piątek, 6 czerwca 2014

Jak mi dobrze, że nie piszę recenzji

... recenzji książek przysyłanych przez wydawnictwa.
Wczoraj przeczytałam o kuriozalnej moim zdaniem sprawie dotyczącej bezpośrednio współpracy blogersko-wydawniczej - TU
Nie mam nadal konta na LC (bardzo mi przeszkadza ograniczenie FB w niektórych opiniach o książkach), więc nie mogę zabrać głosu w dyskusji na portalu. Napiszę więc tutaj.
Już na początku, zanim dotarłam do wszystkich dostępnych linków, w tym także do usuniętej z bloga recenzji (będącej powodem całej sprawy), nie miałam wątpliwości co o tym myśleć. I przy okazji potwierdziły się moje obawy dotyczące ewentualnej współpracy z wydawnictwami, które mam od początku prowadzenia tego bloga. Początkowo odmawiałam mailowo zgody na taką współpracę, później wstawiłam na stałe odpowiednią informację na pasku bocznym. Zgadzając się na taką współpracę miałabym cały czas poczucie działania pod presją, bo przecież wydawnictwo oczekuje raczej pozytywnych opinii o swojej pracy. I myślę, że czasami wydawnictwa podchodzą do współpracy z blogerami tak jak producenci żywności, którym kilka torebeczek sosu w proszku wydaje się godziwym zadośćuczynieniem za darmową reklamę jaką jest post na kulinarnym blogu.
Ja na szczęście już nie jestem na etapie dorabiania się życiowego i kompletowania domowej biblioteczki, więc nie skuszę się na darmowe jej uzupełnianie "w zamian". W zamian za co? za ocenzurowanie myśli?

Postawa tego wydawnictwa (bez kryptoreklamy) i każdy kolejny ruch z jego strony tylko pogarsza sprawę, szczególnie że nie ma racji. Czy ludzie tworzący ten zespół nie dostrzegli jeszcze siły internetu? Reakcje komentujących są różne, ale ogólnie ocena postępowania przedstawicieli wydawnictwa jest negatywna. Nie zauważyłam ani jednego komentarza, który opowiedziałby się po ich stronie. Może jedynie kilka anonimowych trolli  (jak zwykle oczywiście), usiłujących coś sprowokować. Każda kolejna wypowiedź, czy oficjalny komunikat od wydawnictwa, to dalsze brnięcie w tym samym kierunku - z przedziwnymi argumentami, które mnie wcale nie przekonują.
Jak można twierdzić, że recenzent nie jest uprawniony do wytykania błędów w omawianym przez siebie tekście. A szczególnie niezależny recenzent blogowy, który pisze na swojej własnej stronie.
Każdy z nas jest uprawniony i nie musi do tego celu podpierać się dyplomem szczególnego fachowca. Wystarczająca jest znajomość języka polskiego na poziomie szkolnym.
Jestem szczególnie wyczulona na błędy w tekście - błędy każdego rodzaju. Mam taką wrodzoną przypadłość, że je zauważam do razu. Nie powinno być niczyjej zgody na taką bylejakość obniżającą poziom wydawniczy.
Czy zgadzamy się użytkować towar z ewidentnymi brakami i wadami? Nie - jak najszybciej zgłaszamy go do reklamacji.
Wydawnictwo na pewno zaszkodziło sobie bardzo od strony wizerunkowej i straciło część ewentualnych klientów. Przynajmniej na pewien czas, nim sprawa nie przycichnie.

Nie chcę rozpisywać się szczegółowo, bo sprawa dla mnie jest jednoznaczna i jasna.
Szkoda tylko, że trafiła na młodą osobę, dając jej tym samym niemiłą lekcję życia.
Na szczęście autorka bloga wykazała się niespodziewanym opanowaniem, a cała sytuacja i szum medialny niewątpliwie przyczyniły się do wzrostu popularności jej bloga...

