niedziela, 13 grudnia 2015

Niedziela z obrazem (52)

Fra Angelico "Zwiastowanie" (ok.1430-32)

niedziela, 6 grudnia 2015

Niedziela z obrazem (51)

Jan Steen "Dzień św. Mikołaja" (1665-1668)

czwartek, 3 grudnia 2015

O blogowaniu - post refleksyjno-informacyjny

Przeczytałam na jednym z blogów robótkowych (chyba post przedwakacyjny) kilka uwag o tym,  czego autorka bloga nie lubi na innych blogach. Jedna z nich dotyczyła częstotliwości wpisów i przyczyn ich braku. Najbardziej denerwujące są (jak się okazało również dla komentujących) zapowiedzi (bardziej lub mniej szumne) o zamknięciu bloga lub planowanej przerwie oraz ciągłe przepraszanie potencjalnych czytelników za zbyt długie lub w ogóle za przerwy w pisaniu (tak jakby należało odwalać codzienną harówkę blogową - obowiązkowo!)

O ile podawanie wiadomości o nieuchronnym zamknięciu bloga może budzić podejrzenia co do intencji autorek, czyli chęci podbicia zamierających statystyk wejść (jeśli komuś tak strasznie na nich zależy)... o tyle mogę zrozumieć powody tłumaczenia się ze swojej słabej aktywności blogerskiej. Chyba przyczyna tkwi we wcześniejszym charakterze blogosfery sprzed kilku lat, gdy blogi tematyczne raczkowały i często wychodziły z forum, na którym dziewczyny znały się jakoś wirtualnie bliżej. Piszę o blogerkach, bo męską blogerską  część poznałam dopiero przy blogach książkowych. Obserwatorki i czytelniczki blogów to były początkowo znajome osoby (często znające się w realu)  tworzące najczęściej kółeczka wzajemnej adoracji... chyba stąd się wzięło to tłumaczenie z przedłużającego się milczenia na blogu. I dlatego teraz to może wydać się dziwne w tym zalewie blogów, gdy wszyscy piszą, o wiele mniej osób czyta innych, a niewiele zdobywa się na pisanie komentarzy. Mam na myśli cokolwiek rozbudowane komunikaty słowne... jednowyrazowe wpisy nie są nimi.

Mogłabym jeszcze bardziej rozpisać się sama co lubię, a czego nie lubię na blogach, ale nie planowałam takiego tematu.... bo przecież kogo to interesuje?
Byłoby to przede wszystkim narzekanie, marudzenie, krytykowanie, a tego nie chcę pisać... bo ogólnie mi się nie chce pisać (pomijając fakt, że znowu mam na to mniej czasu).

Coraz mi trudniej zabrać się do pisania o czytanych książkach, chociaż takie teksty same tłuką się w głowie. Czuję po prostu zniechęcenie, brak motywacji, bezsens tej całej amatorskiej pisaniny. Dodatkowo podsycany tym, co czytam na innych blogach, niebacznie tam zaglądając.
Bo... (wiem, że nie zaczyna się zdania od "bo", ale piszę tak specjalnie)
... albo trafiam na totalne bzdury pisane na pseudo-recenzenckich blogaskach,
... albo na przeintelektualizowane wyżyny myśli ponad nami maluczkimi,
... albo na złośliwie lekceważące męsko-szowinistyczne przeciskanie przez wyżymaczkę
..  albo na kłamliwe teksty, podawane jak prawdy objawione, dotyczące czasów minionego ustroju (a robiące wodę z mózgu młodym, którzy nie mają szans na weryfikację).

Nie podejmuję już prób dyskutowania z owymi tekstami, bo odechciało mi się tej walki z wiatrakami.
Ale żeby się nie denerwować należy przestać czytać to, co nas denerwuje.
Dlatego po raz kolejny robię porządek w swojej blogowej liście czytelniczej i daję sobie blogowy urlop... jak długi nie wiadomo...

poniedziałek, 30 listopada 2015

Dzień z obrazem (50)

Henryk Siemiradzki "Noc św.Andrzeja - Wróżbita" (1867)

niedziela, 29 listopada 2015

Niedziela z obrazem (49)


 Willem Joseph Laquy, "A Scullery Maid Preparing a Chickens" (1776)


wtorek, 24 listopada 2015

Jeszcze raz z Krętką

"Krętka Blada to zmyślne stworzonko, wypuszczone na niebiednych mężczyzn tego świata. Bladość swą skrzętnie ukrywa pod perfekcyjnym makijażem, a urodą dosłownie zwala z nóg. Walory intelektu zamieniła na wysoko rozwinięty spryt, więc i trup męski ściele się gęsto - dosłownie i w przenośni. Ale kiedy sprawa dotyczy wysoko postawionego urzędnika i przekrętów na szczytach władzy, do akcji wkracza ambitny i pełen wiary w sprawiedliwość policjant" (z notki od wydawcy).

Do akcji wkracza także Joanna Chmielewska, chociaż od początku zarzeka się, że nie będzie prowadzić prywatnego śledztwa.

