagle książki ze złotymi tłoczonymi literkami (prawda, jakie to cukierkowe?) "Klasyka romansu", trochę tych wydań kupiłam

Jedną z pierwszych była powieść "Queenie".  Z gatunku tych, jakie lubię ze względu na objętość ale objętość dobrej jakości! Nie dość, że książczydło liczy 589 stron, to jeszcze jest wydane w serii większego formatu, więc naprawdę mamy co czytać.


Oczywiście  przed kupieniem książki zajrzałam do notki od wydawcy, który zachęca do przeczytania już w całkiem komercyjnym stylu (do jakiego nie byliśmy jeszcze przyzwyczajeni)


Po przeczytaniu uparłam się samodzielnie rozwiązać zagadkę, chociaż to wcale nie było wtedy - 24 lata temu, tak łatwe jak dziś.
Nie miałam źródła jakim jest internet, miałam do dyspozycji tylko swoje książki o filmie. Jednak do tych detektywistycznych poszukiwań wystarczyła tylko jedna - "Historia sztuki filmowej" Jerzego Toeplitza. W jednym z jej tomów odnalazłam tajemniczą bohaterkę.

To Merle Oberon - urodzona 19 lutego 1911 roku w Bombaju.

Właściwie niewiele można znaleźć prawdziwych informacji o jej prywatnym życiu, szczególnie przed przyjazdem do Hollywood. To, co znajdziemy w odniesieniu do dawnych gwiazd kina amerykańskiego, zawsze należy jakoś przefiltrować i podchodzić z rezerwą.  Jak do mitów i legend - mimo, że nie powstałych w dawnych wiekach, ale zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Zresztą... czy dzisiejszy świat gwiazd i celebrytów tak bardzo się różni od tamtego? Jedyna różnica to prawie brak prywatności życia znanych z tego, że są znani.

Nikt dzisiaj nie wie, jaka była prawdziwa historia  Merle Oberon (właściwie Estelle Merle O`Brien Thompson). A  sama postać aktorki odeszła dawno w zapomnienie.
Historia Queenie Kelly to burzliwe, obfitujące w tragiczne wydarzenia życie. Począwszy od dzieciństwa i młodości w Indiach, poprzez zdobywanie kolejnych stopni kariery na kolejnych kontynentach, wraz z kolejnymi miłościami i małżeństwami.

Lubię powieści z tej serii, bo zawierają bogate tło obyczajowe i zapis dawnej rzeczywistości
W "Queenie" również mamy opis różnych grup społecznych i specyfikę środowisk - rasistowską kastowość w Indiach, oszukańczo cyniczny światek podrzędnych artystów i ludzi biznesu, jeszcze bardziej bezwzględny świat Hollywood, wojnę ... i miłość.

W 1987 roku powstała również filmowa wersja  powieści


Michael Korda, "Queenie" - przekład: Tomasz Merta, Magda Pietrzak, Wydawnictwo ATLANTIS, Warszawa 1991, Wydanie I

środa, 18 lutego 2015

Dzień z obrazem (21)

Dziś kategoria "Niedzieli z obrazem" ma z wiadomych względów inny tytuł, ale chciałam zaznaczyć ten dzień również obrazem do przemyśleń.



poniedziałek, 16 lutego 2015

Zapis minionego czasu - "Tala od różańca"

W 2013 roku przypadkowo trafiłam w telewizji na film dokumentalny "Tala od różańca" (o filmie), przybliżający postać Natalii Rolleczek. Było to dla mnie ciekawe doświadczenie, bo nie znałam bliżej jej życiorysu i nie widziałam nigdy pisarki "na żywo".

