wtorek, 30 września 2014

"Party u Kierdziołka"

"Cie, choroba!" - tak zaczynał każdy swój występ estradowy Jerzy Ofierski jako sołtys Kierdziołek.
W mojej pamięci jest nierozerwalnie związany z "Podwieczorkiem przy mikrofonie".
Dziś są to hasła, które kompletnie nic nie mówią młodym odbiorcom żałosnej papki pseudo-kabaretowej.
W latach 60-tych były dwa fantastyczne programy, które ukształtowały kulturowo nasze pokolenie, windując poziom nie do zdobycia przez następców. To "Kabaret Starszych Panów" - telewizja i "Podwieczorek przy mikrofonie" - radio. Nie biorę tu pod uwagę ówczesnych kabaretów - najsłynniejsze to "Piwnica pod Baranami" w Krakowie i "Pod Egidą" w Warszawie, bo zwykły śmiertelnik, szczególnie spoza tych miast, nie miał szans na zdobycie biletu.

Słuchałam "Podwieczorków..." razem z rodzicami, a właściwie to zasypiałam przy tych programach, bo mimo nazwy nadawane były wieczorem. Dzięki nim bardzo wcześnie poznałam całą czołówkę artystów i autorów tekstów - znałam ich nazwiska i potrafiłam rozpoznać głos. I przez wiele lat nie wiedziałam, jak wyglądają - czy to jest w ogóle do zrozumienia przez dzisiejszego odbiorcę obrazkowego?

Sołtys Kierdziołek w swoich monologach  przestawiał ówczesną rzeczywistość w delikatnie krzywym zwierciadle, z podtekstami w drugim dnie - tak jak wszyscy satyrycy wtedy balansując na cienkiej aluzji, którą całe społeczeństwo doskonale rozumiało.

Książeczkę "Party u Kierdziołka" znalazłam kilka lat temu w jednej z naszych rodzinnych biblioteczek. A dokładnie na działce, gdzie taki rodzaj humoru szczególnie smakuje...  gdy te krótkie rozdziały czyta się głośno siedząc na werandzie... i tak sobie latem czytamy...
Nam nie trzeba tłumaczyć tych tekstów... my żyliśmy w tamtej rzeczywistości...


Jerzy Ofierski "Party u Kierdziołka", "Czytelnik", Warszawa 1967, Wydanie I
Ilustrował Jerzy Flisak

wtorek, 23 września 2014

Sztuka pisania o sztuce kulinarnej

Dziwne są zrządzenia losu... na dzisiaj przygotowałam inny post... o książce związanej z tematyką kulinarną. 

Wczoraj zginęła w wypadku samochodowym Hanna Szymanderska.
W informacjach pojawiało się słowo "pisarka", ale nie pisarka tworząca powieści.
Znana przede wszystkim miłośnikom gotowania. To należne uznanie dla sztuki pisania na tematy kulinarne, bo Jej książki to nie tylko zbiory przepisów.

Są to (w mniejszym lub większym stopniu) gawędy zawierające informacje z tematyki najbardziej nas interesującej - naszego jedzenia, naszego odżywiania się, naszych tradycji. I jest to zupełnie inny poziom przekazywania wiedzy od tych modnych i nachalnych celebryckich popisów telewizyjnych, w których aż roi się od błędów i bzdurnych przekazów.. A przecież każdemu prowadzącemu programy telewizyjne, a także piszącemu/piszącej bloga wydaje się, że wszystko umie, wszystko wie najlepiej  i może nauczać. Mało jest wśród nich osób z prawdziwą skromnościa i pokorą uznających, że człowiek uczy się całe życie.


Nie wpadając w banał tekstów z blogasków kulinarnych, typu "uwielbiam gotować", "kuchnia to moja pasja", "eksperymentuję smakami" itd, powiem, że... naprawdę polubiłam gotowanie i różne kuchenne atrakcje. Stało się to w ciągu kilkudziesięciu lat mojego prawdziwego eksperymentowania w kuchni, bo jako żywo na początku kompletnie nic nie umiałam.

I nauczyłam się wiele w najgorszych czasach pod  względem zaopatrzenia, gdy nie kupowało się normalnie w sklepie.


