niedziela, 20 lipca 2014

"Sześć dni, siedem nocy" (1998)

"Robin Monroe jest młodą i ambitną dziennikarką magazynu mody z Nowego Jorku. Wyjeżdża z narzeczonym Frankiem na egzotyczną wyspę. Na wyspie Frank oświadcza się Monroe.  Niestety, Robin dostaje wezwanie do pracy. Dziennikarka ma dołączyć do ekipy na Tahiti.  Jedyną osobą, która może ją tam dowieść jest Quinn Harris - gburowaty pilot. Podczas lotu rozpętuje się burza, podczas przymusowego lądowania na bezludnej wyspie samolot rozbija się. Para nieznoszących się nawzajem osób w tej sytuacji skazana jest wyłącznie na siebie.." (źródło)



Idealny film na kolejny męczący wieczór z ponad 30-stopniowym upałem. Nie wymaga absolutnie myślenia, wystarczy gapić się w ekran telewizora. Chociaż to amerykańska komedia romantyczna, nie jest przesłodzonym do obrzydzenia lukrowanym obrazkiem. To trochę wyższa półka z tego rodzaju filmowego - humor i dowcip sytuacyjny jest tu bardziej inteligentny. A że dodatkowo lubię Harrisona Forda...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz