niedziela, 20 lipca 2014

"Sześć dni, siedem nocy" (1998)

"Robin Monroe jest młodą i ambitną dziennikarką magazynu mody z Nowego Jorku. Wyjeżdża z narzeczonym Frankiem na egzotyczną wyspę. Na wyspie Frank oświadcza się Monroe.  Niestety, Robin dostaje wezwanie do pracy. Dziennikarka ma dołączyć do ekipy na Tahiti.  Jedyną osobą, która może ją tam dowieść jest Quinn Harris - gburowaty pilot. Podczas lotu rozpętuje się burza, podczas przymusowego lądowania na bezludnej wyspie samolot rozbija się. Para nieznoszących się nawzajem osób w tej sytuacji skazana jest wyłącznie na siebie.." (źródło)



Idealny film na kolejny męczący wieczór z ponad 30-stopniowym upałem. Nie wymaga absolutnie myślenia, wystarczy gapić się w ekran telewizora. Chociaż to amerykańska komedia romantyczna, nie jest przesłodzonym do obrzydzenia lukrowanym obrazkiem. To trochę wyższa półka z tego rodzaju filmowego - humor i dowcip sytuacyjny jest tu bardziej inteligentny. A że dodatkowo lubię Harrisona Forda...

poniedziałek, 7 lipca 2014

Blogowe wakacje

Nie..., to nie jest zapowiedź kolejnej przerwy w pisaniu bloga... nic z tych rzeczy.
Ale na dobre rozpoczęły się wakacje, morderczy upał w mieście męczy coraz bardziej, a ja kolejny rok nie mogę wyjechać w taką prawdziwą wakacyjną podróż (już nie mówię, że szczególnie nad nasze polskie morze).
I tak znowu muszę żyć wspomnieniami dawnych wyjazdów... przywoływaniem z pamięci pięknych miejsc, uroczych zakątków widzianych kiedyś tam... dawno temu...
Jak zawsze z początkiem wakacji szkolnych przypominają się moje wakacyjne dni z lat, gdy czas płynął tak wolno, że te dwa miesiące wolnego od szkoły wydawały się ciągnąć w nieskończoność.
Nie jeździłam na kolonie i obozy, byłam "nieskoszarowana" ze względu na ogród i na wyjazdy do drugich dziadków na wieś. Chodziłam trochę samopas po mieście (lubiłam oglądać wystawy sklepowe), ale głównym celem tych wypraw  w czasach późnej podstawówki i liceum były księgarnie. Jechałam sobie tramwajem "do miasta", wysiadałam blisko placu Wolności


 i szłam ulicą Piotrkowską wstępując do każdej księgarni po drodze. Z zamkniętymi oczami mogłam wskazać miejsca wszystkich księgarń na tym najbardziej atrakcyjnym handlowo odcinku, bo wtedy wszystko było stałe - sklepy nie pojawiały się i nie znikały z szybkością światła, tak jak to ma miejsce obecnie. Dla niezorientowanych - Piotrkowska, nazywana potocznie Pietryną jest podobno najdłuższą ulicą handlową w Europie (4,2 km). Oczywiście nie szłam aż do końca, najczęściej kończyłam spacer przy "Centralu" (Domy Towarowe) lub trochę dalej w stronę drugiego domu "Uniwersalu". I wracam autobusem, bo wtedy jeździły po Piotrkowskiej autobusy.

Wakacje to był mój szczególny czas czytania. Właściwie większość dnia siedziałam w cieniu drzew na leżaku i czytałam - trochę wstyd się przyznać, ale nie znosiłam wszelkich prac ogrodowych i trudno mnie było zagonić szczególnie do pielenia chwastów. A i zrywania agrestu z kłujących krzaków też nie lubiłam.