Wtedy "się polowało" - prawie jak na mamuty z dzidą. Chodziło się do sklepów szukając okazji, bo "może coś rzucili". Szczęśliwcy zjedli czasem jakieś frykasy, gdy mieli znajomości w sklepie i kupowali "spod lady". Jakie to było upokarzające dla zwykłych ludzi! - patrz: dla biednych ofiar życiowych, które nie wyrobiły sobie szybko prymitywnych zachowań walki o przetrwanie, czyli inteligencji myślącej wyższymi kategoriami. Przez to także nie wyrobiłam sobie takiej systematyczności w planowaniu posiłków, jaką mają młode znane mi blogerki. A co można było planować? Wracałam z pracy i wędrując "po sklepach" szukałam czegoś na obiad. Jak to coś kupiłam, to wtedy kombinowałam obiad.

W tamtych czasach pomogły mi książki kucharskie, na które też trzeba było polować. Pamiętam, że największym hitem była nie do zdobycia normalną drogą "Kuchnia polska" (nie jestem w stanie podać autorki, a może to była praca zbiorowa tak modna wtedy). Poszukiwana także jako prezent ślubny dla młodych par.

Od pierwszych dni prowadzenia swojego samodzielnego gospodarstwa domowego kupowałam książki kucharskie. Wtedy zaczęła się zapełniać moja kuchenna półka. Zbierałam je długo i mam ich sporo, a dopiero w ostatnich latach zrezygnowałam z kupowania nowych.

Zrezygnowałam z różnych powodów: zbyt wysokie ceny (to główna przeszkoda); niewygoda w korzystaniu (jeśli są to wielgaśne i ciężkie tomiska);  coraz mniejsza przydatność większości przepisów w mojej własnej diecie, no i fakt, że niewiele nowego mogę się z większości tych książek dowiedzieć.


Pozostało nadal zainteresowanie historycznymi kartami naszej polskiej kuchni, ale z kolei takie wydawnictwa są obecnie nie na moją kieszeń.




poniedziałek, 22 września 2014

Było... minęło... (21) - Ciągłe poznawanie historii

To jedna z tych książek, które znajduję w Starej Szafie i przeczytana przeze mnie dopiero niedawno. Inaczej więc odbieram ją niż młody czytelnik, dla którego była przeznaczona - pierwsze wydanie w 1969 roku.
Pod tym względem mam pewną uwagę krytyczną pod adresem autora, ale o tym później.
Gdy spojrzałam na tytuł i zajrzałam do notki wydawniczej natknęłam się na białą plamę w mojej własnej wiedzy historycznej. No, ale przecież nie jestem ani zawodowym historykiem, ani nauczycielką historii w szkole, więc nie muszę wiedzieć wszystkiego.
Po przeczytaniu powieści Sujkowskiego * (celowo dopiero po lekturze) szukałam informacji w posiadanych źródłach encyklopedycznych, ale to jak wiadomo króciutkie i ogólnikowe notki. A chciałam mieć jakiś punkt odniesienia do przeczytanej powieści.
Więcej znalazłam w internecie i dzięki temu wzbogaceniu się o nowe wiadomości mogę powiedzieć, że książka Bogusława Sujkowskiego dobrze oddaje tamte czasy i wydarzenia.
To barwna przygodowa opowieść, ale... I tu dochodzę do wspomnianej na początku uwagi. Nie miałabym zastrzeżeń, gdyby powieść przeznaczona była dla dorosłego czytelnika. To jednak książka dla młodego i moim zdaniem autor powinien zachować pewnego rodzaju umiar. Jestem jak najdalsza od dewocji i starczego niezrozumienia temperamentu i popędów płciowych młodości. ale nawet Sienkiewicz w "Trylogii" nie szafował w nadmiarze brutalnymi opisami takich scen i wydarzeń.
A tutaj co krok autor epatuje wręcz czytelnika ciągłymi tekstami o gwałtach na dziewczętach i kobietach, o męskich potrzebach, które szukają ujścia; o należnych im uciechach z dziewkami itd. Tak jakby sam miał jakąś manię na tym punkcie. Gwałt uważam za najohydniejszą krzywdę kobiet, ale rozpisywanie się o tym w książce dla kilkunastoletniego czytelnika to jednak przesada.
Domyślam się, że pisarz chciał jak najpełniej pokazać okrucieństwo lisowczyków, którzy nie wahali się dopuszczać najgorszych nawet czynów na ziemiach polskich, ale można to jakoś inaczej napisać kierując utwór do konkretnego przedziału wiekowego odbiorcy.

