środa, 31 grudnia 2014

Jak zwykle czas podsumowań, ale mnie się nie chce

Końcówka roku prowokuje do podsumowań, podliczeń, czasami postanowień.
Na wielu blogach pojawiły się już takie posty... często z założeniem "nie będzie podsumowania", ale ono i tak jest  w pewnym stopniu.

Ja nie robię wyliczeń i statystyk tego co napisałam na blogu - z matematyką, nawet najprostszą nie jest mi po drodze. Natomiast zaczęłam szukać w komputerowych notatkach zapisów o książkach przeczytanych, które czekają na swoje blogowe miejsce. Okazało się, że razem z kolejką z lat poprzednich to już wypełnienie dobrych kilku miesięcy 2015 roku. A razem z książkami dawno przeczytanymi, o których chcę wspomnieć, zbierze się materiał na pewno większy niż tylko na jeden rok. Tak więc mam co robić... pytanie tylko kiedy???

W trakcie tego komputerowego przeglądu okazało się, że przeczytałam sporo z dorobku Marii Rodziewiczówny (już niewiele pozostało).
I tymi wpisami dalej chyba pociągnę już sama mój projekt "Alfabet Rodziewiczówny". A może jednak nie sama... - projekt trwa i jest bezterminowy.
Również projekt "Rok 1914 - czas Wielkiej Wojny" pozostaje aktualny. Ja sama zaniedbałam pisanie ze względów zdrowotnych, ale może choć trochę uda mi się zrealizować swoje plany, więc przedłużam czas trwania.
Natomiast projekt "Polski listopad" nie rozwinął się, więc na razie zamknęłam dostęp do bloga na czas przemyślenia co z nim zrobić.

To tyle z mojego podwórka, a co z innymi zabawami i wyzwaniami?
Jakoś się na przestrzeni roku rozmydliły - trochę się udzielałam, w jednym przypadku autorka sama zawiesiła wyzwanie (chyba już na stałe), ale też zrezygnowałam z niektórych widząc całkowity desinteressement samych organizatorek. Coraz bardziej chyba kształtuje się blogowy indywidualizm. W porównaniu z końcem ubiegłego roku widać wyraźnie zmniejszenie się ilości nowych propozycji wyzwań, akcji, projektów (czy jak jeszcze inaczej nazwiemy te zabawy).

Miałam jeszcze troche napisac, tak ogólnie i bardziej refleksyjnie, ale jakoś z wiekiem coraz gorzej to na mnie wpływa.
Lepiej zakończę życzeniami dla wszystkich

Szczęśliwego Nowego Roku!

wtorek, 30 grudnia 2014

Kalendarium - Rober Hossein



Urodzony 30 grudnia 1927 roku w Paryżu aktor, którego znam przede wszystkim z roli Jeoffrey’a de Peyrac’a  w serii filmów o markizie Angelice.
Jaką ta seria miała w swoim czasie popularność!
Oglądałyśmy (bo to jednak była żeńska widownia) wszystkie filmy tyle razy, ile pokazywała je nasza telewizja. Ale zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, czy widziałam którąś część w kinie, na dużym ekranie. Teraz dobrze widać kiczowatość tej produkcji - szczególnie fatalną charakteryzację z plastikową szramą i krzykliwy momentami makijaż markizy, ale wtedy - w czasach szarości PRL-u chciało się oglądać taką kolorową bajkę o miłości



niedziela, 28 grudnia 2014

Niedziela z obrazem (14)

Jacek Malczewski "Wigilia na Syberii" (1892)


czwartek, 25 grudnia 2014

"Holiday" (2006)



Trafiłam na ten film przypadkiem, przerzucając kanały w poszukiwaniu czegokolwiek nadającego się do oglądania w ramach koniecznego odpoczynku po przedświątecznym zmęczeniu. Czegoś co nie będzie kolejną beznadziejną powtórką - czasami nie ma się ochoty oglądać nawet najlepszego filmu kolejny raz.

Biorąc pod uwagę świąteczny czas nie trzeba długo domyślać się konwencji filmu i dzięki temu obejrzałam spokojnie ładną bajeczkę nie wymagając żadnych nadzwyczajności.