Ten dokument  i dzisiejsze 96 urodziny  Natalii Rolleczek wywołały z kolejki oczekiwania na wpis książkę "Drewniany różaniec". Zanim jednak książkę przeczytałam zobaczyłam w telewizji  (czarno-białej) film zrealizowany na jej podstawie - strona filmu. Miałam wtedy 12, może 13 lat i na pewno byłam za młoda na taką dawkę emocji.
Film zrobił na mnie tak ogromne wrażenie, że wtedy wręcz znienawidziłam Barbarę Horawiankę (doskonałą w roli siostry Modesty). Uczucia niechęci do aktorki długo nie mogłam się pozbyć.
Pamiętam również następny dzień w szkole, bo film był tematem numer jeden rozmów na przerwach.
Wtedy jeszcze rozmawiało się (w tramwaju, w szkole, w pracy) o oglądanych filmach, teatrze telewizji, transmisjach sportowych. Nie było problemem, kto co oglądał, bo mieliśmy tylko jeden program do wyboru (oglądać, albo nie oglądać). Jedna z koleżanek usiłowała zniechęcić nas do rozmowy o filmie, stwierdzając: "mnie mama nie pozwoliła oglądać, bo to grzech".  Cóż jeszcze można dodać?


Książkę przeczytałam w niedługim czasie po obejrzeniu filmu i to też nie był dobry moment - za wcześnie! Lektura jeszcze utrwaliła  silne wrażenia związane z filmem.
To było wiele lat temu... od tamtego czasu nie chciałam już wracać do tej książki (stoi na półce), ale doskonale pamiętam jej treść.
Nie analizuję i nie oceniam, tym bardziej nie dołączę do krytyki utworu i jego autorki. Być może ponowna lektura obecnie zmieniłaby mój odbiór... być może jednak wzmocniłaby tamte  emocjonalne wrażenia sprzed lat... nie wiem...
Wiem, że jako młoda czytelniczka przyjęłam bez zastrzeżeń treść i obraz podane mi przez autorkę, a przez następne lata nie dążyłam do ich weryfikacji, ani zmiany własnego spojrzenia. Uznałam je za pewnik i nie widziałam potrzeby zmian - jak zresztą miałabym tego dokonać?
Powieść jest wizją pisarza, ma prawo kreować literacką rzeczywistość jak chce. A fakt wykorzystywania autentycznych wydarzeń jako materiału do tworzenia fabuły nie daje nam - czytelnikom żadnego upoważnienia do "rozliczania" autora.
Uważam, że autorka wykazała się dużą odwagą - właśnie w polskim społeczeństwie,  poruszając tak drażliwy i kontrowersyjny temat.
I nie ma tu znaczenia obowiązujący ustrój w czasie jej powstania, który rzekomo pomógłby pisarce w karierze.

"Drewniany różaniec" to książka, którą każdy powinien oceniać samodzielnie po jej przeczytaniu.
Nie da się także współcześnie oddzielić tego utworu  ani od kontekstu politycznego,


ani od życiorysu autorki - niestety.  Piszę "niestety", bo chciałabym zawsze traktować utwór literacki jako samoistne dzieło, bez jakiejkolwiek otoczki (religijnej, politycznej itd).
Wiem... takie moje nierealne podejście... szczególnie nierealne w dzisiejszym świecie szaleństwa lustracji i prześwietlania wszystkiego i wszystkich.

Wydanie, które posiadam składa się z trzech części : "Litość", "Klub młodych Polek", "Drewniany różaniec". Można je traktować jako odrębne utwory, z zamkniętą fabułą, chociaż mają wspólne bohaterki - Matka, siostra Łucja i narratorka Natalka oraz pewną ciągłość w czasie.
Dwie pierwsze części to opowieść o prawdziwej biedzie wynikającej z prawdziwego bezrobocia - o czym dzisiaj w Polsce  nikt nie ma zielonego pojęcia szafując krzykliwymi hasłami w celach politycznych.
To także obraz upokarzającej i poniżającej dobroczynności i filantropii... obraz łaski i ochłapu rzuconego "tym naszym biednym podopiecznym", o których bogate paniusie niewiele wiedziały... a nawet nie starały się poznać lub zrozumieć.
"Drewniany różaniec" to najbardziej znana powieść Natalii Rolleczek - powieść, która "stała się jej życiowym przekleństwem".