To jedna z tych ostatnich powieści pisarki, których nie kupiłam. Ale została mi dostarczona do przeczytania, więc oczywiście podjęłam ten trud. Trochę to jest trud, szczególnie dla miłośników "wczesnej Chmielewskiej", a na czym polega nie muszę tłumaczyć - miłośnicy wiedzą.
Jednym z minusów tego trudu jest fakt, że ciężko połapać się w zbytnio zagmatwanej akcji i mnogości rozgadanych postaci. A skutki są takie jak u mnie. Przeczytałam, a gdy po dość długim czasie wyciągnęłam książkę z półki, trafiła mnie kompletna amnezja. Zupełnie nie pamiętałam o co chodzi, kto kogo zabił... itepe.
Książkę wyciągnęłam, bo przyjeżdżała jej właścicielka, więc już wypadło oddać ... po trzech latach.
Przy tej powtórnej lekturze podeszłam do książki bardziej jak do babskiego czytadła, niż do kryminału.
I tak chyba lepiej się ją czyta, co nie zmienia faktu, że nie jest to "to, co tygrysy lubią najbardziej" (oczywiście u Joanny Chmielewskiej).

W mieszkaniu znajomego pana Teodora autorka znajduje nieprzyjemne zwłoki - niewątpliwie ofiarę zabójstwa. Ofiarą okazuje się osobnik znany ze świecznika, który za swoją przestępczą działalność mieści się w stworzonej przez pisarkę grupie przeznaczonej do fizycznej likwidacji.

poniedziałek, 23 listopada 2015

"Człowiek, który wiedział za dużo" (1956)

Uciekając od politycznego ględzenia w telewizorze skaczę (jak to się mówi) "po kanałach" i najczęściej trafiam na jakiś w film już w trakcie emisji. Gdy zobaczyłam na ekranie Doris Day i Jamesa Stuarta (lubię tych aktorów),  z chęcią zaczęłam oglądać film, którego nie znałam. Nie oglądam współczesnych produkcji amerykańskich, ociekających przemocą i okrucieństwem. Tamte stare filmy, żeby nie wiem jak duży stopień grozy prezentowały, są w porównaniu z nimi łagodnymi bajeczkami dla dorosłych.. Jednak wolę wiedzieć co oglądam, więc szybko wyszukałam w programie tytuł filmu. I co się okazało? Nie dosyć, że to stary poczciwy mistrz Alfred, ale jeszcze niespodziewanie znana doskonale z dzieciństwa piosenka, którą słyszałam z radia pewnie z milion razy... a nie wiedziałam, że tak wysoko uhonorowana.
Sam film jednak miejscami lekko nudnawy i nużący...


"Amerykański lekarz Ben McKenna wyjeżdża z rodziną na wakacje do Maroka. W autobusie poznają Francuza, Louisa Bernarda. Na targu w Marakeszu Bernard, agent francuskiego wywiadu, zostaje zamordowany na ich oczach. Umierając, mówi Benowi, że w Londynie dojdzie do zamachu na znanego polityka. Całe zdarzenie obserwuje poznane podczas podróży małżeństwo Draytonów, w rzeczywistości para terrorystów. Wkrótce porywają oni synka McKenny, aby w ten sposób zmusić go do milczenia. Ben wraz z żoną jadą za nimi do Londynu, ale nie mogą zawiadomić policji. Wiedzą tylko, że zamach ma nastąpić podczas koncertu w Albert Hall. Pragnąc ratować swoje dziecko i zapobiec tragedii, rozpoczynają niebezpieczną grę z przestępcami. Hitchcock nakręcił pierwszą wersję filmu w 1934 roku. Po latach zrealizował kolorowy remake. Piosenka z filmu, śpiewana przez Doris Day, "Whatever Will Be, Will Be (Que Sera, Sera)", została nagrodzona Oscarem" - cytat z Filmweb


niedziela, 22 listopada 2015

Niedziela z obrazem (48)

Stanisław Wyspiański "Chochoły" (1898-1899)

środa, 18 listopada 2015

Szybkie czytanie - jeszcze szybsze zapominanie

Agata Adelajda poruszyła ważny, choć według mnie raczej "skazany" na dalsze rozprzestrzenianie się problem czytania szybkiego, bez refleksji, bez późniejszego namysłu: Slow reading - czytanie kontemplacyjne, książki dla przyjemności, celebrowanie czytania
Celebrowanie czytania, czytanie kontemplacyjne... to chyba zjawisko dotyczące coraz mniejszej mniejszości czytelników.
Teraz większość aktywnych zawodowo i życiowo ludzi, jeśli nawet czyta dużo książek, to robi to szybko, w biegu, najczęściej korzystając z e-booków.
Ja sama, chociaż jestem z pokolenia jeszcze wcześniejszego i będąc na bocznym torze zawodowym teoretycznie mam więcej czasu na czytanie (teoretycznie, bo obowiązki życiowe wzrosły, a nie zmalały), łapię się na szybkim czytaniu książek, których treść jeszcze szybciej ulatuje z pamięci.
I chyba mogę o to "winić" internet i cały wirtualny świat istniejący gdzieś w przestrzeni.. Ten natłok zmieniających się informacji na stronach internetowych (dodatkowo jeszcze zapchanych okienkami do niemożliwości), coraz częściej powoduje u mnie czytanie tylko nagłówków i pierwszych dostępnych zdań. Coraz rzadziej naciskam link, a blogi z postami zawierającymi przycisk "czytaj dalej" po prostu omijam.

Wszystko to prawda - otacza nas coraz szybciej wirujący świat, w którym trudno mówić o "powrocie do korzeni", do wnikliwego czytania. To co możemy zrobić dotyczy nas samych, naszego osobistego podejścia do książki. Na innych wpływu nie mamy. I nie pomogą tu żadne akcje edukacyjne, bo tego po prostu nie da się zaplanować, ani wykreować.

Czytam stale, coraz mniej piszę na blogu (z przyczyn ode mnie niezależnych) i zdaję sobie sprawę, że większość anonimowych podczytywaczy nigdy się nie odezwie, że też szybko przelatują tekst nie próbując myśleć.