*Bogusław Sujkowski, "Lisowczycy. Powieść historyczna z XVII wieku", Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1988


Lisowczycy na obrazach

Juliusza Kossaka




Józefa Brandta




niedziela, 21 września 2014

Niedziela z obrazem (11)

W pogodowych komunikatach pojawiają się właśnie informacje o początku jesieni - kiedy, o której godzinie i minucie...  a więc obraz na dziś nie mógł być inny. Nie znam obrazu bardziej odpowiedniego do aktualnej pogody, chociaż w poszukiwaniu nitek babiego lata należy uciec od tłoku i hałasu wielkiego miasta... zanurzyć się w spokoju jesiennego pola... w jesiennym ogrodzie...  Pamiętam raz, czy dwa złapanie takich nitek babiego lata...
To kolejny mój ulubiony obraz z dzieciństwa (dzięki wspominanej już książce "Kolory"), wielokrotnie oglądany w reprodukcjach.

Józef Chełmoński "Babie lato" (1875)


 "(...)  Nić się snuje srebrzysta i cienka,
Po ścierniskach, po drzewach się mota,
Jak marzenia, jak sny i nadzieje...
Jutro wiatr je jesienny rozwieje
I zostanie udręka i męka,
I bezdenna, jesienna tęsknota.

Babie lato, babie lato srebrne,
Jak szron bliski i blade przymrozki,
Snom i kwiatom spóźnionym trucizna...
Babie lato szare jak siwizna,
Szare jako serce niepotrzebne,
Jak starości znużenie i troski..."
                                                                         Leopold Staff "Babie lato" 

sobota, 20 września 2014

Dzikuska z dobrego domu

Skierowałam obecnie część swoich zainteresowań czytelniczych w stronę mniej znanych po wojnie tytułów i autorów, zaliczanych do kręgu "literatury popularnej". To dość lekceważące zaszufladkowanie dokonane oczywiście przez krytyków i teoretyków literatury. W tej szufladce znalazły się takie nazwiska jak Helena Mniszkówna, ale także Maria Rodziewiczówna i Tadeusz Dołęga-Mostowicz - co jak zawsze mnie bardzo irytuje.

Przeczytałam latem kilka powieści, którym poświęcę kolejne notki.
Dziś pierwsza z nich


Powieść ukazała się w 1927 roku i do momentu wybuchu II wojny światowej miała 7 wydań (wybrałam jedną z przedwojennych okładek). Na kolejne wydanie musiała czekać aż 60 lat, bo autorka znalazła się w 1951 roku na liście cenzury. I jedyny w tym optymistyczny akcent, że Irena Zarzycka dożyła wydawniczego przypomnienia swojego debiutu. Napisała w 1988 roku kilka słów o sobie we wstępie do wydania, który to wstęp przybliża nam osobę pisarki. Jak sama określiła "Dzikuskę" napisała zupełnie inna Irena Zarzycka, która zniknęła po tragicznych przeżyciach wojny. Cały znany czytelnikom dorobek pisarski to twórczość przedwojenna osoby szczęśliwej.
A powieść "Dzikuska" według niej to nie wydarzenie literackie, a pewnego rodzaju zjawisko socjologiczne.

Tytułową bohaterką jest Ita Kruszyńska - półsierota bez matki, o której wychowanie nie zadbał ani wiecznie zapracowany ojciec, ani nawet starsi bracia. Jednak w pewnym momencie szukają pomocy u studenta korepetytora, bo panna nie jest już dzieckiem, a owa tytułowa "dzikość" to rzecz nie do przyjęcia w cywilizowanym świecie towarzyskim.
To powieść przewidywalna, z romansowym trójkątem: dzika panienka, demoniczna (przynajmniej we własnych oczach) miejscowa femme fatale i młody człowiek między nimi. Jednak, mimo prostoty konstrukcji i języka, książka zawiera wiele inteligentnego humoru i właściwie nawet nadawałaby się do dzisiejszego rodzaju filmowych komedii romantycznych.

Miała nawet swoją filmową odsłonę, bo już w rok po wydaniu stała się podstawą scenariusza filmowego.
Był to film niemy, którego nie możemy obejrzeć, bo nie zachował się do dzisiejszych czasów.


Miejsce akcji powieści nie jest określone bardzo dokładnie - pojawiają się jedynie takie określenia jak "piękno krajobrazu wschodnich Karpat", nazwy miast Lwów i Stryj, wiejskie imiona (Paraska, Iwan ).To nam pozwala na bliższe umiejscowienie powieści na Kresach. Jednak tylko geograficzne położenie jest tutaj kresowe. Fabuła nie zawiera ani opisów miejscowej rzeczywistości, ani nie podejmuje problemów społecznych charakterystycznych dla tamtych stron. Wszystkie wydarzenia równie dobrze mogłyby się rozgrywać w każdym innym polskim dworku, ponieważ akcja nie wychodzi poza to środowisko.

