środa, 17 września 2014

Wrześniowe dni w Hruszowej

Wojenny początek tragicznego końca we wspomnieniach Jadwigi Skirmunttówny,  przyjaciółki i wieloletniej towarzyszki życia Marii Rodziewiczówny.
Już niedługo przepadło wszystko, co było polskością w Hruszowej. Wtedy udało się jeszcze uratować kilka lat życia pisarki.Dorobek materialny zniszczony...

" [...] Pierwszego września nad ranem zbudził mnie warkot samolotu przelatującego nad domem; nie zwróciłam na to uwagi, ale kwadrans potem posłyszałam odgłos wybuchu i pomyślałam spokojnie: to jakieś ćwiczenia. Tymczasem był to już samolot niemiecki, który rzucił na Kobryń pierwsze bomby, a jednocześnie były bombardowane inne nasze miasta , jak Brześć, Grodno itd. Parę godzin potem, po śniadaniu, przyleciał ktoś z gminy z wiadomością, że wojna wypowiedziana i samoloty niemieckie rzucają bomby.
   Wrażenie było wielkie. Czułyśmy, że szła na świat z Zachodu ogarniająca cały nasz horyzont chmura pełna błysków i gromów, nie wiedzieliśmy tylko, że ogarnie horyzont całej kuli ziemskiej i wstrząśnie posadami świata. 
   Wieści przez te pierwsze dni przychodziły sprzeczne: jedne mówiły o powodzeniach, inne o klęskach [...]   

   Któregoś dnia, zdaje mi się, że siódmego, zajechał wielki ciężarowy samochód wiozący kilka rodzin urzędników ministerstwa przemysłu i handlu ewakuowanych z Warszawy. Przyjęliśmy wszystkich, pokoje na górze były gotowe, a poza tym oddaliśmy im w ogrodzie "chatę leśnych ludzi". [...]

Siedemnastego września przyszli do nas dwaj panowie Pruszyńscy, Konstanty i Kazimierz; szli od oblężonej Warszawy w stronę Baranowicz, gdzie siostra ich miała majątek, ale wobec niepewności położenia i pogłosek o bolszewikach, które i oni słyszeli, prosili o przyjęcie ich tymczasem do Hruszowej. Urządziłyśmy dla nich spanie w przedpokoju.
   Z panem Konstantym, który służył nam we wszystkim pomocą, zawiązał się od razu serdeczny i miły stosunek.
Jednocześnie prawie przyszli państwo Jacuńscy z Brześcia.
   W pogłoski o bolszewikach nie chciałyśmy jeszcze wierzyć, tym bardziej że z zachodu nadciągali Niemcy i dziewiętnastego byli już w Kobryniu. Uderzała nas tylko jedna rzecz: zachowanie się miejscowej ludności, która do roboty przestała przychodzić; parę kobiet pracujących przy gospodarstwie rzuciło służbę, a u tych, którzy jeszcze zostali, jak pomocnik nasz w ogrodzie, Mikołaj, zmienił się po prostu wyraz twarzy, jakby z nich opadła maska! Polska służba stała przy nas wiernie, a pomocnik pana Kisiela rządcy, Bronek Wierzbicki, z całym spokojem i odwagą do końca w najtrudniejszych chwilach służył nam z pomocą. Co dzień wieczorem zbieraliśmy się wszyscy razem na wspólny pacierz; prosiliśmy o pomoc dla naszych wojsk, o wieczny spokój dla tych, którzy już krew za ojczyznę dali, o ratunek dla Kraju. [...]

   Dziewiętnastego września mieliśmy wiadomość, że Kobryń się pali i Niemcy dojdą prawdopodobnie w nocy do Hruszowej; nie kładłyśmy się więc spać, jeszcze raz z Rodziewiczówną przechodząc razem, tak jak w 1915, męczące oczekiwanie przyjścia obcych wojsk, ale o ileż teraz było nam ciężej!... Ale Niemcy stali w Kobryniu i dalej nie poszli, a wieści o nadciąganiu wojsk bolszewickich nabierały coraz większej mocy. [...]

Jadwiga Skirmunttówna, "Pani na Hruszowej", wydawnictwo MG, 2012,  s.157-160 

6 komentarzy:

  1. To zaskoczenie, że Rusini nie identyfikowali się z Polską i swoimi chlebodawcami jest też widoczne w "Pożodze" Kossak-Szczuckiej. Ma się wrażenie, że obie panie jakby żyły tylko we własnym świecie nie dostrzegając, że poza polskim środowiskiem niekoniecznie wszyscy podzielają ich wartości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że to nie były jednostkowe przypadki. Takie życie we własnym kręgu myśli i poglądów, mimo stałych kontaktów z "ludem" i zaangażowania w pracy społecznej na rzecz tego ludu.

      Usuń
  2. Ciekawe wspomnienia. Pierwszy raz chyba o nich czytam.
    Trudno sobie wyobrazić strach przed tym co nadchodzi.
    Obyśmy nie musieli się bać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta książka jest wpisana na stronie "Alfabetu Rodziewiczówny" i czeka (jak wiele innych) w kolejce do małej chociażby wzmianki na blogu.

      O tym strachu, który mógłby nas czekać wolę nawet nie myśleć i nie wywoływać myślenia, że "historia lubi się powtarzać".

      Usuń
  3. Byłabym zaskoczona, gdybym nie trafiła na recenzję tej pozycji na Twoim blogu. Z tego co wiem jesteś jedną z fanek Rodziewiczówny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To rzeczywiście łatwo zauważyć :). Szczegóły w projekcie "Alfabet Rodziewiczówny".
      Trochę wolno się rozwija ten projekt, ale tylko z powodu braku czasu.

      Usuń