Na szczęście na statystykach nigdy mi nie zależało, szczególnie jeśli to wyłącznie odwiedziny w celu korzystania z treści metodą "kopiuj-wklej",   bez słowa komentarza, o próbie wymiany zdań już nawet nie wspominam :)
 

niedziela, 15 listopada 2015

Niedziela z obrazem (47)

Camille Pissarro "Boulevard Montmartre à Paris" (1897)

Nigdy nie byłam w Paryżu. Znam to miasto z literatury, z filmu, z piosenki, z obrazu i fotografii.
Ale dzisiaj jestem myślami z ludźmi, którzy tam teraz są... nieważne, czy są tam chwilowo jako turyści, czy mieszkają na stałe... 


 źródło zdjęcia

niedziela, 1 listopada 2015

Niedziela z obrazem (46)

Aleksander Gierymski "Trumna chłopska" (1894-1895)


niedziela, 11 października 2015

Niedziela z obrazem (45)

S. Campolmi "Visit from Grandmother"


poniedziałek, 5 października 2015

Za czym kolejka ta stoi?

Mowa potoczna nie zawsze bywa gramatyczna i poprawna - to wiadomo... ale kiedyś najlepiej odzwierciedlała codzienność ulicy...
Teraz to już inne czasy - codzienność ulicy jest chaosem pogoni, na tle nadmiaru zgrzytających dźwięków i atakujących ze wszystkich stron wściekłych kolorów agresywnych i ogłupiających tekstów reklam.

Dzisiejsza Piosenka dnia Jedynki (radiowej) jak zawsze od lat wywołała u mnie tę samą reakcję - powrót do tamtego czasu

Za czym kolejka ta stoi?
Po szarość, po szarość, po szarość
Na co w kolejce tej czekasz?
Na starość, na starość, na starość
Co kupisz, gdy dojdziesz?
Zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie
Co przyniesiesz do domu?
Kamienne zwątpienie, zwątpienie


Bądź jak kamień, stój wytrzymaj
Kiedyś te kamienie drgną
I polecą jak lawina
Przez noc.
Przez noc
Przez noc.

Czy wtedy, w 1980 roku, myśleliśmy jak bardzo są to słowa prorocze? 
Nie stałam w szeregach i nie walczyłam o zmianę - byłam młoda, szczęśliwie zakochana i to było najważniejsze.
- że mało patriotycznie?
- że zadowolenie się byle czym?
A niech każdy sobie interpretuje jak chce.

Nie mając jeszcze małego dziecka mogliśmy pozwolić sobie na luksus omijania kolejek i życie z minimalnymi wymaganiami. Wtedy dla nas i  naszego kręgu znajomych ważniejsze było nie MIEĆ, ale BYĆ - długie rozmowy, wręcz zażarte dyskusje na przeróżne tematy...słuchanie muzyki, wspólne śpiewanie i muzykowanie (gitara nie była jedynym instrumentem, na którym się grało)...czytanie wartościowych książek (no, może trochę snobizmu w tym było)... mało wymagające podróżowanie po kraju...

Ale przecież nie żyliśmy w izolacji, w jakimś bezmyślnym oderwaniu od rzeczywistości, więc takie słowa przemawiały do nas bez zbędnych wyjaśnień. Proste, ale jakże trafne słowa... prosta muzyka... ale całość w jedynym właściwym dla tej piosenki wykonaniu Krystyny Prońko - to jest coś niezwykłego.
I wtedy i dziś "Psalm stojących w kolejce" (rok 1980) zawsze robi na mnie wrażenie...

Pamiętam to wykonanie (oglądane jeszcze z czarno-białego telewizora)...


niedziela, 4 października 2015

Niedziela z obrazem (44)

Rozpoczął się Konkurs - dzisiaj temat nie może być inny...
 
Henryk Siemiradzki "Chopin gra dla Radziwiłłów w 1829roku" (1887)

sobota, 3 października 2015

Przeczytane... - "Pierwsza na liście"


Od wydawcy:
"Historia przyjaźni, która po latach rodzi się na nowo, miłości, która wybucha gwałtownie i niespodziewanie…
Opowieść o trudnych wyborach, które mogą podarować komuś życie, o przebaczeniu i zrozumieniu oraz o wielkiej nadziei i sile kobiet. Czy najbliższej przyjaciółce potrafiłabyś wybaczyć wszystko? Mimo tego, że zabrała Tobie to, co kochałaś najbardziej? A gdyby jej wybór okazał się błędem? A gdyby jej dni były policzone? Ina myślała, że przeszłość zostawiła daleko za sobą. Teraz jej życie przebiegało tak, jak sobie tego życzyła. Czasem zapraszała do niego mężczyzn, ale tylko na chwilę. Patrycja w każdej chwili mogła wszystko stracić. Los postawił przed nią najtrudniejsze z zadań. Jak w ciągu kilku tygodni nauczyć ukochane córki jak żyć? Karola musiała wziąć sprawy w swoje ręce.
Wyruszyła w podróż aby odnaleźć pierwszą na liście.
Odnalazła. Ale wraz z nią wróciły bolesne wspomnienia.
Mimo niezagojonych ran, dawnych zdrad i upływającego czasu, przyjaźń powróciła. Powróciła z wielką mocą, która kruszy góry, sprawia, że niemożliwe staje się możliwe. "

niedziela, 27 września 2015

Niedziela z obrazem (43)

Maksymilian Gierymski "Krajobraz jesienny - studium pejzażu" (1868-69)


Muzeum Narodowe w Warszawie

sobota, 12 września 2015

Przymusowa przerwa - jak długa? a kto to wie!