Bardzo przyjemna lektura na odstresowanie i poprawę humoru.

Wpis dodaję do wyzwania  "Lata dwudzieste, lata trzydzieste"



piątek, 19 września 2014

O projektach

Będzie bardziej kresowo  w książkowej blogosferze, a to za sprawą Kaye - pomysłodawczyni blogowego projektu  "Kresy zaklęte w książkach"
Książki poruszające tematykę polskich Kresów pojawiają na blogach systematycznie, ale teraz będą chociaż częściowo zebrane w jednym miejscu tworząc cenny przewodnik i informator w tym zakresie.
Ja sama nie planowałam dołączenia i współtworzenia bloga projektu, przede wszystkim ze względu na swoje podejście do blogowego recenzowania książek. Uważam, że moje teksty nie są recenzjami z prawdziwego zdarzenia, tu zachowuję dużą pokorę.
W przeciwieństwie do wielu (prawdopodobnie młodych) piszących, którzy każdą swoją radosną twórczość uważają za recenzje. Moje wpisy blogowe to po prostu osobiste opinie, garść refleksji, kilka uwag - szczególnie w ostatnich miesiącach, gdy nie mam czasu na szersze dopracowanie tekstu. Dałam się jednak namówić i postanowiłam po namyśle dołączyć ze swoim skromnym udziałem.

Moje zainteresowanie Kresami -  tymi "prawdziwymi" i dalekimi, które nie należą już do Polski, nie łączy się w jakiś szczególny sposób z rodzinnymi korzeniami. Co prawda jestem Łodzianką z dziada pradziada - dosłownie, ale mam też pewne związki z ziemiami wschodnimi ze strony mojej  Mamy. Dokładnie są to dawne białostockie szlacheckie wioski, w których po II wojnie światowej nie wspominało się już o "herbowych papierach", a ślady historii zaginęły w mrokach niepamięci.
Być może dlatego coś mnie ciągnie w tamtą stronę...  a do tego dochodzi jeszcze brak wiedzy będący wynikiem wieloletniego przymusowego milczenia i pustki wydawniczej...
Mam jednak problem z udźwignięciem pewnych tematów - to szczególnie dotyczy rzezi wołyńskiej.
Przeczytałam mocno krytyczne zdanie pod adresem takich czytelników jak ja, którzy jakoby uciekają w wygodne światek przed przerażającą prawdą tamtych wydarzeń. Nie podejmuję dyskusji, bo wydaje mi się mało owocna w warunkach internetowych. Jednak zanim się wyda taki osąd może należałoby wziąć pod uwagę przyczyny takiej "czytelniczej ucieczki"? Mogę mówić tylko we własnym imieniu, ale nie będę się tu tłumaczyć na zasadzie tych przysłowiowych nożyczek.

Moje własne projekty coraz bardziej leżą odłogiem, ale cały czas mam nadzieję, że z czasem jednak chociażby sama je trochę ożywię. A wyzwań i projektów blogowych jest tyle, że niestety... można sobie tylko do nich zaglądać i poczytać co nie nieco na blogach biorących w nich udział.


środa, 17 września 2014

Wrześniowe dni w Hruszowej

Wojenny początek tragicznego końca we wspomnieniach Jadwigi Skirmunttówny,  przyjaciółki i wieloletniej towarzyszki życia Marii Rodziewiczówny.
Już niedługo przepadło wszystko, co było polskością w Hruszowej. Wtedy udało się jeszcze uratować kilka lat życia pisarki.Dorobek materialny zniszczony...

" [...] Pierwszego września nad ranem zbudził mnie warkot samolotu przelatującego nad domem; nie zwróciłam na to uwagi, ale kwadrans potem posłyszałam odgłos wybuchu i pomyślałam spokojnie: to jakieś ćwiczenia. Tymczasem był to już samolot niemiecki, który rzucił na Kobryń pierwsze bomby, a jednocześnie były bombardowane inne nasze miasta , jak Brześć, Grodno itd. Parę godzin potem, po śniadaniu, przyleciał ktoś z gminy z wiadomością, że wojna wypowiedziana i samoloty niemieckie rzucają bomby.
   Wrażenie było wielkie. Czułyśmy, że szła na świat z Zachodu ogarniająca cały nasz horyzont chmura pełna błysków i gromów, nie wiedzieliśmy tylko, że ogarnie horyzont całej kuli ziemskiej i wstrząśnie posadami świata. 
   Wieści przez te pierwsze dni przychodziły sprzeczne: jedne mówiły o powodzeniach, inne o klęskach [...]   