21 komentarzy:

  1. Czytałam dziś na FB o tym wydarzeniu i rzeczywiście przykry atak za słusznie zwróconą uwagę. Po raz kolejny cieszę się, że jestem wolnym strzelcem i nie muszę trzymać emocji na wodzy albo uśmiechać się do wydawcy. Wolę szperać w antykwariatach niż iść na lep. Ufff... Blogowanie wymaga sporej dawki odporności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja od początku chciałam być wolna od wszelkich zobowiązań, bo czytanie i pisanie o książkach ma być moją przyjemnością, a nie przymusem i ciężkim obowiązkiem.
      A tak ogólnie blogowanie wymaga nie tylko sporej, ale ogromnej odporności - to po prostu ocean. :)

      Usuń
  2. Niezależnie od tego, że zgadzam się z tym, co napisałaś, chciałam zwrócić uwagę na drugą stronę medalu.
    Czy nie jest przypadkiem tak, że wydawnictwo zdecydowało się na ruch tego rodzaju, bo do tej pory nie miało żadnych takich "problemów"? Ot, dawali książki do "recenzji" i zawsze dostawali pełen superlatyw (mniejsza o jego jakość) tekst. Mam wrażenie, że zachowanie szeregu blogerek i blogerów stworzyło przyzwolenie na myślenie, że tak powinno być, bo przecież skoro dostali za darmo, to muszą się odwdzięczyć.
    Ja też przyjęłam za zasadę brak jakiejkolwiek "współpracy"; m.in. dlatego, że dobrze wiem czym jest niezawisłość i jakie są wymagane minimalne gwarancje, aby je zachować. Może dlatego nikt nie zgłasza do mnie żadnych pretensji? A zdarza mi się chłostać, niestety.
    Nie wiem jednak, czy - jak napisałyściewyżej - blogowanie wymaga sporej odporności. To tylko internet, prawdziwe życie toczy się przecież całkiem gdzie indziej:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też na początku swojego istnienia w sieci myślałam "to tylko internet", ale niestety przekonałam się, że to prawdziwe życie, tylko jeszcze bardziej agresywne. Zgoda, nasze własne prywatne życie toczy się gdzie indziej, ale w internecie też w jakiś sposób żyjemy. Chyba, że ograniczamy się wyłącznie do samego czytania - wtedy rzeczywiście nie istniejemy w sieci. Wszelkie wpisy, komentarze, udział w dyskusji jest już wejściem w grupę, a na fora i portale społecznościowe szczególnie. Korespondencja z osobami poznanymi w sieci to też prawdziwe interakcje.

      Teraz jestem taka mądra, po prawie sześciu latach blogowania. O swoich niemiłych doświadczeniach pisałam kilkakrotnie na innym blogu, który w końcu zamknęłam. Oczywiście gdybym chciała całkowicie odciąć się od ":wrogich sił", które pewnie i tu mnie podczytują, mogłam założyć nowe konto i zacząć z czystą kartką. Nawet się nad tym zastanawiałam w momencie zakładania tego bloga. Ale nie chciałam zrywać przy okazji innych, sympatycznych kontaktów. Ograniczyłam swoją aktywność forumową, ale przede wszystkim bardzo ograniczyłam swoje zaufanie do ludzi w sieci. A może lepiej powiedzieć, że nie jestem już tak naiwna i łatwowierna jak kiedyś.