Nie umiem posługiwać się lewą ręką przy obsłudze komputera  - ani komputerową myszką, ani wszystkimi klawiszami (przy polskich literach jak wiadomo potrzebne są obie ręce). Dziwna kontuzja prawej ręki (połączenie niewygodnego ruchu szydełkowania z intensywnym wachlowaniem się w tych cholernych upałach), a do tego stały ból jej towarzyszący, skutecznie mnie odsuwa od komputera. Mogę wytrzymać co najwyżej kilka zdań, a i tak w każdym walę po kilka literówek. Tak się nie da na dłuższą metę... muszę się poddać i odłożyć swoje pisanie o książkach. Będę próbować coś pisać "na brudno" czyli w wersjach roboczych, ale cienko to widzę. W ogóle staram się w tym poście zachować umiar, bo jestem tak wściekła, że brzydkie wyrazy same cisną się klawiaturę. Jakbym miała mało dotychczasowych dolegliwości. Może na innych swoich blogach coś skrobnę od czasu do czasu, bo tam raczej nie tworzę wielozdaniowych wypowiedzi. Ale o książkach zawsze nazbiera mi się więcej.
Dobra strona tej sytuacji jest oczywista - mało komputera, więcej czasu na czytanie i lekkie robótkowanie (czyli haft, bo druty również odpadają).

Chyba wystarczy mi sił na niedzielne obrazki, a poza tym... do przeczytania ... za jakiś czas...



wtorek, 8 września 2015

Kalendarium - Elżbieta Adamiak

Kiedyś (jeszcze całkiem niedawno) w dobrym tonie było pomijanie wieku znanych kobiet - szczególnie bardziej zaawansowanego.
W obecnej erze dostępności do wszelkich możliwych danych nie da się tego uniknąć. Można wskoczyć do sieci i sprawdzić.
Dzisiejsze przypomnienie łódzkiej artystki z mojego studenckiego pokolenia to wynik zapowiedzi w radiowej Jedynce - rozmowy z jubilatką urodzoną 5 września...

Bardzo lubię jej twórczość i interpretację, ale szczególnie ulubiona jest ta piosenka...
wielokrotnie do niej powracam...



poniedziałek, 7 września 2015

"Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć" (2012)

"Mieć Mikulskiego i Karewicza i odwalić taką chałę... Brak mi słów."
"Myślałem że to parodia."
"Moja inteligencja i inteligencja większości ludzi została obrażona".


Zacytowałam te właśnie wypowiedzi z internetu, bo trafnie oddają to, co myślę o tym filmie.
Szkoda mi czasu na szerszą analizę tego koszmarnego pod każdym względem gniota.
Po prostu... Hans klops.

niedziela, 6 września 2015

Niedziela z obrazem (42)

Franciszek Kostrzewski "Grzybobranie. Ilustracja do III księgi "Pana Tadeusza". (ok. 1860)

sobota, 5 września 2015

Narodowe czytanie przypomina mi trochę powojenną walkę z analfabetyzmem

Dzisiaj kolejne takie czytanie, a męczonym tekstem jest "Lalka" Bolesława Prusa.
Przyznaję, że gdy usłyszałam CO będzie czytane, to mnie mocno przystopowało.
Moja ukochana "Lalka" wydana na pastwę lepiej i gorzej czytających głośno ludzi!
Ja tego słuchać nie mam zamiaru z całkiem prostego powodu - bardzo nie lubię, jak ktoś mi głośno czyta to, co mogę sama sobie lepiej przeczytać po cichu. A jak to jest tak dobrze znany mi utwór, to już w ogóle masakra.
Nie lubię cudzego czytania, bo nie lubię narzucania mi interpretacji tekstu, bo często osoba czytająca robi to źle, bo kojarzy się z innymi rolami aktorskimi, bo nie lubię tej osoby i działa mi na nerwy itd...itd...

Podobnie mam z adaptacjami filmowymi - najczęściej nie podobają mi się. Nie lubię zmian wątków i dodawania nowych, zupełnie "od czapy".
W obu ekranizacjach najbardziej doceniam rolę Rzeckiego - najlepsze aktorsko panów Fijewskiego i Pawlika.

Nie oceniam tych akcji z narodowym czytaniem - może dają jakieś efekty, w sensie zachęcania do czytelnictwa. Mnie to nic nie daje, bo już od wielu lat jestem zachęcona. I dlatego na pewno wyłączę radio, żeby nikt mi nie psuł przyjemności obcowania z tak wielokrotnie czytaną powieścią.

Pewnie za jakiś czas sięgnę kolejny raz i przeczytam "Lalkę", delektując się szczególnie "Pamiętnikiem starego subiekta"


"Mamy tedy rok 1879.
   Gdybym był przesądny, a nade wszystko gdybym nie rozumiał, że po najgorszych czasach nadchodzą dobre, lękałbym się tego roku 1879. Bo jeżeli jego poprzednik zakończył się źle, to już on zaczął się jeszcze gorzej.
   Anglia, na przykład, w końcu zeszłego wdeptała w wojnę z Afganistanem i w grudniu było nawet z nimi źle. Austria miała dużo kłopotów w Bośni, a w Macedonii wybuchło powstanie. W październiku i listopadzie były zamachy na króla Alfonsa hiszpańskiego i króla Humberta włoskiego. Obaj wyszli cało. [...]
   Rok 1879 dopiero się zaczął, ale niechaj go kaczki zdepczą!... Anglicy, jeszcze nie wygrzebawszy się z Afganistanu, już mają wojnę w Afryce, gdzieś na Przylądku Dobrej Nadziei, z jakimiś Zulusami. Tu zaś, w Europie, ani mniej, ani więcej, tylko - wybuchła dżuma w okolicach Astrachania i lada dzień może do nas zajrzeć." *