   Któregoś dnia, zdaje mi się, że siódmego, zajechał wielki ciężarowy samochód wiozący kilka rodzin urzędników ministerstwa przemysłu i handlu ewakuowanych z Warszawy. Przyjęliśmy wszystkich, pokoje na górze były gotowe, a poza tym oddaliśmy im w ogrodzie "chatę leśnych ludzi". [...]

Siedemnastego września przyszli do nas dwaj panowie Pruszyńscy, Konstanty i Kazimierz; szli od oblężonej Warszawy w stronę Baranowicz, gdzie siostra ich miała majątek, ale wobec niepewności położenia i pogłosek o bolszewikach, które i oni słyszeli, prosili o przyjęcie ich tymczasem do Hruszowej. Urządziłyśmy dla nich spanie w przedpokoju.
   Z panem Konstantym, który służył nam we wszystkim pomocą, zawiązał się od razu serdeczny i miły stosunek.
Jednocześnie prawie przyszli państwo Jacuńscy z Brześcia.
   W pogłoski o bolszewikach nie chciałyśmy jeszcze wierzyć, tym bardziej że z zachodu nadciągali Niemcy i dziewiętnastego byli już w Kobryniu. Uderzała nas tylko jedna rzecz: zachowanie się miejscowej ludności, która do roboty przestała przychodzić; parę kobiet pracujących przy gospodarstwie rzuciło służbę, a u tych, którzy jeszcze zostali, jak pomocnik nasz w ogrodzie, Mikołaj, zmienił się po prostu wyraz twarzy, jakby z nich opadła maska! Polska służba stała przy nas wiernie, a pomocnik pana Kisiela rządcy, Bronek Wierzbicki, z całym spokojem i odwagą do końca w najtrudniejszych chwilach służył nam z pomocą. Co dzień wieczorem zbieraliśmy się wszyscy razem na wspólny pacierz; prosiliśmy o pomoc dla naszych wojsk, o wieczny spokój dla tych, którzy już krew za ojczyznę dali, o ratunek dla Kraju. [...]

   Dziewiętnastego września mieliśmy wiadomość, że Kobryń się pali i Niemcy dojdą prawdopodobnie w nocy do Hruszowej; nie kładłyśmy się więc spać, jeszcze raz z Rodziewiczówną przechodząc razem, tak jak w 1915, męczące oczekiwanie przyjścia obcych wojsk, ale o ileż teraz było nam ciężej!... Ale Niemcy stali w Kobryniu i dalej nie poszli, a wieści o nadciąganiu wojsk bolszewickich nabierały coraz większej mocy. [...]

Jadwiga Skirmunttówna, "Pani na Hruszowej", wydawnictwo MG, 2012,  s.157-160 

wtorek, 16 września 2014

"I była miłość w getcie"

Książka napisana, a właściwie opowiedziana potocznym językiem i chyba przez to szczególnie wymowna.
Wydaje się być niewielka, można ją szybko przeczytać, ale ja ją czytałam z przerwami, "w odcinkach". Zawarta w niej treść jest dla mnie tak skondensowana, że potrzebowałam czytania bez pośpiechu, by dać sobie czas na przemyślenia.
Trzymam się własnej zasady, o której pisałam TU - " W przypadku takich wspomnień nie należy pisać streszczeń książek, bardziej lub mniej szczegółowych. To nic nie daje, bo co wybrać do recenzji? które wydarzenie wyszczególnić?... -  trzeba przeczytać od początku do końca... przebyć całą drogę..."

Zacytuję samego autora, bo ta myśl wydaje mi się szczególnie ważna i powinna wywołać u czytelnika refleksję o tym, czego się dowiedział. Nie tylko w odniesieniu do tych konkretnych wspomnień...

"Czy dziś wolno widzieć sprawy tak, jak się je wtedy widziało? Czy trzeba myśleć po nowemu? Czy trzeba przepuszczać wspomnienia przez filtr dzisiejszej wiedzy?" *