      A wracając do głównego tematu - zgadzam się z tym, co napisałaś o blogerach. Podobne zjawiska obserwowałam w blogosferze kulinarnej, w której jestem od początku swojego blogowania (teraz moja aktywność jest minimalna). W pewnym momencie często powracała dyskusja o zachowaniu blogerów łaszczących się na byle jaki ochłap ( właśnie taki sos w papierku), którzy będą gotować cokolwiek z użyciem każdego chemicznego świństwa, robić zdjęcia z reklamowym produktem na froncie i pisać posty pełne zachwytu. Dając reklamę za darmo. To była prawdziwa plaga, szczególnie wkurzająca na agregatorach blogów kulinarnych, gdy takie kwiatki wyskakiwały przed oczami nieproszone. I nie na wiele się zdały uwagi innych blogerów o tym, że trzeba mieć choć trochę szacunku dla samego siebie.
      Podobnie jest też pewnie z książkami, chyba rzadko trafiają się negatywne opinie. Ale o tym nie mogę się wypowiadać, bo blogi recenzenckie nie są w kręgu moich zainteresowań.
      I tak książek nie kupuję, w bibliotece rzadko trafia się nowość do wypożyczenia, a naprawdę ciekawe opinie znajduję na blogach, do których stale zaglądam :)

      Usuń
  3. Czytałam o tej sprawie na kilku portalach i blogach, ale nie zabierałam głosu, bo również nie prowadzę "współprac" z wydawnictwami. W sumie rzadko u mnie goszczą nowości, więc nawet jeśli napiszę coś negatywnego o lekturze, to nie spotkałam się z żadnymi pretensjami.;)
    W tej całej sprawie zdziwił mnie tylko fakt natychmiastowego usunięcia tekstu z bloga w reakcji na mail wydawnictwa. Nie należę do osób specjalnie wojowniczych, ale na pewno skonsultowałabym się z prawnikiem, czy istnieją jakiekolwiek podstawy do wyciągania "kroków prawnych". Tymczasem dziewczyna skapitulowała natychmiast. To też symptomatyczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak szybkie usunięcie tekstu z bloga wynika chyba z młodego wieku blogerki. Napisała o sobie, że ma 20 lat. Nic dziwnego, że mogła rzeczywiście przestraszyć się wizji "kroków prawnych". W dodatku nie każdy jest przebojowy i wojowniczy z charakteru.
      Mnie natomiast dziwią jej komentarze do rozwoju całej sprawy - że nie spodziewała się takiego rozgłosu, że ma już dosyć tego szumu wokół, że dziwi się reakcji innych itd. To wygląda na postawę wycofania, a nawet swego rodzaju asekuranctwo. Może dziewczyna nie chce palić mostów i boi się, że w przyszłości żadne wydawnictwo nie zechce z nią współpracować. I nie znajdzie pracy w zawodzie (właśnie jako korektor). A może nawet teraz żałuje, że w ogóle napisała o tym publicznie. Różnie może być.

      A u mnie nowości to rzadkość i w dodatku wyjątkowa :)

      Usuń
    2. Dodam jeszcze, że w tym wszystkim uderza też nieobecność autora książki i jego opinii nt. jakości korekty zapewnionej przez wydawnictwo. Ale zapewne ma również swoje obawy o przyszłe kontakty z wydawcami.

      Usuń
    3. Wiemy tylko pośrednio o stanowisku autora książki od blogerki - napisała, ze odezwał się do niej i "nie ma pretensji". A to nie to samo co bezpośredni komunikat. Masz rację, że może też się obawiać o swoją przyszłość. Chociaż dziś to inne czasy wydawnicze niż w PRL-u. Właśnie w związku z tą sprawą oraz drugą, też niedawną, o dofinansowaniu pisarzy, którzy za mało zarabiają, wyciągnęłam z półki pewną powieść i tworzę posta. Tylko że pogoda i wolny czas osobistego kierowcy wyciągają na łono natury :)