*Bolesław Prus, "Lalka", PIW, Warszawa 1968, wydanie dwudzieste czwarte, tom.III, s.5

piątek, 4 września 2015

"Czekolada" (2000)


Dzisiaj nagle dowiedziałam się, że mamy Międzynarodowy Dzień Czekolady. To mnie trochę zdziwiło, bo to święto czekoladożerców pojawiało się 12 kwietnia. Data w kalendarzu nie jest aż tak istotna, bo każda okazja jest dobra do sięgnięcia po ulubiony smakołyk.
Rozgrzeszona nie odmawiam sobie małego (!) kawałka tego cudownego przysmaku i pisząc posta po raz kolejny (który to już?!) słucham muzyki z tego uroczego filmu. Muzyka bowiem stanowi o jego sukcesie na równi z doskonałą obsadą i pięknymi zdjęciami - to połączenie daje ciepłą, pozytywną historię z bardzo miłymi erotycznym akcentami


Film powstał na podstawie (czy też jest tylko luźna adaptacją - jak twierdzą inni) powieści Joanne Harris z 1999 roku. Nie czytałam, ale jeśli trafię to chętnie do niej zajrzę jak do tekstowego uzupełnienia muzycznego obrazu. W tym przypadku już nie potrafię inaczej odebrać książki.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Niedziela z obrazem (41)

Józef Pankiewicz "Kwiaty w szklanym flakonie" (1925)

czwartek, 27 sierpnia 2015

Juna - nieznana narzeczona

Przeczytałam dostępny na stronie Wydawnictwa Literackiego fragment nowej książki Agaty Tuszyńskiej

 źródło zdjęcia

I prawdopodobnie na tym zakończę na razie spotkanie z tą książką. Nie odpowiada mi styl autorki, jej sposób pisania  (szczególnie zniechęciłam się przy Vierze Gran)- nie należę do grona zachwycających się taką formą. Być może kiedyś sięgnę po książkę, gdy trafi się do wypożyczenia w bibliotece (ale na pewno nie kupię - wydatki na książki już nie są planowane w moim budżecie). 

Jednak ten fragment, przywołujący postać Bruno Schulza i jego życie prywatne, otworzył szufladkę w pamięci. Przypomniały mi się nagle zajęcia na studiach, gdy asystent "od współczesnej" męczył nas i "Sklepy cynamonowe".  Utwór traktowany był jak meteoryt z Kosmosu - bez przydatnego tła historycznego i realiów tamtego czasu. Chyba właśnie dlatego to była tak dziwna "analiza tekstu" i zapamiętana sytuacja sprzed dziesiątków lat. Jakże inaczej można było odebrać i zrozumieć wtedy ten tekst, znając tamten kresowy klimat. Ale... pewne słowa (Żydzi, Drohobycz, Kresy) były wtedy niewygodne dla niektórych socjalistycznych pracowników naukowych... lepiej było je pomijać. I jak tu mówić o tych  miasteczkach, "których nie ma już" ?

Teraz dopiero, po latach, uświadomiłam sobie lukę w ówczesnej naszej studenckiej wiedzy o literaturze. A dokładniej dostrzegłam brak informacji o pisarzach, poetach, autorach poznawanych utworów - informacji o ich życiu "nieliterackim". Czytanie książek odbywało się właściwie w swego rodzaju izolacji od rzeczywistości i czasu ich powstawania. Co z tego, że do literatury każdego kraju czy regionu dodane były w pakiecie opracowania całościowe, a każde nazwisko twórcy miały jakiś tam krótszy czy dłuższy suchy życiorys literacki. Właśnie - "życiorys literacki", a nie "życiorys człowieczy".
Obecnie, w czasach internetu, a przede wszystkim w czasach powstawania nowych opracowań życiorysów, biografii i wspomnień oraz publikacji pamiętników , możemy uzupełnić wizerunek twórcy.
I wcale nie chodzi mi tu o żadne plotkarsko-maglowe sensacyjki, czy o chamskie "odbrązawianie" bliższe szkalowaniu i pomówieniom. Myślę o poznawaniu twórcy jako człowieka w jakimś kontekście sytuacyjnym, a nie o samych encyklopedycznych faktach. 


Józefina Szelińska na zdjęciu zrobionym przez Bruno Szulza


Internetowy życiorys Józefiny

środa, 26 sierpnia 2015

"Siódmy pokój" (1996)


Film biograficzny, poświęcony Edycie Stein, w reżyserii Marty Meszaros.
To zupełnie inny rodzaj filmu, niż "Faustyna",chociaż dotyka podobnej tematyki...
To dziwny film, chociaż nic w nim nie powinno dziwić, gdy znamy osobę reżyserki...
To obraz dla niej charakterystyczny (chociażby biorąc pod uwagę oczywisty jak zawsze udział Jana Nowickiego)... a właściwie to film-impresja... film-teatr... sekwencja dziwnych obrazów.
Nie poznamy na jego podstawie życiorysu... nic tu nie jest powiedziane "w porządku chronologicznym".