Teraz, w wakacyjnym czasie wracają do mnie wspomnienia młodzieżowych lektur (szczególnie tych, których akcja dzieje się latem i na wakacjach), więc o nich będę pisać na blogu. I o nowych lekturach, czytanych latem  (raczej nie będą to nowości wydawnicze). Pojawią się też książki z lżejszego repertuaru moje ulubione, czytane wielokrotnie, które od dawna czekają na swoją kolej.
A wpisy o książkach poważniejszych pojawią się dopiero we wrześniu...

niedziela, 6 lipca 2014

"Vinci" (2004)


"Po kilku latach odsiadywania kary za kradzież z włamaniem Cuma wychodzi z więzienia ze względu na zły stan zdrowia. Jego wyjście zaaranżował Gruby, paser, który zleca Cumie kradzież obrazu Leonarda da Vinci "Dama z łasiczką" z Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Cuma - specjalista od kradzieży dzieł sztuki - kompletuje ekipę. Zaczyna od wizyty u byłego wspólnika Juliana - specjalisty od ładunków wybuchowych. Mimo że przyjaciel porzucił złodziejski proceder, Cuma proponuje mu udział w kradzieży. Julian ma dylemat: z jednej strony dług wdzięczności wobec przyjaciela, który nie wydał go w śledztwie, z drugiej - obawa przed powrotem do dawnego życia. Próbuje więc pogodzić wodę z ogniem. Zgadza się wziąć udział w skoku, ale jednocześnie robi wszystko, by kradzież nie doszła do skutku. Zwraca się do starego fałszerza Hagena z prośbą o wykonanie kopii "Damy z łasiczką". Ten odmawia wymawiając się wiekiem, ale poleca mu Magdę - 28-letnią studentkę konserwacji zabytków na krakowskiej ASP" - opis filmu na Filmweb



Film reklamowany jako komedia sensacyjna, zachwalany ze wszystkich stron (nawet w mojej najbliższej rodzinie).
Obejrzałam i... jestem pewnie wyjątkiem w tej pochwalnej grupie, ale mnie ten film nie śmieszył. Nie odebrałam go jako komedię. Byłam szczególnie nastawiona na swoisty rodzaj inteligentnego humoru, jaki znam z filmów reżysera, czyli Juliusza Machulskiego. Widziałam jego wszystkie filmy i lubię je (szczególnie te pierwsze). A tu kicha, czyli nic śmiesznego. Ze strony aktorskiej najbardziej mnie drażnił wiecznie ponury Robert Więckiewicz.
A fabuła jest tak przekombinowana, że też mogłabym podpisać się pod pytaniem zadanym na stronie FILMWEB  - "kto w końcu został z oryginalnym obrazem?"... oczywiście biorąc rzecz na rozum wiadomo...

Niedziela z obrazem (7)

Leonardo da Vinci "Dama z gronostajem" (ok.1489-90)


To kolejny obraz, który pamiętam ze ściany domu rodzinnego "od zawsze", od najdawniejszego dzieciństwa.
Oczywiście dopiero w pewnym momencie (gdy chodziłam już do szkoły), dowiedziałam się, że jest to reprodukcja dzieła słynnego malarza. Teraz już nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jak odbierałam wcześniej ten obrazek.
On po prostu w moim dziecięcym postrzeganiu świata zawsze był... czasami stawałam na wprost niego i przyglądałam się szczegółom... i wtedy był  i dziś także jest to dla mnie obraz "Dama z łasiczką". Jakoś ten gronostaj nie przebił się do mojej pamięci na stałe...

W 2004 roku miał swoją premierę film "Vinci" w reżyserii Juliusza Machulskiego.
Film zakwalifikowany jako komedia sensacyjna, opowiada o akcji kradzieży obrazu. Lubię filmy Machulskiego (najbardziej te pierwsze), widziałam wszystkie, ale ten nie jest dla mnie komedią. Tym razem moje odczucia zupełnie rozminęły się z zachwytami innych (nawet w najbliższej rodzinie).
Nie śmieszyła mnie ani całość filmu, ani niektóre kreacje aktorskie - szczególnie wiecznie ponury Robert Więckiewicz. A fabuła jest tak przekombinowana, że też mogłabym podpisać się pod pytaniem zadanym na stronie FILMWEB  - "kto w końcu został z oryginalnym obrazem?"... oczywiście biorąc rzecz na rozum wiadomo...