Natalia Rolleczek, "Drewniany różaniec", Państwowe Wydawnictwo "Iskry", Warszawa 1954, wydanie II

niedziela, 15 lutego 2015

Niedziela z obrazem (20)

Gustav Klimt "Pocałunek" (1907-1908)

sobota, 14 lutego 2015

"Żoneczko moja najśliczniejsza..."

W Pielaskowicach,
we wtorek [9 VI 1665]
"Żoneczko  moja najśliczniejsza,
największa duszy i serca mego pociecho!

   Tak mi się twoja śliczność, moja złota panno wbiła w głowę, że zawrzeć oczu całej nocy nie mogłem nocy. P.Bóg widzi, że sam nie wiem, jeśli tę absence znieść będzie można; bo ażem sobie uprosił M.Koniecpolski, że ze mną całą przegadał noc tę przeszłą. Dziś ano o jedzeniu, ani o spaniu i pomyśleć niepodobna. Owo widzę, że mię twoje wdzięczne tak oczarowały oczy, że bez nich i momentu wytrwać będzie niepodobna, tak tuszę, że notre amour ne changera jamais en amitie, ni en la plus tendre qui fut jamais*. To jest pewne, że już od dawnego czasu zdało mi się, żem bardziej i więcej kochać nie mógł; ale teraz przyznawam, że lubo nie bardziej, bo niepodobna kochać bardziej, ale je vous admire** coraz więcej, widząc perfekcję a tak dobrą i w tak pięknym ciele duszę. Owa zgoła, serca mego królewno, chciej tego być pewna, że wprzód wszystko wspak się odmieni przyrodzenie, niżeli najmniejszą odmianę śliczna Astree w swym uzna Celadonie. [..]

* nasza miłość nie zmieni się nigdy w przyjaźń i nigdy nie będzie bardziej czuła
** uwielbiam cię 


Szyfr w listach  miłości:
Astrea - Marysieńka
Celadon - Sobieski
Pseudonimy zaczerpnięte są z romansu pasterskiego Honoriusza d`Urfe "Astrea" (1610)



Jan Sobieski, "Listy do Marysieńki", "Czytelnik", Warszawa 1970, Wydanie II, s.28


czwartek, 12 lutego 2015

Wredne pączki

" Dzień, w którym Jane bez niczyjej pomocy przyrządziła na obiad pieczeń z jagnięcia w sosie, groszek w śmietanie i pudding, który mógłby zjeść nawet wujaszek Tombstone, był najwspanialszym dniem jej życia. Co to było za przeżycie, gdy tata podał swój talerz mówiąc: "jeszcze trochę tego samego, Jane. Co za znaczenie mają hipotezy o budowie planet lub teoria kwantów w porównaniu z takim obiadem?
[...]
Ale Jane przeżyła swoje Waterloo, gdy zdecydowała się usmażyć pączki. Wszystko wydawało się takie łatwe... a później nawet Snowbeamowie nie byli w stanie zjeść rezultatów jej wysiłku. Jane, zdecydowana nie poddawać się, próbowała znowu i znowu. Wszyscy byli ogromnie zainteresowani jej kłopotami z pieczeniem pączków. Pani Jimmy Johnowa nie szczędziła rad, mam Min też podsunęła to i owo. Sklepikarz z Corners specjalnie przysłał jej nowy rodzaj smalcu. Jane próbowała smażyć na patelni i w garnku, ale wszystko na próżno. Wredne pączki za każdym razem opijały się tłuszczem. Jane dręczyła się tym tak bardzo, że nie sypiała po nocach."