Przyznaję, że dopiero po obejrzeniu filmu sięgnęłam do źródeł szukając bliższych informacji o niezwykłym życiu niezwykłej kobiety.  Oczywiście miałam pewną ogólną wiedzę, ale tylko ogólną.
Więcej można dowiedzieć się na przykład z tej "Biografii Edyty Stein w telegraficznym skrócie"





wtorek, 25 sierpnia 2015

"Faustyna" (1994)

Piękny, poetycki film " z klimatem" - dla widza wierzącego i niewierzącego.
 Więcej o filmie


Bardzo dobre kreacje aktorskie, ze szczególnym wyróżnieniem dwóch: Danuty Szaflarskiej i Doroty Segdy.
Po pierwszym obejrzeniu filmu byłam naprawdę pod wrażeniem - wcześniej widziałam niewiele filmów z nurtu religijnego. Chyba dlatego, że obawiałam się niskiego poziomu, nadmiernego dydaktyzmu i dewocji, prymitywnych środków wyrazu.



niedziela, 23 sierpnia 2015

Niedziela z obrazem (40)

Władysław Podkowiński "Stogi nad strumieniem" (po 1890)

sobota, 22 sierpnia 2015

Przeczytane... - "Szczęście pachnące wanilią"



Od wydawcy:

"Słodko-gorzka opowieść o spełnionych marzeniach.
Ada ma kłopoty. Złamane serce i pusty portfel. Na gdańskim osiedlu otwiera małą cukiernię, bo tylko to potrafi robić – piec ciasteczka. Cukiernia wabi i przyciąga, szczególnie inne zagubione dusze – Karolinę, singielkę nie z wyboru, Magdę, żonę faceta, który najbardziej kocha swój…samochód oraz Milenkę, która niebawem będzie mamą.
I tak za sprawą „na chwilkę wstawionego kojca” mała cukierenka stanie się miejscem spotkań kilku kobiet, które są na życiowych rozdrożach i bardzo potrzebują rozmowy, najchętniej w towarzystwie pachnących i aromatycznych babeczek.
W „Szczęściu pachnącym wanilią” spotkamy także bohaterów znanych z innych powieści autorki - Bachora martwiącego się tym, że jego Milenka cudzołoży! znaczy się śpi w cudzym łóżku i Parysa Antonia, który z niezmiennym wdziękiem arystokraty pęta się bohaterom pod nogami.
Magdalena Witkiewicz zaprasza na jedno z gdańskich osiedli gdzie uroczo, mądrze i z humorem po raz kolejny opowiada o kobietach i ich życiowych rozstajach. O sile, która w nich tkwi i o wielkiej potrzebie happy endu, o szczęściu, pachnącym wanilią…"

Piękna okładka... ale w pewnym momencie pogubiłam się które dzieci są czyje, już nie mówiąc o pomieszaniu imion.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Blogowe refleksje przy okazji upału

Afrykańskie upały to całkiem nie moja bajka... egzystencja w rozgrzanym jak piec mieście przebiega u mnie na poziomie "przetrwania w cierpieniu". Blogowo marniutko z tego powodu... pisać byłoby o czym (aż w nadmiarze), ale to zbyt duży wysiłek ... przeczekując więc ten najgorszy czas ograniczam się do czytania blogowej twórczości u innych. W ten sposób wydatnie zwiększyłam zakres odwiedzanych blogów.

W ciągu tych lat mojej pisaniny o przeczytanych dawniej i teraz książkach zebrało się ponad sto postów roboczych. Zaczęłam pisać, coś mi przerwało, odciągnęło od tematu, a później wskoczyły nowe i tak leżą odłogiem zapisane myśli związane z lekturą... obejrzanym filmem... poznanym obrazem ...

Do łask wróciły wachlarze, używane coraz częściej w miejscach publicznych zamiast beznadziejnej wymiętolonej gazety... oczywiście są to skromne i tanie egzemplarze..
i chociaż bogate i zabytkowe wachlarze można tylko oglądać - to też przyjemność w upale...

niedziela, 16 sierpnia 2015

Niedziela z obrazem (39)

Jerzy Kossak "Cud na Wisłą 15 sierpnia 1920 roku" (1930)


"Dziwny to obraz. Namalowany sprawnie, w paru partiach niepozbawiony wartości artystycznych, jest w gruncie rzeczy osobliwym batalistycznym monidłem..."- źródło cytatu: "Cud nad Wisłą trzeciego Kossaka"

sobota, 15 sierpnia 2015

Święto z obrazem (38)

Zdzisław Jasiński "W Święto Matki Boskiej Zielnej" (1926)


Zdzisław Piotr Jasiński (1863 - 1932) – polski malarz, rysownik, akwarelista - garść informacji

niedziela, 9 sierpnia 2015

Niedziela z obrazem (37)

Maria Baszkircew "Spotkanie" (1884)


O Marii Baszkircew przeczytałam na blogu "Widok z paryskiego okna" - to jedno z moich szczególnie ulubionych miejsc, do których zaglądam przy każdym nowym pojawiającym się tam wpisie.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Literackie miejsca (1) - Leśniczówka Pranie

Wszystkie szmery,
wszystkie traw kołysania,
wszystkie ptaków
i cieniów ptasich przelatywania

wszystkie trzcin,
wszystkie sitowia rozmowy,
wszystkie drżenia
liści topolowych [...]

to mi jeszcze,
przyjacielu, nie dosyć [...]
                                               "Kronika olsztyńska" 1950 

Przy pomoście do leśniczówki

Są takie moje literackie miejsca, o których wiem od wielu lat, ale do których docieram dopiero teraz.