*Marek Edelman, "I była miłość w getcie", Świat Książki Warszawa 2009,  s.105

poniedziałek, 15 września 2014

Książka w podróży

W zestawie podróżnym pociągowym zawsze mam coś do czytania. Kiedyś były to gazety lub czasopisma - nie cytuję nikogo, ale w pewnym momencie doszłam do wniosku, że treści w nich znalezione nie są warte coraz większej ceny. Szkoda mi pieniędzy na wydawnictwa jak spod jednej sztancy, różniące się tylko tytułami, za to z nachalnymi reklamami w nadmiarze. A reklam szczególnie nie lubię (delikatnie mówiąc).
Czasami zabieram ze sobą książkę z własnej półki, ale ostatnio wykorzystując okazję kupuję to i owo. Oczywiście nie kupuję po "normalnej" cenie, ale w punktach z tanią książką.
Przed sławnym Euro 2012, zanim zaczął się remont dworca Warszawa Wschodnia, zawsze coś wygrzebałam z pudeł stojących na środku hali  (ustawionych w czworobok). To były naprawdę tanie zakupy, bo kilkuzłotowe (kupowałam gazetki). Teraz zaglądam do takiego miejsca u siebie, na jednym z dworców w Łodzi. Tam niestety łamię się i wbrew własnej zasadzie "że już nie kupuję książek" - kupuję za każdym razem. W ten sposób nabyłam już trzy części z serii "Dwudziestolecie międzywojenne", chociaż zupełnie nie planowałam tych zakupów.
No cóż... słaba wola mola książkowego jednak zwycięża....

Nazwisko autora jest już znane dość dobrze, a sam twórca tych wydanych książek postrzegany jest jako historyk-plotkarz. Spotkałam się na blogach z częstymi krytycznymi opiniami o jego wydawnictwach - mówiąc krótko jest lekceważąco zaszufladkowany do gorszego gatunku piszących historyków. Na tej samej zasadzie co Rodziewiczówna i Dołęga-Mostowicz - literatura drugiej kategorii..
Ja nie dołączę do grona krytykantów, ponieważ potraktowałam przeczytane dotychczas części z tej serii jako informatory ze zdjęciami. Nie oczekując poważnych opracowań historycznych, chciałam zdobyć nowe wiadomości, a przede wszystkim obejrzeć archiwalne zdjęcia, których nigdy nie mam dosyć. Nigdy tak nie jest, że wiemy wszystko na dany temat, zawsze możemy znaleźć w kolejnej książce nowe informacje.

Tutaj również znalazło się sporo nowości - szczególnie o Lidze Morskiej i Kolonialnej. Naprawdę, przytoczone fakty oraz planowana kolonizacja zamorskich terenów mająca stworzyć mocarstwową Polskę dziś wydaje się być absurdalną ideą całkowicie oderwaną od rzeczywistości.
A jednak wtedy znalazła tak wielu zwolenników...

Do innych, typowo plotkarskich książek tego autora raczej nie planuję sięgać. Mało interesują mnie sprawy "kto z kim" przed laty w układach damsko-męskich znanych kiedyś polskich gwiazd. Może w czasach nastoletnich byłoby to dla mnie ciekawe, ale teraz to czas przebrzmiały. Ale nie na tyle, żeby stał się atrakcyjny historycznie. Bardziej wolę oglądać współczesne zdjęcia tzw. ikon PRL-u, pocieszając się, że nie tylko ja się zestarzałam... one też...

niedziela, 14 września 2014

Niedziela z obrazem (10)

W Warszawie bywam przejazdem co jakiś czas. I zawsze mam tego czasu za mało na spacery, zwiedzanie, lepsze poznawanie miasta. Jednak za każdym razem, gdy idę odbudowanymi z gruzów uliczkami Starego Miasta, myślę o tych miejscach, którym nie dane było zachować się choćby w części w dawnej postaci sprzed wieków.
Dlaczego inne miasta w Europie szczycą się domami mającymi kilka setek lat (to mnie szczególnie dotknęło kiedyś w Edynburgu), a u nas tak strasznie zniszczono stolicę? Nie jestem szczególną miłośniczką Warszawy, jakoś nie czuję więzi z tym miastem. To wcale nie oznacza, że nie czuję chociażby złości (o mocniejszych uczuciach już nie mówię) na takie barbarzyństwa historii.
Kilkanaście lat temu kupiłam pięknie wydany kalendarz z reprodukcjami warszawskich obrazów.Canaletta.
Nie mam go niestety, bo bez namysłu wykorzystałam go w swojej pracy i tak zagubił się w końcu.
A że w minionym tygodniu znalazłam się w Warszawie dwa razy, stąd ten obraz na dziś.
Mogę bez końca oglądać obrazy  Bernarda Bellotta - zawierają tak ogromny ładunek szczegółów, że są wspaniałą historyczną lekcją poglądową. Jak zawsze najbardziej interesują mnie ludzie i pokazane na obrazach życie codzienne ulicy.