Lucy Maud Montgomery, "Jane z Latern Hill", przekład Joanna Kazimierczyk, Oficyna Wydawnicza "Graf", Gdańsk 1991, s.96,97

Te pączki na Tłusty Czwartek wyglądają na trzeźwe i nie opite tłuszczem w nadmiarze


wtorek, 10 lutego 2015

Skutki czytania książek zimą

"Do osady Racicot przyszła zima. Wszyscy mieszkańcy oddawali się zwykłej o tej porze roku bezczynności. Był czas wylegiwania się i plotkowania, czas długich godzin palenia fajki w zacisznych kątach i opowiadania historyjek o morzu i żeglowaniu.
   Zimą w przystani rozkwitało życie towarzyskie, wszyscy chcieli powetować sobie  udręki lata, gdy pracowano po osiemnaście godzin na dobę. Zimą można było wreszcie śmiać się i kłócić, zawierać małżeństwa, flirtować, a także - jeśli ktoś miał ochotę - marzyć w samotności, jak to robił Fletcher.
[...]
Opowiadano w przystani, że bardzo się zmienił. Stał się odludkiem. Zamiast odwiedzać znajomych, jak to robili inni ludzie, siedział w domu i czytał książki. Mieszkańcy Racicot mówiąc o nim, tylko kręcili zafrasowani głowami. Coś złego dzieje się z człowiekiem, skoro woli czytać, kiedy wokół jest tyle rozrywek. Jacob Radnor całą zimę ślęczał nad książkami, a na wiosnę się utopił. Wyskoczył za burtę swej łodzi podczas połowu śledzi. To są właśnie skutki czytania książek!"


Lucy Maud Montgomery "Magia morza", zbiór "Ślady na piasku"
przełożyła Joanna Kazimierczyk, 
Wydawnictwo Novus Orbis, Gdańsk 1996, Wydanie I - s.100,101

poniedziałek, 9 lutego 2015

Okładki - koszmarki

Zawsze były, są i będą... okładki książek będące jak zły sen artysty.
I to nie jest wcale zależne od czasów ani obowiązującego ustroju. Chyba mogę się nawet pokusić o stwierdzenie, że w minionym PRL-u poziom projektów graficznych był o niebo wyższy od obecnego - mimo siermiężności czasów i rynku wydawniczego. A może właśnie dlatego? Wystarczy wspomnieć światowej klasy szkołę polskiego plakatu.

Nie kupując książek oglądam sobie tylko ich okładki na wystawie w pobliskiej księgarni, no i oczywiście w internetowych okienkach, głównie na blogach książkowych. Nie znając większości książek nie zastanawiam się nad adekwatnością okładki do treści. Biorę także pod uwagę różnorodność gustów i fakt, że nie  wszystko musi się wszystkim podobać tak samo - de gustibus... i tak dalej.

Ale... kiedy widzę takie monidło



w nowym wydaniu powieści znanej, wielokrotnie przeze mnie czytanej, z czołowego miejsca mojej prywatnej listy pereł naszej literatury, to mnie naprawdę denerwuje.
Taka okładka to dla mnie obraza powieści. Już samo tło z kwiatkami mogłabym w ostateczności przyjąć, ale ta buźka z usteczkami w ciup!... te bezmyślne cielęce oczy!... Naprawdę.. możemy nie lubić Izabeli Łęckiej, ale doklejenie jej takiego wizerunku to przesada. Podejrzewam nawet, że autor projektu tej okładki nigdy "Lalki" nie przeczytał.
Ta okładka doskonale się wpasowuje w obecne kształtowanie bezguścia odbiorców medialnej papki, z jednoczesnym wpychaniem klasyki literatury do masówki romansideł poprzez takie tandetne opakowanie towaru.
Tak się może lepiej sprzeda?

niedziela, 8 lutego 2015

Niedziela z obrazem (19)

Juliusz Kossak  "Bal kostiumowo-historyczny w Sukiennicach" (1882)

niedziela, 1 lutego 2015

Niedziela z obrazem (18)

Władysław Bończa-Rutkowski "Scena przed dworkiem zimą" (1904)