Do leśniczówki dopłynęliśmy jachtem, więc już z daleka widziałam sylwetkę domu wysoko w górze, wśród gęstwiny drzew. To było dla mnie zaskoczenie, bo nie szukałam wcześniej bardziej szczegółowych informacji o samym położeniu leśniczówki. Znam twórczość Gałczyńskiego, ale do książek o nim samym jeszcze nie sięgnęłam (najwyższy czas to naprawić!). Zawsze miałam wyobrażenie, że to miejsce gdzieś w środku lasu, a nie nad samym brzegiem jeziora - z tak wspaniałą panoramą.

Widok na jezioro przy schodach z góry

Ta krótka wizyta w muzeum - zbyt krótka na dokładne zapoznanie się ze wszystkimi zebranymi tam pamiątkami, to dla mnie piękne przeżycie. Od tak dawna obcuję z poezją Gałczyńskiego, a teraz mogłam być choć chwilę w tamtych klimatach. To prawda, trochę "podrasowanych" na potrzeby muzealne, ale i tak mimo wszystko w otoczeniu wspaniałej przyrody, która na szczęście jeszcze zachowała swoje piękno.
W samym muzeum nie wolno robić zdjęć, ale nie odczuwałam takiej potrzeby - wolałam w spokoju je obejrzeć. Co prawda z tym spokojnym oglądaniem nie do końca się udało, a to za sprawą pewnej mało myślącej paniusi, która głośno odczytywała swoim towarzyszkom opisy wyposażenia poszczególnych pokoi (opisy dostępne dla zwiedzających na specjalnych kartach). Nie zakłóciła jej umysłu myśl, że może inni zwiedzający nie chcą słuchać tego jej dukania... a może wypadałoby wcześniej zapytać?
Miałam na tyle dobry nastrój, że nie chciało mi się z nią spierać o zasady, ale też przez to nie za bardzo mogłam się skupić na oglądaniu i czytaniu.

 

 






     


Stare zdjęcie leśniczówki


Przyznaję ze wstydem, że dopiero po powrocie do domu poczytałam trochę o pobycie Gałczyńskiego w Praniu i o samym muzeum (wcześniej nie wiedziałam, że tam będziemy).
Ale cała nasza wyprawa była jedną wielka improwizacją... i tak jest najpiękniej...

środa, 5 sierpnia 2015

Przeczytane... - "Panny roztropne"



Od wydawcy:
"Milaczek nadal nieustająco szuka miłości i… są na nią widoki! Jej wybranek ma długie włosy, zna się na komputerach i lubi Milenkę. Zofia Kruk realizuje swoje fantazje, a hartu ducha, energii, a także figury pozazdrościłaby jej niejedna dwudziestka! Do mieszkania nieopodal wprowadza się pewna gimnastyczka – czy to możliwe, że prowadzi tam dom publiczny? Co na to Parys Antonio?
Wścibscy sąsiedzi, niewierny narzeczony, miłość, panny i konwenans – Magdalena Witkiewicz kolejny raz tworzy koktajl prawdziwych emocji doprawiony pikantną dawką humoru i mnóstwem celnych obserwacji. Drugie spotkanie z ukochanymi bohaterami dostarczy wam tyle samo uśmiechów co refleksji"

wtorek, 4 sierpnia 2015

Rozczarowania arcydziełami

Co jakiś czas przeżywam (i podejrzewam, że nie tylko ja) rozczarowanie właśnie poznaną sławną książką lub filmem.
Teraz coraz rzadziej mnie to spotyka, ale przed laty zdarzało się nawet często
Był to pewien mechanizm wynikający z naszej polityczno-ekonomicznej sytuacji (państwowej). Filmy zagraniczne, z tzw. "Zachodu" trafiały do nas dopiero po pewnym (dłuższym lub krótszym czasie) od premiery. Powód prozaicznie prosty - im dalej od premiery światowej tym mniej trzeba było zapłacić w dewizach.
Często jednak, zanim film trafił na ekrany polskich kin, jego muzyka lub główna piosenka była w Polsce bardzo dobrze znana. To zasługa Polskiego Radia, w którego audycjach pojawiały się sławne ścieżki dźwiękowe i piosenki filmowe. Największym popularyzatorem była chyba audycja "Koncert życzeń", chociaż i w innych programach można było sporo tej muzyki usłyszeć.
Zauważyłam u siebie już pewien odruch skojarzeniowy, który przetrwał lata i teraz jak to mówią "bez pudła" kojarzę pierwsze takty muzyki filmowej z konkretnym tytułem. I tylko większości tych filmów wtedy nie widziałam - pojawiły się dopiero po latach w kinach, a jeszcze później w telewizji. No i wtedy dopiero w wielu przypadkach to wielkie rozczarowanie. Piękna znana melodia, a film nudny jak flaki z olejem - oczywiście mówię o własnym osobistym odbiorze, może innym widzom się podobał.
Najbardziej chyba zawiodłam się na filmie "Hair" - być może dlatego, że nie lubię musicali, a młodzieżowa kultura amerykańska i hippisowska jest mi obca.

To wszystko przypomniał mi cykl kanału "Ale kino+", pod hasłem "Filmy, które zmieniły Amerykę".
Niedawno jednym z tych przypomnianych filmów był "West Side Story" (1961) .


Ileż to razy słyszałam piosenki z tego filmu, na czele z najczęściej chyba nadawaną "Marią".


Kiedy wreszcie mogłam obejrzeć film w kinie, mimo znanej ścieżki dźwiękowej, samo dzieło - tak nagradzane - po latach okazało się wypłowiałe. Jakoś nie przemawiał do mnie uwspółcześniony wątek Romea i Julii na tle wojny gangów w obcej mi kulturowo scenerii.