Bez zachwytów, ale też bez minusów.
Może mały minusik dla obecności Cameron Diaz - to najsłabszy element całości.
Najbardziej odpowiednie określenie dla filmu - "kulturalny", czyli pozbawiony wulgaryzmów słownych i głupawych scen z niepotrzebnymi wstawkami łóżkowymi. 

niedziela, 21 grudnia 2014

Niedziela z obrazem (13)

Na ten obraz zwrócił moją uwagę wpis na blogu "Wymarzony czas".
Nie widziałam go wcześniej, chociaż sam autor jest mi znany. Nie dotarłam (jeszcze) do informacji o dacie powstania obrazu, trafiłam jedynie na określenie "koniec XIX wieku".

Piotr Stachiewicz "Sprzedawca szopek"



piątek, 19 grudnia 2014

Zapis minionego czasu - "ABC porządków domowych"

Czas przedświąteczny, który teraz mamy to na pewno w wielu domach czas szczególnych porządków.
Ja od zawsze mam z tym problem, nigdy nie opanowałam systematyczności w tym zakresie, więc życie (i kalendarz) zmusza mnie do przedświątecznych stresujących zrywów. Wtedy rzucam się do wielogodzinnej walki z bałaganem, co mnie wykańcza fizycznie i psychicznie. Jestem tą przysłowiową panią domu padającą na twarz ze zmęczenia, pozbawioną późniejszej radości z rodzinnych spotkań.
Pomijając osobisty upadek sił fizycznych w ostatnich latach, zawsze tworzę ten sam rodzaj bałaganu - tony "potrzebnych" papierów wszelkiego rodzaju oraz książki... książki,... książki. Te ostatnie szczególnie panoszą się wszędzie (pomijając łazienkę od czasu, gdy wykąpałam kilka czytadeł). No i nie czytamy w przedpokoju, ale chyba tylko dlatego, że  jest mały i nie stoi tam wygodne siedzisko sprzyjające lekturze.

Wśród książek nie znajdzie się zbyt wiele poradników, chociaż w dawniejszych czasach nabyłam kilka takich wydawnictw. To jednak niewiele, bo wtedy nie zalewały rynku wydawniczego w nadmiarze. Podobnie jak w przypadku posuchy na polu kulinarnym, radziłam sobie metodą typu pan Słodowy - czyli "zrób to sama". Zbierałam i wklejałam do zeszytów wycinki z gazet - a właściwie głównie z dwóch: "Przyjaciółka" i "Kobieta i życie". Ten drugi tytuł nie był wcale łatwy do zdobycia, pewnym źródłem było założenie w kiosku teczki. Do tej teczki panie kioskarki wkładały zapisane na okładce tytuły.

W pewnym momencie pojawiła się w księgarni ta książeczka, którą bez namysłu kupiłam.


Autorka była mi już znana z telewizji, ale nie pamiętam w której konkretnie audycji pojawiała się ze swoimi radami.
Wtedy znajomość twarzy autora książki nie była tak powszechna jak dziś. A w tym przypadku mogę spokojnie powiedzieć, że w jakiś sposób była prekursorką dzisiejszej Perfekcyjnej... Skąd takie porównanie? Bo i wtedy czytając rady zawarte w książce, jak i dziś widząc wymuskaną elegantkę w teście białej rękawiczki doznaję jednakowego stresu pod hasłem "Ja nigdy tak nie będę umiała!".

"ABC porządków..." to dzisiaj książeczka w pewnym stopniu przestarzała, ale nie do końca. Chyba bez zmian pozostaje zapotrzebowanie na praktyczne rady retro, czyli z wykorzystaniem starych sposobów naturalnymi środkami. Rzadziej chyba potrzebujemy wskazówek jak wywabić plamy z nafty lub brylantyny, czy jak konserwować odzież ze skóry glansowanej. Ale znajdziemy w tym poradniku wiele wskazówek, które wcale nie straciły na aktualności. A czy są skuteczne? Nie mogę ręczyć za wszystkie, bo nie wszystkie wykorzystałam.
Jednak można tak założyć - szczególnie, że autorka najczęściej poleca (obok dostępnych środków chemicznych) metody z wykorzystaniem naturalnym środków takich jak cukier, woda pozostała po ugotowaniu ryżu, makaronu lub ziemniaków.
Obecnie, gdy coraz bardziej rozszerza się domowa kosmetologia i ekologiczny trend prania bez chemii,  takie wskazówki są chyba jak najbardziej aktualne:

"STARE KORONKI z cienkiej bawełnianej nici, delikatne i wartościowe, ale bardzo brudne, powinno się zanurzyć na kilka godzin w oleju wazelinowym. Następnie gotować na małym ogniu, w wodzie z dodatkiem mydła toaletowego. Płukać kilkakrotnie w ciepłej wodzie, a na zakończenie w wodzie z gotowania ryżu." (str. 84)
Zofia Dzięgielewska "ABC porządków domowych", Wydawnictwo WATRA, Wydanie III, Warszawa 1985

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Zapis minionego czasu - "Matysiakowie"

Dzisiejszy poranny krótki konkurs w radiowej Jedynce przywołał datę początków powieści radiowej - 15 grudnia 1956, która towarzyszy mi od najwcześniejszego dzieciństwa. Słuchałam kolejnych odcinków mimo woli, bo radio towarzyszyło nam praktycznie przez cały czas, gdy byliśmy w domu. To przez tę audycję poznałam charakterystyczne głosy znanych wtedy aktorów, później dopiero widziałam ich twarze w filmie i w spektaklach Teatru Telewizji. Była to naprawdę spora grupa i zaskoczeniem może być dzisiaj udział w tym programie naszych największych aktorskich osobowości. Prawdziwe życie miało wpływ nie tylko na powstający scenariusz, ale także na obsadę głównych. Zmieniała się z różnych powodów - przewidywalnych (choroba lub śmierć aktora) i nie przewidzianych - emigracja aktorki do Radia Wolna Europa, stan wojenny i aktorski bojkot radia i telewizji. A właśnie wczoraj TVP HISTORIA emitowała film dokumentalny "Bojkot", reż. Barbary Rogalskiej i Niny Makowieckiej z 2008 roku  (widziałam go już wcześniej ).
W swoim czasie "Matysiakowie" mieli naprawdę ogromną rzeszę wiernych słuchaczy, co nie dziwi, gdy weźmie się pod uwagę brak konkurencji. Radio było jedyne - telewizja dopiero raczkowała, a o wynalazkach internetu wtedy nikomu się nie śniło. 


Audycja przetrwała do dziś, co może trochę dziwić, biorąc pod uwagę jak bardzo jest już przestarzała. O ile dobrze pamiętam to z pierwotnej obsady pozostała jedynie odtwarzająca rolę Jadwigi -Wisi Matysiakowej Ludmiła  Łączyńska - na zdjęciu stoi z lewej strony między Janem Ciecierskim i sławnym prezesem Sokorskim.. A druga postać to Iwonka, zatrudniona w latach 60-tych jako pomoc do dziecka u Wisi i Stacha, którą gra nieprzerwanie Stanisława Celińska.
Od czasu do czasu, gdy jestem akurat w kuchni włączam radio i słucham co tam u Matysiaków nowego. Ale i z tym jest problem, bo godziny emisji odcinków w ostatnich latach ciągle się zmieniają.
O "Matysiakach" i historii tej audycji można poczytać na stronie polskiego radia , a także posłuchać sobie archiwalnych odcinków.
Kiedy w latach 70-tych pojawiły się cztery tomy książkowej wersji słuchowiska udało mi się je wypożyczyć w bibliotece rejonowej. 


Mogłam je nawet kupić, bo były dostępne w księgarniach, ale jakoś nie pragnęłam szczególnie posiadać na własność takiego dość prymitywnego tekstu w formie scenariusza. Gdyby był jakoś literacko "obrobiony", przetworzony na powieść, dałby się łatwiej czytać. A tak na surowo to jednak mało strawny w większej dawce. Pozostaje jako dokumentalna ciekawostka literacka.