wtorek, 9 września 2014

Nie "dziadunio", ale okrutny dziad

W tytule posta użyłam słowo "dziad" - nie w znaczeniu "dziadowski", ale jako archaiczną formę "dziadka".
"Dziad" to przecież powszechne określenie dostojnego starca, głowy rodu, protoplasty, funkcjonujące jeszcze w polszczyźnie przedwojennej XX wieku
Natomiast forma "dziadunio" - rodzaj spieszczenia, to i dziś spotykane określenie mające pozytywny wydźwięk.
I tu dochodzę do sedna sprawy. Po przeczytaniu (dopiero w tym roku), tego tak znanego debiutanckiego utworu Marii Rodziewiczówny, mam pretensję do autorki o zmylenie potencjalnego czytelnika. Tak to właśnie odebrałam. Kierując się tytułem miałam wizję opowiastki z tytułowym bohaterem jako sympatycznym, może lekko zdziwaczałym (choć niegroźnym) staruszkiem, w odniesieniu do którego słowo "straszny" jest określeniem z lekkim przymrużeniem oka. Tymczasem ów "dziadunio" to zbyt surowy dziadek, który bawi się w psychologiczno-pedagogiczne eksperymenty na żywym organizmie. Czyli wypróbowuje na swoich wnukach własne koncepcje "wykierowania młodego człowieka na ludzi". Jeden wnuk ma nieograniczony dostęp do bogactwa i życie bez kontroli, drugi musi sam pokonywać trudną drogę życiową w biedzie i znoju. A dziadek obserwuje rozwój swoich teorii w praktyce.

Powieść jest dobrze zaplanowana, akcja ciekawa, czyta się dobrze. Jednak chyba nie będę miała ochoty wrócić do niej właśnie ze względu na zbyt okrutne i bezwzględne potraktowanie Hieronima przez dziadka. Gdy przeniesiemy literacką fikcję do realnego życia (oczywiście osadzając w rzeczywistości tamtych czasów) i zastanowimy się nad skutkami zastosowanych metod wychowawczych, czy wyznaczony cel nie miał zbyt wysokiej ceny? Co z tego, że młody człowiek został ukształtowany na wzór oczekiwany przez dziadka, skoro musiał po drodze doznać wielu traumatycznych (mówiąc dzisiejszym językiem) przeżyć, które psychicznie niszczyły jego najpiękniejsze młode lata. Przesada nigdy nie jest wskazana, nawet w minionych wiekach, gdy nikt nie myślał o prawach dziecka i nie zaprzątał sobie głowy jakimiś tam duchowymi skutkami nazbyt surowej dyscypliny w edukacji młodych ludzi.

Egzemplarz na który trafiłam w bibliotece to wydanie z 1972 roku, z pięknymi jak zawsze ilustracjami Antoniego Uniechowskiego.




I jeszcze charakterystyczne dla czasów PRL-u lekceważące wybrzydzanie nad Rodziewiczówną, bez  tego pewnie nie mogłaby się książka ukazać. Zresztą jak widać niektóre powieści Rodziewiczówny pojawiały się po wojnie, choć teraz mocno podkreśla się umieszczenie pisarki na czarnej liście cenzury i zakaz wydawania.




14 komentarzy:

  1. To była moja pierwsza książka Marii Rodziewiczówny, oblana morzem łez nastoletniej duszy... Do dziś wracam do niej z sentymentem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie to lektura już w mocno dojrzałym wieku, co nie przeszkadza w emocjonalnym odbiorze.

      Usuń
  2. To jedna z moich ulubionych książek Rodziewiczówny.
    Oczywiście ją mam, ale dawnoooooo czytałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, że kiedyś o tym wspomniałaś :)

      Usuń
    2. Pamiętam, że uwielbiałam dwu bohaterów Marii Rodziewiczówny. Jednym był właśnie Hieronim / wielka szkoda, że dzisiaj tego imienia się nie daje chłopcom / a drugim oczywiście Marek Czertwan z "Dewajtisa".

      Usuń
    3. Ja też najbardziej lubię Marka Czertwana, chociaż może wkurzać nadmierną ambicją i unoszeniem się honorem.
      Hieronim poznałam dopiero teraz. Z imieniem masz rację, teraz mi przypomniałaś, że w podstawówce miałam kolegę Hirka.

      Usuń
  3. Najstarsi przedstawiciele młodego pokolenia w mojej rodzinie niedawno minęli próg pełnoletności i już widać jak to z nimi będzie. I ja tam nie wiem, czy rodzice niektórych nie woleliby teraz zafundowac im paru traum (piszę nie znając książki, nie wiem, co dziadunio w zasadzie wyczyniał, ale prawdziwa krzywda stała się pewnie temu rozpieszczanemu?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie należę do zwolenników bezstresowego wychowania, ani całkowitego "róbta co chceta". Jednak w powieści dziadek mocno przesadził, nawet to do niego dotarło w pewnym momencie. Szkoda mi takiego chłopaka, który niezasłużenie dostał aż tak twardą szkołę życia.
      Prawidłowo podejrzewasz - ten puszczony luzem całkiem się zmarnował.

      Usuń
  4. Z sentymentem wspominam Rodziewiczównę, autorkę moich młodzieńczych lektur...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rodziewiczówna jest dla każdego wieku, jeśli tylko trafi na wyrozumiałego czytelnika, który odpowiednio podchodzi do jej twórczości :)

      Usuń
  5. Ja Rodziewiczówny jeszcze nic nie czytałam - tak, chyba padłam ofiarą komunistycznej propagandy :) - ale właśnie Strasznego dziadunia mam, więc kiedyś tam po niego sięgnę. No i oczywiście po Między ustami...

    OdpowiedzUsuń
  6. O! Chętnie przeczytam. Nie znam jeszcze tej książki Rodziewiczówny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak wyżej :) zachęcam do przeczytania, chociaż nie zachwalam jako książkę do czytelniczych powrotów. Ale są różne opinie na jej temat, często spotykam takie, że jest to czyjaś ulubiona książka z dorobku Rodziewiczówny.

      Usuń