Ktoś powie, że wspaniała choreografia broni się sama, ale ja aż taką miłośniczką scen tanecznych nie jestem.

niedziela, 2 sierpnia 2015

sobota, 1 sierpnia 2015

Dziewczynki... dziewczyny... kobiety...

Dzisiaj... w tym szczególnym dniu (bez wielkich słów, bo uważam je za zbędne), czytam dostępne w internecie kobiece wspomnienia z Powstania Warszawskiego. Od dawna bardziej odczuwam tragizm losów kobiet w powstańczych realiach niż heroizm w bezpośredniej walce.

Walka była Spełnieniem - codzienność okazała się straszną Wielką Niewiadomą...

fot. Eugeniusz Lokajski -  Patrol sanitarny Wojskowej Służby Kobiet na ul. Moniuszki 9

poniedziałek, 27 lipca 2015

Z debiutami różnie bywa - ten całkiem niezły (w swojej kategorii oczywiście)



Trochę z rozpędu, a bardziej z letniego zmęczenia upałem i pożądania lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej, sięgnęłam ponownie do powieści Magdaleny Witkiewicz. Tym razem podeszłam do sprawy bardziej planowo - zapoznałam się z listą powieści chcąc przeczytać debiut autorki.

"Milaczek" to właśnie ten debiut, który czytało mi się niespodziewanie dobrze. Mogę powiedzieć, że lepiej niż "Moralność Pani Piontek" (o której pisałam w poprzednim poście). Może dlatego, że nie ma tu narracji młodej głównej bohaterki, z którą jako żywo nie udałoby mi się utożsamić. Wolę taką narrację zewnętrzną - szczególnie, gdy główna bohaterka nie jest dominującą postacią. Mamy tu bowiem prawie na równi dwie inne bohaterki - Bachora (uroczą siedmiolatkę Zuzę) i ciotkę Zosię (wyzwoloną seksualnie panią po sześćdziesiątce).
Zakompleksiona Milena dość szybko skojarzyła mi się z Bridget Jones, co w moim odbiorze jest minusem, bo nie lubię tamtej książki. Jak zawsze przed lekturą nie szukałam innych opinii - nie chcę się z góry nastawiać. I dobrze, że nie szukałam, bo zachęty przez porównanie do Bridget raczej by mnie od lektury odstraszyły.
Książka dla mnie do przeczytania na raz - jak zawsze powody te same - zbyt prosty język i narracja, przewidywalność zakończenia. Treść prawdopodobnie wyleci z głowy w krótkim czasie. A może coś zostanie na dłużej skoro doczytałam się, że są jeszcze dwa "dalsze ciągi" tej historii, które jednak przeczytam... oczywiście z babskiej ciekawości.
A okładka cukierkowa jak opera mydlana ... i znowu z butami.

środa, 15 lipca 2015

Czas letnich czytadeł

I po raz kolejny dałam się skusić zachęcającej opinii blogowej i sięgnęłam do naszej współczesnej "literatury kobiecej". Chyba nie powinnam się w przyszłości zarzekać się, że  "już nigdy więcej". Być może to upały tak na mnie wpływają, tzn. na obniżenie moich czytelniczych lotów. Powinnam chyba dla własnego spokoju zmienić po prostu nastawienie do tych książek. Sięgam po czytadło i wiem, czego się spodziewać. Nie stawiając zbyt wysoko poprzeczki będę sobie spokojnie czytać bez wygórowanych wymagań.


Przeczytałam powieść nieznanej mi dotąd autorki, spędziłam czas na lekkiej lekturze i... obawiam się, że znowu niewiele treści pozostanie w pamięci. Czytało się lekko, a czy przyjemnie? Ciągle nie mogę do końca zaakceptować tego nowoczesnego stylu, uproszczonego języka, płaskiej narracji - mam na myśli tu ogół powieściowy tego typu, a nie "Moralność Pani Piontek". Co prawda kilka razy zaśmiałam się (ale bez przesady). Bardziej jednak od ochoty do śmiechu czułam pewne wkurzenie faktem, że po raz kolejny kobieta-matka dorosłego dziecka jest bohaterką mało sympatyczną. Czy w pewnym wieku już mamy kojarzyć się tylko z wredną zołzą? upiorną mamuśką, teściową z dowcipów?
Ktoś powie, że to przecież spojrzenie z przymrużeniem oka, że to zabawna historyjka w lekkim gatunku. Być może, ale ja nie lubię takiej kreacji wizerunku mojego pokolenia.
Chyba zabrzmiało to mocno patetycznie, ciężko i ponuro, co w odniesieniu do tej powieści może również kogoś rozśmieszyć.

Treści opowiadać nie będę, bo pojawiło się trochę wpisów na blogach, które ładnie "opowiadają". Od pewnego momentu akcja i końcowe rozwiązanie jest już przewidywalne.
A sam tytuł i odniesienie do klasyki jest według mnie trochę na wyrost - spokojnie mógłby być każdy inny.

niedziela, 12 lipca 2015

Niedziela z obrazem (35)

Jules Breton 

Tym razem nie wstawiłam tytułu obrazu, bo go nie rozumiem. Nie znam języka francuskiego, a tłumaczenia guglowe są najczęściej bezsensowne. Tytuł "Praczki", który znalazłam w sieci nie jest raczej właściwym tłumaczeniem.

Niech obraz mówi sam za siebie i "to, co poeta miał na myśli" nie jest nam potrzebne.
Pamiętam takie pranie (kilkadziesiąt lat temu) w małej wiosce na Podlasiu, z użyciem identycznego narzędzia - tam nazywanego "kijanką"