      Usuń
  4. Nie współpracuję z wydawnictwami, co założyłam od samego początku. Nie chcę nikomu niczego zarzucać, bo choć sporo czytałam opinii "pod wydawnictwo" (zresztą odkrycie tego faktu powodowało, że przestawałam gościć na blogach takich recenzentów, bowiem były niewiarygodne) czytałam też sporo opinii "sponsorowanych" bardzo dobrze napisanych i z zachowaniem obiektywizmu (i negatywnych i pozytywnych i mieszanych). Ja jednak zawsze obawiałam się czy mnie udałoby się zachować niezależność ocen w takim przypadku (może bezzasadnie, ale jednak taki już ze mnie typ). Oczywiście sprawa opisana przez ciebie jest kuriozalna, a wydawnictwo coraz bardzie się pogrąża.
    I jeszcze tylko moje trzy grosze na temat wirtualnego życia z internetem / czy w internecie. Mimo wszystko uważam, że trzeba zachować dystans i że to tylko internet. Oczywiście w jakiś sposób angażujemy się w tę dziedzinę życia, wchodzimy w relacje, spędzamy tu sporo czasu (ja chyba zbyt wiele), ale staram się czerpać z tej dziedziny mojego życia to co najlepsze, a odrzucać to co uwiera i wywołuje złe emocje. Zwłaszcza mając kilkuletnie doświadczenie w prowadzeniu bloga, uśmiecham się, kiedy ktoś chce mi dowalić swoim komentarzem. I też mając to doświadczenie podchodzę z większą rezerwą do wirtualnych znajomości oraz z rezerwą do komentarzy od nowo pojawiających się komentatorów; i tych pozytywnych (do tych z jeszcze większą, zwłaszcza, bo może okazać się, iż ich intencje były zupełnie inne niż wynika z treści komentarza, np. uśpienie mojej czujności) jak i negatywnych. Miłego dnia życzę i w realu i wirtualnej rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też już nauczyłam się podchodzić z dystansem do wirtualnej rzeczywistości :) Szkoda tylko, że potrzebowałam trochę czasu i straconych nerwów. Jednak to jest nowe zjawisko, do którego nie mogliśmy wykorzystać doświadczeń starszych pokoleń i w dodatku nikt nie przewidział (i nadal nie jest w stanie przewidzieć), kierunku rozwoju internetu i wszystkich zjawisk, które z nim się wiążą.
      Również życzę miłej atmosfery wirtualno-realnej :)

      Usuń
  5. Faktycznie, zrobiło się "smieszno i straszno", powiedziałbym cynicznie, że to wszystko przez naiwność blogerki, która pojęcie współpracy potraktowała na serio zamiast, jak to jest ogólnie przyjęte, wystawić pozytywną opinię, od początku do końca, za otrzymaną za darmo książkę. O sancta simplicitas!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym przypadku podpinam się pod cynizm stwierdzenia.
      Jedyny wytłumaczeniem może być młodość blogerki, idąca w parze z naiwnością. Chociaż niestety naiwność to cecha, która niektórym pozostaje do końca życia.

      Usuń
    2. Powiedziałbym, że bardzo dobrze świadczy ona o tych osobach jako ludziach, z drugiej strony wystawia kiepskie świadectwo ich profesjonalizmowi :-) ale młodość blogerki tłumaczy wszystko i tak wielki plus dla niej, że nie stanęła w kącie tylko nagłośniła sprawę.

      Usuń
  6. Rozumiem Twoje stanowisko, ale z mojej strony wygląda to trochę inaczej. Współpracuję z wieloma wydawnictwami i naprawdę nie wystawiam przysłowiowej "laurki" każdej książce. Większość moich recenzji jest oczywiście pozytywna, ale to dlatego, że sam wybieram interesujące mnie pozycje. Rzecz jasna zdarza się, że wybrana przeze mnie książka nie spodoba mi się. Wtedy szczerze piszę o swoich odczuciach. Przykładem jest chociażby ta opinia: http://librimagistri.blogspot.com/2014/05/w-dzungli-zdrowia-beata-pawlikowska.html Nigdy nie spotkała mnie żadna nieprzyjemność za negatywną recenzję. Czasami wręcz dostaję podziękowania za szczerą opinię. Być może współpracuję akurat z "cywilizowanymi" wydawnictwami i nie znam całości rynku (na pewno tak jest), ale generalnie pozytywnie oceniam współpracę recenzencką.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałam o tej jednostkowej sytuacji i mam nadzieję, że z treści mojego posta nie wynika jakieś uogólnienie. Jak do tej pory nie słyszałam o innych tego typu przypadkach, ale przyznasz - ten jest niezwykły. Zarówno w momencie pierwszej reakcji na posta ze strony wydawnictwa, jak i dalsze wypowiedzi. Ludzie "idą w zaparte" posługując się mało przekonywującymi argumentami, nie biorąc pod uwagę wypowiedzi innych blogerów, którzy są jednocześnie po prostu czytelnikami ich książek.