Canaletto "Krakowskie Przedmieście od strony Nowego Światu" (1778)



wtorek, 9 września 2014

Nie "dziadunio", ale okrutny dziad

W tytule posta użyłam słowo "dziad" - nie w znaczeniu "dziadowski", ale jako archaiczną formę "dziadka".
"Dziad" to przecież powszechne określenie dostojnego starca, głowy rodu, protoplasty, funkcjonujące jeszcze w polszczyźnie przedwojennej XX wieku
Natomiast forma "dziadunio" - rodzaj spieszczenia, to i dziś spotykane określenie mające pozytywny wydźwięk.
I tu dochodzę do sedna sprawy. Po przeczytaniu (dopiero w tym roku), tego tak znanego debiutanckiego utworu Marii Rodziewiczówny, mam pretensję do autorki o zmylenie potencjalnego czytelnika. Tak to właśnie odebrałam. Kierując się tytułem miałam wizję opowiastki z tytułowym bohaterem jako sympatycznym, może lekko zdziwaczałym (choć niegroźnym) staruszkiem, w odniesieniu do którego słowo "straszny" jest określeniem z lekkim przymrużeniem oka. Tymczasem ów "dziadunio" to zbyt surowy dziadek, który bawi się w psychologiczno-pedagogiczne eksperymenty na żywym organizmie. Czyli wypróbowuje na swoich wnukach własne koncepcje "wykierowania młodego człowieka na ludzi". Jeden wnuk ma nieograniczony dostęp do bogactwa i życie bez kontroli, drugi musi sam pokonywać trudną drogę życiową w biedzie i znoju. A dziadek obserwuje rozwój swoich teorii w praktyce.

Powieść jest dobrze zaplanowana, akcja ciekawa, czyta się dobrze. Jednak chyba nie będę miała ochoty wrócić do niej właśnie ze względu na zbyt okrutne i bezwzględne potraktowanie Hieronima przez dziadka. Gdy przeniesiemy literacką fikcję do realnego życia (oczywiście osadzając w rzeczywistości tamtych czasów) i zastanowimy się nad skutkami zastosowanych metod wychowawczych, czy wyznaczony cel nie miał zbyt wysokiej ceny? Co z tego, że młody człowiek został ukształtowany na wzór oczekiwany przez dziadka, skoro musiał po drodze doznać wielu traumatycznych (mówiąc dzisiejszym językiem) przeżyć, które psychicznie niszczyły jego najpiękniejsze młode lata. Przesada nigdy nie jest wskazana, nawet w minionych wiekach, gdy nikt nie myślał o prawach dziecka i nie zaprzątał sobie głowy jakimiś tam duchowymi skutkami nazbyt surowej dyscypliny w edukacji młodych ludzi.

Egzemplarz na który trafiłam w bibliotece to wydanie z 1972 roku, z pięknymi jak zawsze ilustracjami Antoniego Uniechowskiego.




I jeszcze charakterystyczne dla czasów PRL-u lekceważące wybrzydzanie nad Rodziewiczówną, bez  tego pewnie nie mogłaby się książka ukazać. Zresztą jak widać niektóre powieści Rodziewiczówny pojawiały się po wojnie, choć teraz mocno podkreśla się umieszczenie pisarki na czarnej liście cenzury i zakaz wydawania.




niedziela, 7 września 2014

Niedziela z obrazem (9)

W czasie letniego lekkiego czytania sięgnęłam do młodzieżowej półki po kilka książek z Panem Samochodzikiem.
Chciałam poznać pierwsze powieści z tego cyklu, a później z rozpędu przypomniałam sobie te znane, które mam u siebie.
Historia, archeologia, skarby i dzieła sztuki są obecne we wszystkich opowieściach, ale "Pan Samochodzik i Fantomas" jest szczególnie mocno naszpikowany wiadomościami z dziedziny malarstwa. Można powiedzieć, że zbyt mocno - na przemian z historią Francji i zamków nad Loarą.

Nienacki rozpisuje się szeroko o znanych malarzach przedstawicielach poszczególnych kierunków, co ja przy pierwszym czytaniu książki oczywiście przepuszczałam. Te historyczne wywody przeszkadzały mi w śledzeniu kryminalnego wątku.
Teraz, znając rozwiązanie zagadki, bardziej dokładnie czytam cały tekst. I teraz mam do dyspozycji niedostępne wcześniej źródło wspaniale uzupełniające powieść - internet, w którym mogę szukać każdego obrazu i wiadomości o każdym malarzu wymienionym przez pisarza.

