sobota, 4 października 2014

O tym jak nie byłam na spotkaniu autorskim, czyli z życia czytelnika

Żyję dość długo, książki czytam od niepamiętnych czasów -  wiadomo, że nie od urodzenia, ale prawie...
i nigdy nie byłam na żadnym spotkaniu z tworzącym współcześnie pisarzem. We wspomnieniach pisarzy co i rusz pojawiają się malownicze opowieści o spotkaniach z czytelnikami w dawnych siermiężnych czasach minionego wieku, tylko ja jakoś zupełnie nie pamiętam tych możliwości. Nie wiem, czy i w jakim stopniu były to spotkania dla zwykłych ludzi "z ulicy", czy były to jedynie spędy organizowane w przyzakładowych domach kultury lub ubożuchnych bibliotekach "na prowincji". Faktem jest, że sama nie szukałam wtedy (czyli w PRL-u) takich informacji - nawet nie pomyślałam o takiej możliwości. Chyba utrwaliłam w sobie przekonanie, że takie spotkania to tylko dla wybranych i do tego w stolicy...

Toteż gdy wiosną, nagle na drzwiach biblioteki, w której wypożyczam książki zobaczyłam kartkę z zaproszeniem na spotkanie z pisarką i to pochodzącą z mojego miasta, nabrałam wielkiej chęci osobistego uczestnictwa.
A ponieważ moja znajomość współczesnej literatury polskiej, nazywanej idiotycznie "kobiecą" (co ją automatycznie spycha do gorszego gatunku) jest prawie zerowa, chciałam przed spotkaniem przeczytać chociaż jedną książkę autorki. Dodam, że wcześniej nie słyszałam o jej istnieniu. Niestety, żadnej książki do wypożyczenia nie było.
To mi przypomina bohaterkę jednej z powieści Krystyny Nepomuckiej - właśnie pisarkę, która na spotkaniach autorskich opowiadała o swoich książkach, których nigdzie nie można było kupić... nie mówiąc już o przeczytaniu.

A później okazało się, że w tym samym terminie jest inne wydarzenie kulturalne, do którego nie musiałam się przygotowywać, więc je wybrałam.
I tym sposobem nadal nie wiem (chociaż sobie wyobrażam) jak wygląda spotkanie z żywym pisarzem... bo spotkanie w rodzaju seansu spirytystycznego z duchami opisywane było nie jeden raz. W erze blogów możemy sobie teraz przynajmniej przeczytać relacje ze spotkań autorskich i obejrzeć zdjęcia, więc dobre chociaż tyle.
Co gorsza, zapomniałam już imię i nazwisko tej dość młodej osoby (sprawdziłam wtedy w internecie)... ale to naprawdę nie jest przejaw lekceważenia z mojej strony... gdybym wtedy dostała chociaż jedną książkę do przeczytania, prawdopodobnie pozostałby w mojej pamięci tytuł, może treść i w ten sposób znajomość literacka przetrwałaby próbę czasu...


zdjęcie znalezione w internecie

PS
Blogger vel blogspot zbiesił się już w sposób nieprzyzwoity - robi jakieś samowolne sztuki z odstępami, których nijak nie mogę dzisiaj opanować. Machnęłam w końcu na to ręką - trudno, nie osiągnę doskonałości technicznej na ekranie.

4 komentarze:

  1. Zaliczam się do tych, którzy uwielbiają spotkania autorskie. Bywam, kiedy tylko mogę. Nawet jeśli w roli głównej jest ktoś, kogo nie znam (to może poznam) albo nie cenię (może zacznę). Dlaczego? Bo ponad 90% informacji o człowieku zdobywamy dzięki przekazowi pozawerbalnemu. Dopuszczam do głosu wtedy "trzecie oko". Poza tym proza dnia codziennego i zabieganie wyjaławiają mózg, zmęczenie nie pozwala czytać choćby paru stron przed zaśnięciem, więc obcuję z mądrym - z założenia - człowiekiem. Nie muszę się zgadzać z autorem i jego poglądami, ale i tak każde spotkanie jest odżywczym powiewem w moim dusznym środowisku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się wydawało do tej pory, że idąc na takie spotkanie powinnam znać chociaż jedną książkę tego autora. Wiedzieć cokolwiek o jego stylu, o sposobie pisania itd., bo chyba pisarz mówi przede wszystkim o tym właśnie.
      A nie wiedząc zupełnie nic czułabym się jak na tureckim kazaniu.
      Ale może miałam złe założenia, więc zaczęłam szukać informacji na ten temat i w końcu zaliczę chociaż jedno spotkanie autorskie.

      Usuń
  2. Ja też nigdy nie byłam na takim spotkaniu, ale mam nadzieję, że moja biblioteka zaprosi kogoś ciekawego i wtedy pójdę.
    Tez wówczas chciała bym cokolwiek przeczytać a może i mieć książkę, by dostać autograf.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym autografem to u mnie byłoby gorzej - trzeba książkę kupić, a nie tylko ograniczyć się do wypożyczenia.

      Usuń