      A fakt, że podjęcie takiej współpracy byłoby dla mnie osobiście zbytnim ograniczeniem, skutkuje jej brakiem.
      Widocznie równocześnie stworzył się u mnie zbyt duży próg samokrytycyzmu - obawy, że moje teksty nie spełniłyby oczekiwań wydawnictw pod względem merytorycznym. I takie stresujące podejście już by mnie całkowicie pozbawiło przyjemności czytania i pisania o przeczytanej książce.
      Pozdrawiam również :)

      Usuń
    2. Na etapie "pierwszych początków" kiedy rozglądałem się po książkowej blogosferze byłem w szoku widząc tabuny chętnych do "współpracy", byłem zaskoczony nawet nie tym, że tak wiele osób przebierało nogami by otrzymać książkę "za darmo" ale tym o jakie książki chodziło, że o jakości recenzji nie wspomnę. Dzisiaj szerokim łukiem obchodzę takie blogi a bardzo łatwo je poznać. Z tego punktu widzenia rozumiem wydawnictwo - dało książkę za darmo i oczekuje superlatyw a tu zonk! :-)

      Jak każde zobowiązanie - zobowiązanie do napisania recenzji rzeczywiście jest ograniczeniem ale to żadna tragedia, gorzej jeśli ktoś się czuje zobowiązany do napisania pozytywnej recenzji choć książka nie daje ku temu żadnych podstaw ale to są tylko takie moje skrupuły :-) które byłyby kompletnie niezrozumiałe dla większości książkowych blogerów :-).

      Usuń
    3. A ja je doskonale rozumiem - te skrupuły. :)
      Ja w ogóle nie czułabym się zobowiązana do napisania pozytywnej recenzji wbrew sobie - to właśnie jeden z wybojów na tej drodze, na którą nie weszłam.

      A mnie dość szybko znudziły te blogi "recenzenckie", bo ileż można czytać zachwytów połączonych z podziękowaniami dla darczyńców. I jakoś większość tych postów nie zachęciła mnie do książki.
      Nadal to widzę na poziomie sosu w proszku z torebki.

      Usuń
  7. Natknęłam się też na opis tej sytuacji.
    Nie jest to przyjemne, szczególnie dla młodej osoby, która nie bardzo wie jak się bronić przed takimi atakami.
    Ja się skusiłam na maleńką współpracę, ale widzę, że to po prostu nie dla mnie, gdyż to wymaga wysiłku w określonym czasie, a ja już nauczyłam się żyć na luzie. Toteż wykonam co mam wykonać i dam sobie spokój.
    Tym bardziej, że można się spotkać z taka reakcją, jak ta opisana. Chociaż ja mogłam sobie wybierać książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się tak jeszcze na tym zastanawiam, to chyba właśnie poczucie obowiązku najbardziej by mnie uwierało w takiej współpracy. I to by psuło przyjemność czytania i pisania - świadomość, że zobowiązałam się, wzięłam książkę do przeczytania, więc muszę o niej napisać. A mnie coraz bardziej zniechęca wszelki przymus. Jakoś tak z wiekiem przyszło :)

      Usuń
    2. Nie tylko Ty tak masz. Mnie się coraz trudniej do czegoś zmusić.

      Usuń