A chociaż w powieści mowa jest przede wszystkim o malarzach francuskich oraz wielkich mistrzach światowego malarstwa, to polskich również można tu znaleźć.

"Pod wpływem impresjonizmu pozostawał również popularny w Polsce malarz Leon Wyczółkowski, znakomity pejzażysta. Hasła impresjonistów francuskich potrafił on przetworzyć, znajdując własną, oryginalną drogę malarską." *

Leon Wyczółkowski "Tatry" (1911)


*Zbigniew Nienacki, "Pan Samochodzik i Fantomas", Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1973 , wydanie I, s. 264

czwartek, 4 września 2014

Jednak nigdy nie mów nigdy

Po przeczytaniu posta "Cięgi dla ciągów (dalszych)" na blogu Lirael, z którego dowiedziałam się , że powstał dalszy ciąg "Zapałki na zakręcie", postanowiłam zastosować się do rady autorki bloga. Nie sięgać po owe kontynuacje. Nie dlatego, że powroty do lektur młodzieżowych po dziesiątkach lat nie są (podobno) wskazane. Ja akurat nie mam z tym problemu, a nawet odwrotnie - teraz chętnie do nich wracam. Do lektury zniechęciła mnie ta właśnie opinia na blogu, a także inne, znalezione w internecie.

A jednak... po pewnym ciekawość zwyciężyła... chociaż zarzekałam się, że chyba nie jestem zainteresowana.
Pomyślałam sobie - "to jednak są odczucia innych, a moje nie muszą być takie same. Zresztą, nawet jeśli powieści okażą się tak nieciekawe, jak to twierdzą ci, którzy przeczytali, to przynajmniej zaspokoję swoją ciekawość co do dalszych losów bohaterów.

Specjalnie nie wracałam teraz po raz kolejny do "Zapałki...", którą mam, ale ostatni raz czytałam wieki temu. Chciałam mieć ten właśnie przedział czasowy i zachowane w pamięci dawne wydarzenia, obraz młodych bohaterów. Potraktowałam lekturę "Pejzażu..." jak spotkanie po latach ze szkolnymi kolegami. Od ostatnich kontaktów minęły lata, wszystko się zmieniło - nasza rzeczywistość i my sami też się zmieniliśmy, bo jesteśmy teraz pokoleniem rodziców dorosłych dzieci. Zmieniły się nasze życiowe role.

Po przeczytaniu jednak nie podłączę się pod ogólną krytykę tej powieści.
Wcale mnie nie rozczarowała, ponieważ jest napisana w podobnym do "Zapałki..." stylu. Może lepiej ją odebrałam po wstępnym nastawieniu na nijakość i dreptanie w kółko. Jednak wcześniej poznane opinie mają pewien wpływ na nasz odbiór - na mój na pewno, dlatego staram się omijać streszczenia, recenzje, opinie o książce, którą chcę przeczytać. W tym przypadku nie dało się tego  uniknąć, bo właśnie z blogów dowiedziałam się o istnieniu tych kontynuacji.

"Pejzaż..." to raczej książka dla starszych pań, które przeżywały swoje nastoletnie czasy razem z Madą i Marcinem.


środa, 3 września 2014

Widocznie nie rozumiem współczesnego stylu

Nie pamiętam w jakiej kolejności poznawałam Bridget Jones - czy pierwszy był film, czy książka. W końcu to już było ładnych parę lat temu, a lektura nie należy do gatunku szczególnie porywających.

 Podejrzewam, że raczej książka, bo prawie wcale nie oglądam nowości w kinie i ten film też obejrzałam w telewizji (czyli jak zwykle z mocnym poślizgiem w czasie).

Przeczytałam, bo trafiła się okazja pożyczyć, a w końcu to tak sławna pozycja światowa, że wypada poznać.
Nie zostałam fanką tej bohaterki, ani tego stylu powieściowego.
Książka dla mnie okazała się nudna - czytałam ją w odcinkach, bo nie przyciągnęła mojej uwagi na dłużej. I nawet nie pośmiałam się przy niej.
Bardziej irytowałam głupotą Bridget - jeśli taki ma być model 30-latki współczesności to ja dziękuję.

W tym zestawieniu film uważam za lepszy od książki, chyba po prostu filmowa wersja bohaterki jest bardziej inteligentna od powieściowej.

Po tym pierwszym spotkaniu już nie szukałam okazji do poznawania dalszych losów Bridget Jones. Szczególnie po przeczytaniu kilku opinii na blogach - chociaż rozbieżność zdań może dodatkowo zmylić.


źródło zdjęcia